Jelczem przez Saharę

Ich półroczną wyprawę do Afryki finansowały zakłady pracy, spółdzielnie i księża z całego kraju. Leki i szczepionki załatwiała hrabina z Paryża. Później była wykańczająca podróż Jelczem przez Saharę, trasą Paryż – Dakar, fatamorgana, spotkania z błękitnymi rycerzami, ludami znikąd, kowalami kojarzonymi z czarną magią. Pozostały wspomnienia dziecięcych twarzy oblepionych muchami i malca, który dostał szału, bo po raz pierwszy dotknęła go biała kobieta. To zapowiedź niezwykłej wystawy Muzeum Ziemi Chełmskiej.


Małgorzata Podlewska-Bem na co dzień pracuje w Muzeum Ziemi Chełmskiej. Etnologia to jej pasja. Od lat z powodzeniem organizuje różnego rodzaju wystawy, także te o tematyce egzotycznej. Inspiracją do najnowszej ekspozycji pt. „Życie codzienne Afryki Zachodniej” (otwarcie 27 kwietnia br.) była m.in. półroczna wyprawa do Afryki, w której Podlewska uczestniczyła jako studentka Uniwersytetu Wrocławskiego. Towarzyszyła jej grupa przyjaciół ze studiów, w tym Lucjan Buchalik, afrykanista, etnolog, pisarz. Buchalik podczas otwarcia wystawy w chełmskim muzeum opowie chełmianom o swoich przeżyciach z licznych podróży po Afryce. Inicjatorka wystawy, M. Podlewska-Bem ma mnóstwo wspomnień z wyprawy. Przygotowania do niej trwały dwa lata. Aby zdobyć pieniądze na wyprawę studenci pracowali m.in. przy urządzaniu prywatnego muzeum afrykanistycznego w Olkuszu. Prośby o sfinansowanie ekspedycji studenci wysyłali do zakładów pracy i spółdzielni w całym kraju. Wyprawę finansowo wsparły m.in. ówczesne Chełmskie Zakłady Obuwia (sandały zrobiły furorę wśród afrykańskich kobiet), a także chełmska winiarnia (przecier pomidorowy z puszek kobiety z Mali przekładały do słoików). Studentów zaopatrzono w ręczniki, kurtki, spodnie, moro i najważniejsze – zakład w Jelczu udostępnił im samochód. Ciężarówka była dostosowana do dalekich wypraw. Miała wydzieloną część sypialną – posłania stanowiły hamaki. Księża także przekazali studentom prowiant – pochodzący m.in. z darów z Francji. Podlewska do dziś pamięta smak sardynek w puszkach. Jelcz miał pokonać trasę Paryż-Dakar. Zanim studenci dotarli na Saharę mieli postoje w m.in. Niemczech i we Francji. Pewna hrabina z Paryża zaopatrywała ich w specjalistyczne szczepionki i leki, m.in. na jad skorpiona, o które wówczas trudno było w Polsce. W Madrycie na ich samochód z widniejącymi na plandece napisami „Afryka 85’, Poland” zwrócił uwagę zafascynowany Afryką plastyk, który projektował baśniowe stwory w filmie „Niekończąca się opowieść”. Studenci mieszkali przez jakiś czas w jego pięknej rezydencji. Zdarzały się nieprzyjemne przygody. Na jednej z hiszpańskich plaż, na której „rozbili obóz” miejscowa policja zwróciła im uwagę, że to zakazane. Przystanki mieli też w Algierii i Maroko, gdzie zatrzymywali się głównie u lekarzy, w tym u samego wiceministra zdrowia. Tam po raz pierwszy mieli okazję spróbować tak wykwintnych potraw jak raki. Podlewska wspomina, że na swojej drodze często spotykali Polaków, którzy wyróżniali się zaradnością i świetną organizacją. Gdy rozpoczęli swą podróż przez Saharę zauważyli niewielką chałupę. Okazało się, że mieszkał w niej Polak – podróżnik, który zakochał się w miejscowej kobiecie z pewnego plemienia i pozostał w Afryce. Przez Saharę przemieszczali się nocą. W dzień było zbyt gorąco i silnik auta przegrzewał się. Na kamienistej, żwirowej pustyni mijali spalone wraki zepsutych, porzuconych samochodów. Ponure wrażenie robiły też np. szkielety zwierząt. Pewnej nocy spotkali na swej drodze jednych z najbardziej tajemniczych ludów Sahary, lud tuaregów. Studenci podarowali im leki na gorączkę. Jak mówi Podlewska – „ludzie znikąd”, odeszli tak szybko, jak się pojawili. Chełmianka do tej pory jest pod wrażeniem tzw. błękitnych rycerzy. To mężczyźni, których twarze zawinięte są w niebieskie szaty. Reprezentują stary, bogaty, bo zajmujący się handlem lud. Podlewska do dziś wspomina smak afrykańskiej herbaty, mocnej, miętowej, przygotowywanej przez mężczyzn Sahelu. Parzono ją w specjalnych piecykach z blachy, rozpalanych węglem drzewnym. Do wody dosypywano tyle samo cukru, co herbaty. Parzono ją w specyficzny sposób: wielokrotnie przelewając z wysokości nawet jednego metra z czajniczków do szklaneczek. Tworzyła się w ten sposób piana, a herbata stawała się orzeźwiająca. Wedle afrykańskich zwyczajów herbata z pierwszego parzenia była cierpka jak śmierć, z drugiego – delikatna jak miłość, a z trzeciego – słodka jak życie. Herbata z pierwszego i drugiego parzenia była zarezerwowana dla mężczyzn, a dopiero z trzeciego dla kobiet. Miało to poniekąd związek z tym, że afrykańskie ludy wyznają głównie islam, a mężczyzna zajmuje szczególną, dominującą pozycję.
– Podróż przez Saharę była trudna i nie sądzę, abym dziś się na to zdecydowała – z wiekiem człowiek nabywa doświadczeń, ale też obaw, bardziej zdaje sobie sprawę z zagrożeń – mówi Podlewska. – Od tamtej pory nie raz jeszcze odwiedzałam Afrykę, ale to były wyjazdy typowo turystyczne. To coś zupełnie innego niż półroczna wyprawa, kiedy żyliśmy w zasadzie pod jednym dachem z Afrykanami. Na Saharze każdy dzień był pełen niespodzianek. Spaliśmy pod gołym niebem. Słońce paliło niemiłosiernie i właśnie dlatego, dla ochrony musieliśmy być grubo ubrani. Teoretycznie byliśmy świetnie przygotowani do tej wyprawy. Saharę wyobrażałam sobie jako pełną piasku. Tymczasem była kamienista. Nigdy nie zapomnę uderzeń drobinek żwiru na twarzy, gdy jechaliśmy Jelczem przez pustynię. Choć mieliśmy mapy, łatwo było zabłądzić, bo przecież nie było tam drogowskazów. Co parę kilometrów stały tylko lampy solarne. Na własne oczy przekonałam się, czym jest fatamorgana. Przez Saharę podróżowaliśmy przez miesiąc zanim dotarliśmy do państwa Mali. Celem naszej podróży było przyjrzenie się codziennemu życiu plemion należących do grupy ludów woltajskich Bobo, Boza, Kurumba i tajemniczych Dogonów. Afryka Zachodnia, której dotyczyć będzie wystawa w muzeum to część kontynentu głęboko tkwiąca w tradycji, która zachowała równowagę między tym, co materialne a duchowe. To jeden z powodów, dla których warto ją poznać.

W Mali studenci zwrócili uwagę na wioski kamienistych domów, urządzanych m.in. na urwiskach skalnych, na których później lokalizowano cmentarze. Kąpali się w rzece Niger, często patrząc na unoszące się na wodzie zwłoki zwierząt. Uczestnicy wyprawy byli zaskoczeni ogromną ilością much. W pamięci utkwiły im roześmiane twarze zasmarkanych dzieci, wręcz oblepione muchami. Z czasem i oni przyzwyczaili się do owadów. Wraz z nadejściem pory deszczowej plagą stały się też komary, które mocno przeszkadzały w zasypianiu. Dłuższy czas studenci spędzili w mieście Mopti, gdzie ugościła ich gospodyni o imieniu Sali. Zajmowała się fryzjerstwem. Podlewska długo nosiła na głowie splecione przez Afrykankę warkoczyki. Domy były gliniane, niewielkie, niczym komórki z malutkimi okienkami. Gdy upał wyjątkowo doskwierał, spano na tzw. tarasach, betonowych, kamiennych platformach. Za toaletę służyła dziura w betonie. Gdy korzystał z niej pewnej nocy jeden z polskich studentów w ciemności nie zauważył, że stoi po kolana w robactwie. Obrzydzeniem napawały też rynsztoki. Szambo i ścieki z „toalet” płynęły przez miasto. Studenci mieli przewodników, którzy ułatwiali im kontakt z miejscowymi. Pierwszy z nich zwany Doro, znał siedem języków, w tym angielski i francuski. Drugi był 15-letnim chłopcem, który chwalił się, że ma już przydzielone trzy żony. Dominowało budownictwo tzw. kaktusowe. Były to wysokie, gliniane meczety, ale także domy z wbitymi drągami, będącymi rodzajem rusztowania, na które można było się wspiąć i naprawić ubytki. Małe dzieci wciąż wyciągały rękę do studentów, prosząc o dar. Podlewska przypomina sobie, że pewnego razu jedno z takich maleństw pogłaskała po główce. Było w szoku, bo pewnie po raz pierwszy miało do czynienia z białą kobietą, dostało spazmów, zanosiło się od płaczu. Bliscy malucha nie zrozumieli, co się wydarzyło i zareagowali agresją w stosunku do chełmianki. Od tamtej pory Podlewska była już bardziej powściągliwa i ostrożna w kontaktach z tubylcami. Pamięta, że szczególnym uznaniem, ale też ze swoistego rodzaju bojaźliwością traktowano tamtejszych kowali. Zajmowali się oni ścinaniem drzew, w których – według miejscowych – ukrywają się dusze. Dla mieszkańców Mali wypalanie z ognia i rzemiosło, którym parał się kowal kojarzyło się z czarną magią. Podlewska wraz z kolegami spotkała się z kowalem. Do dziś przechowuje pamiątki od niego – bransoletki, kolczyki i inne ozdoby z różnego rodzaju stopów metalu. Były też zabawne sytuacje, gdy np. studenci uczyli ludność wioski polskich słów. Rano tubylcy głośno budzili „po polsku” jednego z uczestników wyprawy. Podlewska zapewnia, że prości ludzie byli przeważnie otwarci i gościnni. Inaczej było z urzędnikami, którzy często wykorzystywali swoją pozycję wobec białych, utrudniając im zdobycie niezbędnych pozwoleń.
Więcej ciekawostek Podlewska oraz dr Lucjan Buchalik zdradzą chełmianom podczas otwarcia wystawy pt. „Życie codzienne Afryki Zachodniej”.
– Co zobaczymy na ekspozycji? Nie zdradzimy – zapraszamy – mówi Podlwska-Bem. – Na pewno odpowiemy na wiele pytań, wyjaśnimy np. czym charakteryzuje się styl kaktusowy, ile dni liczy dogoński tydzień, dlaczego dzieci Bobo wołają „daj bika” a kobiety nigdy się nie kłócą. Zaplanowano też rodzinny quiz o Afryce. (mo)