Kąpiel w dźwiękach wyszukanych

Inne Brzmienia to prawdziwa muzyczna uczta dla miłośników muzyki alternatywnej

W dniach 27-30 czerwca Lublin był w kraju prawdziwą oazą muzyki alternatywnej. Program festiwalu Wschód Kultury-Inne Brzmienia obfitował w popisy światowych gwiazd oraz prezentacje nowych zjawisk muzycznych. W repertuarze przeważały blaski, mimo kilku cieni, i była to prawdziwa uczta muzyczna dla koneserów


12. edycja festiwalu przyniosła sumę doświadczeń na temat zjawisk muzycznych z pogranicza różnych gatunków, tradycji i wpływów kulturowych. Po raz 6. festiwal odbył się pod marką Wschodu Kultury – projektu (obejmującego podobne festiwale w Rzeszowie i Białymstoku), którego celem jest wymiana doświadczeń, dialog artystyczny i integracja środowisk twórczych z Polski i krajów Partnerstwa Wschodniego.

– Kiedy robimy dla was Inne Brzmienia, przez ponad 4 dni praktycznie mieszkamy na zamkowych Błoniach. To czas pod namiotem, lecz w wersji hardcore, zwłaszcza gdy temperatura przekracza 30 st. C – mówią zmęczeni organizatorzy z Warsztatów Kultury.

Pierwszych artystów Innych Brzmień gościł właśnie ów namiot. Jego wnętrze pomieściło scenę i widownię na kilkaset miejsc. Tradycyjnie była tu księgarnia wydawnictw muzycznych, a w tym roku wystawa kilkuset kaset magnetofonowych – kącik „archeologiczny” dla współczesnego odbiorcy muzyki. Jak co roku mieściła się tu także strefa piwno-konsumpcyjna, co raczej należałoby zmienić – choć od niej zwykle zaczynał się każdy kolejny wieczór imprezy.

Co przeżyli uczestnicy IB?

W czwartek (27 czerwca) mieliśmy tu „przystawki” przed daniami głównymi festiwalu – te były serwowane w następne dni już na estradzie głównej. Na małej scenie wystąpili m.in. Alexander Hacke & Danielle de Picciotto (Niemcy) – ich muzyka jest ciężka i subtelna zarazem, pierwotna w akordach i wyrafinowana poprzez liczne ozdobniki dźwiękowe, w dodatku grana na naturalnych instrumentach (gitara, skrzypce, bębny), które nieznacznie przetwarza elektronika. Duet, poprzez swoje misterium brzmień nieprawdopodobnych, idealnie wpisał się w formułę festiwalu.

Po nich wystąpił Brain Damage – francuski gwiazdor nurtu dub w wydaniu laboratoryjnym. Klikając na komputerach, generował rytmy, które słabszych mogą przyprawić o… uszkodzenie mózgu (the brain damage) – zgodnie z nazwą tego muzycznego one-man-show.

I mogło się zdawać, że pierwszy dzień IB minie średnio atrakcyjnie. Jednak przed północą wystąpiło tu Solo Ansamblis – trio z Litwy. Ponure, post-rockowe brzmienie zespołu rozświetlił pewien happening… Koncertowi towarzyszyła na widowni para tancerzy. Poruszali się spontanicznie, wręcz dziko – bynajmniej nie po parkiecie, a jednak w dużej części w parterze, na leżąco. Harmonia i zwiewność, z jaką pokonywali trawiastą przestrzeń między rozstawionymi tu leżakami wprawiała obserwujących w zdumienie. Estetyka ich ruchów dawała wrażenie, że mogą stanowić wizualną część tego koncertu, że jest to zamówiony przez organizatorów happening taneczny. Mieli stosowne do swych pląsów luźne stroje, byli piękni w tym, co tworzyli do mrocznej muzyki… Taniec zakochanych? – w tańcu na pewno.

Zagadnąłem ich później. To Julia Kral – studentka behaviorystyki zwierząt, jak twierdzi: tańcząca gdzie tylko może, całkowicie improwizując. Jej partnerem był Michał „Smok” Kozak – lubelski żongler i artystyczny poszukiwacz, jak twierdzi: tancerz okazjonalny. Zwyczajnie, para dobrych przyjaciół – twierdzą oboje.

Przy tej okazji postulat pod adresem organizatorów: warto nagradzać taneczne zapędy odbiorców Innych Brzmień. Warto rzucić jupiter uwagi oraz świateł na tak zdolnych tancerzy – zwłaszcza gdy tak potrafią ubarwić koncert. Obserwatorzy zjawiska byli urzeczeni.

Piątek, już na wielkiej scenie

…rozpoczął Lee „Scratch” Perry (Jamajka), idol nurtu reggae, któremu towarzyszył skład właściwy raczej dla muzyki rockowej (gitara, gitara basowa, perkusja). Trzech muzyków potrafiło stworzyć klimat, który uwodził publiczność prostym, dubowym brzmieniem, asymetrycznym rytmem. Istna dźwiękowa kąpiel. Hipereksponowany bas sprawiał, że ludziom podskakiwały na głowach czapki…

83-letni lider zespołu, mimo dobrej jak na swoje lata kondycji, bardziej jednak wyglądał niż brzmiał. Obwieszony świecidełkami uniform, i takaż czapka, przyciągały uwagę mocniej niż melo-recytacje w niezrozumiałej, tubylczej angielszczyźnie. Lecz śpiewający dyszkantem Perry i tak zbierał zasłużone owacje widowni. Mimo, że każdy z jego utworów miał podobną aurę, wszyscy obecni tam bawili się znakomicie, bo reggae to muzyka w rytmie serca…

Wokół sceny trwały wyzwolone, chwilami swawolne tańce – cóż, ta tonacja działa jak narkotyk. W rytmie reggae ludzie potrafią zapomnieć się w ethno-karaibskich podrygach.

Na koniec Perry – ciągle postrzegany jako ikona – podpisywał swe płyty i chętnie pozował do licznych zdjęć. Tutaj drobnej budowy Jamajczyk wyglądał jak miniaturka szamana w porównaniu z tym, jakiego widzieliśmy w świetle estrady.

O zmroku zupełnie inne fascynacje dźwiękiem wnosi tu The Herbaliser. 9 Brytyjczyków funduje kompletnie zapełnionej widowni omal big-bandowe szaleństwo: jazz, funk, rock, dance. Sekcja „blachy” (dwa saksofony, trąbka i flet) oraz dwa keyboardy i tzw. synth dają takie właśnie wrażenie. Widać w nich radość wyśmienitej zabawy, jaką fundują publiczności oraz sobie. Porywają jazzowo-clubowe kompozycje, w których słychać nieoczywiste dotąd dźwięki. Czasem muzyka przechodzi w łagodność, gdy do akcji wkracza poprzeczny flet – czyżby wzorem im był Ian Anderson z Jethro Tull?

Podobnie ja przy wcześniej pulsującym reggae tak i teraz przed sceną trwa spontaniczna balanga. The Herbaliser rozognił festiwalową publiczność. To prawdziwi mistrzowie gatunku, również mistrzowie „dyrygowania” widownią, która prosząc o bisy, nie chciała ich wypuścić ze sceny.

Bardziej inne brzmienia

…zagościły na festiwalu już w piątek, od północy, kiedy to na małej scenie wystąpiła dama polskiej „elektroniki”, Aleksandra Grünholz. We Will Fail – tak zwie się jej eksperyment muzyczny, który nie zgromadził wielu słuchaczy. Nie porywał też do „pantomimiki” w takt muzyki – dobrze znanej w tym wielkim namiocie. Elektroniczne ze wszech miar brzmienia pani Oli kłuły jak igły. Jej sytnthoakordy, polegające głównie na tzw. sprzężeniach akustycznych, to jednak „nazbyt inne brzmienia” – raczej plątanina dźwięków wydobywanych z komputera niż choćby elementarna harmonia – istota muzyki.

Sobota była kulminacją 4-dniowej imprezy. Najpierw pod owym namiotem zagrali: Eryk i Ja – białoruskie duo tworzące na styku muzyki gitarowej i elektronicznej oraz Sheep Got Waxed – litewskie trio grające post jazz, a może nową perspektywę jazzu.

Przed estradą miała miejsce główną liczna mobilizacja „wojowników” punk-rocka, bo na scenę wychodzi Dezerter. Zespół działa blisko 40 lat, to emanacja buntu młodzieży stanu wojennego – wówczas pierwotną nazwę, SS-20 zastąpiła obecna. Z dawnego składu grają tu dwaj muzycy i obecnie, moim zdaniem, nie brzmi to już tak wymownie jak niegdyś. Stare, zadziorne hity zespołu tworzą teraz lawinę dźwięku z dominantą basu, która męczy. Na koncertowej łączce Dezerter był nie do zniesienia. To jedynie 2 gitary i perkusja, lecz ciężar gatunkowy taki, że niektórzy po kwadransie opuszczali tę „strefę zgniotu”. Dezerter i tak szedł za nimi po uliczkach Starówki. Sprawił, że nawet tam, w piwnych ogródkach drżały szklanki… Ktoś spytał przytomnie: – To „inne brzmienia” czy jakieś tsunami? – bo wtedy dewiza czerwcowego festiwalu pod nim się zachwiała. Lecz przejściowo…

Decybeli moc długo w noc

Po tej dźwiękowej demolce na estradę wychodzą Ministry – legenda amerykańskiej alternatywy muzycznej od 40 lat. „Ministrowie” są chyba z piekła rodem, bo na scenie dominuje jakiś diabelski totem – czaszka ufo-luda? Trudno mówić, że industrialny rock jest łagodniejszy czy lepszy niż punk, jednak w wydaniu 8 muzyków z Chicago to ich koncert zapisze się jako największe wydarzenie tych „Brzmień”, nawet jeśli przez 2 godziny panował tu bezlitosny łomot riffów przetwarzanych na demoniczny sposób. Rzadko kiedy dało się słyszeć jakąś przejrzystą solówkę – a przecież 3 gitary, chwilami i czwarta, ich wokalisty (Al Jourgensen) nie stygły. Ten ostatni jest w świetnej formie, choć na karku 70-ka. Łącząc metal z inteligencją, śpiewa ambitne teksty: – Stawiam w nich pytania o edukację, samoświadomość obywatelską, o chęć poznania i zrozumienia świata – twierdzi Al, który tym sposobem walczy o lepszą Amerykę.

Popis rockowego „ministerstwa” trwał do północy. Wtedy to, już na małej scenie, brzmieniową kontynuację podjął Fume (pseudonim) – wyalienowany artysta dźwięków płynących z komputera. Znów przerost elektronicznej syntezy, a mało owego Litwina w jego muzyce.

W niedzielę (30 czerwca), ostatni dzień festiwalu, uczestnicy wieczoru usłyszeli najpierw The Infiltrators – trio jazzowe z Litwy, ich muzykę dość wystudiowaną i chłodną, następnie Shalosh – również trio (z Izraela) o znacznie większym spectrum niż jazz. Wnieśli temperament i muzyczne nieokiełznanie – ich popis zrobił furorę, żal, iż jedynie na małej scenie. Mogliby grać tam dłużej, bowiem później trzeba było sporo czekać na AK/DK – brytyjskie duo mocnego uderzenia. Ci mieli problem z przylotem, nie zdążyli na czas i organizator musiał przesuwać kolejne występy. Ich dwie perkusje i syntezator dały jednak power, który wynagrodził to spóźnienie miłośnikom gatunku – a więc szumu, łoskotu, hałasu aż po totalny zgiełk.

Po nich zagrali Wrekmeister Harmonies – duet przybyły z Chicago, oscylujący wokół szorstkich postrockowych brzmień, metalowej awangardy, drone, muzyki minimalistycznej. To rzadka dźwiękowa przygoda – współbrzmienie gitary i instrumentów klawiszowych urzekające swą mocą. Wreszcie od północy – już do poduszki dla tych, którzy drzemali na leżakach – przygrywał „stonefromthesky” (alias Alexa Zinchenko) młody, eksperymentalny muzyk i kompozytor z Kijowa. To kolejny samotny dawca dźwięków tworzonych przez generatory. On zakończył tegoroczne Inne Brzmienia.

Marek Rybołowicz