Karetka nie zabrała go do szpitala. Zmarł

Tej nocy ratownicy medyczni dwa razy przyjeżdżali do Andrzeja. I chociaż rodzina wołała o pomoc, medycy stwierdzili, że mężczyźnie nic nie jest. Odjechali. – Zostawili naszego tatę na pewną śmierć – płaczą jego dzieci. Mężczyzna miał pękniętego tętniaka. Nie dożył poranka.

Płacz i ogromny żal. Andrzej Mularczuk pozostawił żonę i czworo dzieci pogrążonych w żałobie.

– Jeszcze wczoraj tata tu z nami był, rozmawiał, śmiał się. A dzisiaj go nie ma… – Sylwia urywa głos. Zanosi się płaczem.

Halo? Proszę o karetkę na Sienkiewicza!

Była sobota, 2 czerwca. Andrzej po południu wybrał się do swojej szwagierki. Obiecał pomóc przy remoncie. Tego dnia malował ściany.

– Długo zeszło. Skończył około godziny 22 – mówi Anna Gajcy, siostra żony Andrzeja. – Postanowił, że skoro jest tak późno, to już nie będzie szwendał się po mieście. Powiedział, że z samego rana i tak trzeba jeszcze parę rzeczy poprawić, to już prześpi się u nas. Chwilę jeszcze siedzieliśmy i rozmawialiśmy. I już mieliśmy iść spać, gdy Andrzej zaczął krzyczeć, że coś mu trzasnęło w głowie i go potwornie boli. Poprosił o tabletkę, ale nic nie pomogła. Za chwilę zaczął coś bełkotać, drętwiały mu ręce. Przestraszyłam się i wezwałam pogotowie. Już wtedy mówiłam dyspozytorce, że wygląda mi to na udar albo wylew – opowiada kobieta.

Ratownicy szybko zjawili się przy jednej z kamienic na ul. Sienkiewicza. Gdy weszli na górę, mężczyzna siedział na łóżku.

– Cały czas powtarzał: głowa, moja głowa, boli. Mówił bardzo powoli, tak nienaturalnie – opowiada Anna. – Pokazałam ratownikom ciśnieniomierz. Chwilę przed ich przyjazdem zmierzyłam Andrzejowi ciśnienie. Na wyświetlaczu pokazało się 231/130 i puls 131. Mówiłam, że nie mógł opanować ruchów rąk, że bełkotał. Oni w ogóle nie słuchali. Powiedzieli: A czy widzi Pani, żeby teraz bełkotał? Przecież nic mu się nie dzieje. To tylko nadciśnienie. Zmierzyli mu cukier, dali tabletkę pod język i zastrzyk. I go zostawili – opowiada szwagierka 52-latka.

Wracajcie! Jest gorzej

Tuż przed przyjazdem karetki szwagierka zmierzyła Andrzejowi ciśnienie. Ten wynik miała pokazać ratownikom.

Jeszcze dobrze ratownicy nie wyszli, a Andrzej zesztywniał i zaczął charczeć. Anna wybiegła z domu, żeby ich zatrzymać.

– Ale zobaczyłam już tylko oddalające się światła karetki. Wróciłam i jeszcze raz zadzwoniłam pod 999. Powiedziałam, że się pogorszyło, żeby dyspozytorka ich zawróciła. Gdy ponownie stanęli w drzwiach, Andrzej leżał na łóżku i cały czas charczał, był nieprzytomny. Widząc go w takim stanie, wydali diagnozę: to jest padaczka alkoholowa. Tłumaczyłam, że szwagier nigdy nie miał problemów z alkoholem. A oni dalej nie słuchali. Dali mu relanium. Powiedzieli, że po tym leku będzie spał i wyszli, nie próbując nawiązać z nim jakiegokolwiek kontaktu. Na miejscu nie zostawili żadnych dokumentów, żadnej karty informacyjnej, niczego – słyszymy.

Anna przez kilka kolejnych godzin nasłuchiwała, czy wszystko z Andrzejem w porządku. Cały czas głośno oddychał. Anna nie wie, kiedy zasnęła. Rano jej syn poszedł zobaczyć, jak się czuje jego wujek. Ale było już za późno. Wtedy Andrzej już nie żył. Lekarz w karcie zgonu napisał, że śmierć nastąpiła z nieznanej przyczyny. W kolumnie istotne okoliczności przyczyniające się do zgonu, ale niezwiązane z chorobą ani stanem ją powodującym wskazał: pacjent w dniu wczorajszym wzywał pogotowie ratunkowe.

Jak tak można?!

O tragedii poinformował nas w poniedziałek rano Adrian Mularczuk, syn zmarłego.

– Jak można zostawić umierającego człowieka? Jak ratownicy mogli nie udzielić mu pomocy? Mamy ogromny żal, że nie zabrali taty do szpitala. To rażące zaniedbanie obowiązków, które w konsekwencji ponieśliśmy my, rodzina. Gdyby trafił na oddział, gdzie jest sprzęt potrzebny do szczegółowych badań i podtrzymywania czynności życiowych, może tata by przeżył – mówił zrozpaczony.

Rodzina zażądała sekcji zwłok. – Jej wstępne wyniki wskazują, że zgon nastąpił z powodu pęknięcia tętniaka. Moja ciocia, która nie ma wykształcenia medycznego, od razu to rozpoznała i głośno o tym mówiła. Dlaczego ratownicy ją zignorowali? Dlaczego go nie ratowali? – pyta Adrian.

Na te pytania odpowiedzi szukać będzie Prokuratura Rejonowa w Chełmie, która wszczęła postępowanie w kierunku art. 155 (Kto nieumyślnie powoduje śmierć człowieka, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5) oraz art. 160 paragraf 2 (Jeżeli na sprawcy ciąży obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5). Skarga na chełmskie pogotowie trafiła też na biurko wojewody lubelskiego.

O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy dyrektor Stacji Ratownictwa Medycznego w Chełmie. Katarzyna Hapońska-Gajewska poinformowała, że w jednostce prowadzone jest postępowanie wyjaśniające dotyczące tej interwencji zespołu ratownictwa medycznego.

Do sprawy wrócimy. (mg)