Kiedy woda zabiera życie…

Nad zbiornikiem w Żółtańcach wypoczywa mnóstwo plażowiczów, ratownicy mają tam sporo pracy

Z samolotu wyrzucili dmuchane piłki, a tłum plażowiczów rzucił się po nie do wody. Nie wszyscy dali radę dopłynąć do brzegu o własnych siłach. To była jedna z najbardziej niebezpiecznych sytuacji, jaką widział Andrzej Klaudel, ratownik wodny. W ciągu 42 lat swojej pracy nie wszystkich udawało się uratować…

W tym roku nad Jeziorem Białym utonęła jedna osoba

Statystyki biją na alarm, bo już dawno nie było tyle utonięć, co tego lata. W ubiegłym roku przez całe wakacje utonęła w naszym regionie jedna osoba. Teraz mamy dopiero połowę sezonu, a są już dwie ofiary. W zalewie w Sawinie utonął jeden z organizatorów pikniku modelarskiego, który próbował wyłowić z wody model samolotu. Zbiornik nie jest strzeżony przez ratowników. Druga ofiara to 17-latek, który utonął nad Jeziorem Białym. Wszedł do wody wieczorem, kiedy na kąpielisku nie było już ratowników. Był z grupą kolegów, którzy nie potrafili pływać. Jego ciało wyłowiono po pięćdziesięciu minutach. To o jakieś czterdzieści pięć minut za późno, aby można było mu uratować życie.

Cicha śmierć

Każdego lata na kąpieliskach powiatu chełmskiego i włodawskiego dochodzi do około pięćdziesięciu sytuacji, w których do akcji muszą wkroczyć ratownicy. Andrzej Klaudel, szef chełmskiego oddziału Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, jest ratownikiem od 42 lat. Był świadkiem wielu tragedii. Pamięta swój pierwszy dyżur. 20-latka z Londynu pływała w jeziorze. Nagle zasłabła. Próbowała wspiąć się po drabinkach na pomost, ale wpadła do wody. Kiedy Klaudel zaczął ją reanimować, zobaczył bliznę wzdłuż piersi. Później okazało się, że miała wstawione zastawki. Walka o jej życie trwała długo, ale serce dziewczyny nie wytrzymało. Zmarła. W pamięci zapadło mu też wydarzenie jeszcze z lat 80-tych. Mężczyzna przyjechał w okolice Włodawy w delegację. Wychylił parę głębszych i skoczył z pomostu do jeziora, „na główkę”. Mężczyznę wydobyto ostrożnie na brzeg. Miał uszkodzony rdzeń kręgowy. Prosił, aby szczypać go w nogi, bo tracił w nich czucie. Do czasu przyjazdu pogotowia opowiedział Klaudelowi historię swojego życia. Płakał. Nie dojechał do szpitala we Włodawie. Zmarł w karetce.
Reakcje człowieka, który tonie, bywają różne. Szef chełmskiego WOPR mówi, że pamięta mężczyznę, który spacerował po brzegu Jeziora Białego. Woda sięgała mu do piersi. Nagle trafił na zagłębienie w dnie i zaczął tonąć. Nie wołał o pomoc. Klaudel wypatrzył go, bo na plaży nie było akurat tłumów. Mężczyznę odratowano. Tłumaczył, że strach tak bardzo go sparaliżował, że nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Czasem ludzie, którzy się topią, nie wzywają pomocy, ponieważ zużywają całą energię do oddychania lub utrzymania głowy nad wodą.
– W takich sytuacjach trzeba wołać po pomoc, ale starać się nie wpadać w panikę i nie wykonywać chaotycznych ruchów – mówi Klaudel. – Najlepiej położyć się na plecach, bo wtedy woda nas utrzyma, ale tak zachowa się raczej osoba, która już uczyła się pływać. Jeśli nie potrafimy pływać, to zawsze wchodząc do wody musimy mieć ze sobą zabezpieczenie w postaci tzw. bojki SP, kapok, koło ratunkowe. Nie wolno wchodzić na głęboką wodę, ani kąpać się bezpośrednio po posiłku. Wyróżniamy trzy okresy tonięcia, które trwają różnie w zależności od płci, kondycji. Pierwszy – to etap zachłyśnięcia się. Drugi nazywany okresem świadomego oporu, kiedy człowiek wie, że tonie, wykonuje ruchy góra-dół, może wołać o pomoc. To powinno być zauważone przez kogoś z otoczenia. Ten okres trwa dwie, trzy minuty i wtedy jest jeszcze szansa na uratowanie takiej osoby. Należy rzucić jej koło ratunkowe, podać kij, linę – coś, czego będzie mogła się chwycić. W trzecim okresie występuje niekontrolowany wdech. Wtedy woda trafia do żołądka, potem do płuc. Następuje wstrzymanie oddechu, akcji serca, a potem utrata przytomności. Na tym etapie tonącego trudno już zauważyć z zewnątrz.

Rzadko dziękują

Klaudel reanimował ludzi kilkadziesiąt razy. Nie liczy, ile razy nie udało się uratować człowieka. O dziwo, jeśli akcja kończy się sukcesem, ludzie rzadko ratownikom dziękują. Niedawno nad Jeziorem Białym dziecko skoczyło na głowę drugiemu dziecku. U poszkodowanego chłopca podejrzewano uszkodzenie kręgosłupa. Cierpiał, a do przyjazdu karetki opiekowali się nim i wspierali ratownicy. Obiecali, że gdy tylko poczuje się lepiej, przewiozą go motorówką. Wkrótce chłopiec, u którego nie stwierdzono na szczęście poważnych obrażeń, tylko nadwyrężony kręgosłup szyjny, przyszedł im podziękować. Ratownicy spełnili swą obietnicę i przewieźli go motorówką. Kiedyś, jeszcze w latach 80-tych, w recepcji na Klaudela czekał kawał szynki i litr spirytusu. To był dowód wdzięczności od mężczyzny, którego wydobył z wody.
– Jesteśmy od ratowania, cieszymy się, gdy człowiek przeżyje – mówi Klaudel. – Oczywiście, po udanej akcji zdarzały się i brawa. Ale dla nas nie jest najważniejsza czyjaś wdzięczność. Wolelibyśmy, aby ludzie podchodzili do nas i naszych rad czy poleceń z większym zrozumieniem. Zdarza się, że spotykamy się z agresją, gdy zwracamy komuś uwagę, aby nie przekraczał bojki, nie wypływał materacem na głęboką wodę. A przecież chodzi o to, aby ci ludzie wrócili z odpoczynku cali i zdrowi. Często widziałem takich, którzy wypływali na środek jeziora, a potem nie mieli już sił, aby wrócić do brzegu. Najgorzej, gdy mamy do czynienia z osobami pijanymi. Ratownicy muszą sobie radzić w różnych sytuacjach. Zdarzało się, że dochodziło do szarpaniny, trzeba było wzywać policję. Musimy umiejętnie postępować z ludźmi.
Szef WOPR mówi, że najtrudniejsza sytuacja, z którą się spotkał i po raz pierwszy poczuł bezradność, wydarzyła się kilka lat temu nad Jeziorem Białym.
– Nagle z samolotu wyrzucono dwieście dmuchanych piłek, to była reklama jakiegoś banku – opowiada Klaudel. – Nie wiem, kto dał na to pozwolenie. Piłki spadły na jezioro, jakieś dwadzieścia metrów za kąpieliskiem. Ludzie rzucili się po te piłki do wody. To były tłumy. Gwizdaliśmy, próbowaliśmy ich zgonić na plażę, ale bezskutecznie. Płynęli po piłki, które wiatr przemieszczał coraz dalej i dalej. Niektórzy nie mieli sił, aby wrócić na brzeg. Pływaliśmy łódkami i wyjmowaliśmy ich z wody. Na szczęście, nikomu nic się nie stało, ale było naprawdę groźnie.
Klaudel przypomina, że woda to żywioł. Radzi, aby jak najszybciej wysyłać dzieci na naukę pływania. Im szybciej zaczną pływać, tym lepiej. (mo)