Kiedyś miałem dom…

Przez 20 lat był nauczycielem w jednej z chełmskich szkół. Kochał swoją pracę. Z dnia na dzień stał się bezdomny. – Życie rzuciło mnie na kolana – mówi ze łzami w oczach.

 

Pan Ryszard ma 61 lat. Na rozmowę z naszą dziennikarką przychodzi ubrany w fartuch roboczy, z ołówkiem kreślarskim w kieszeni. Pomaga przy remoncie w chełmskim „Monarze”. To teraz jego dom. Jak mówi – prezent od losu – po latach uczciwej pracy. Pochodzi z Jarosławca (pow. zamojski). Jest absolwentem Technikum Mechanicznego w Lublinie. Złota rączka. Pracował jako budowlaniec, mechanik samochodowy, ślusarz, dekarz. Po przeprowadzce do Chełma, założył rodzinę. Został zatrudniony w jednej z chełmskich szkół, która skierowała go na kurs pedagogiczny. W latach dziewięćdziesiątych był nauczycielem przedmiotów zawodowych. Uwielbiał pracę z młodzieżą. Po 20 latach pracy został jednak zwolniony. Powodem była redukcja etatów. W wieku 57 lat stanął na zakręcie życiowym. Jego małżeństwo też nie układało się najlepiej. Wyprowadził się na stancję, zostawiając mieszkanie żonie i córce. Nigdy wcześniej nie spotkał się ze zjawiskiem bezrobocia. Był przekonany, że jeśli ktoś chce pracować, to znajdzie zatrudnienie.
– Wychowano mnie w duchu patriotyzmu, że dla ojczyzny pracować trzeba – mówi pan Ryszard. – Chciałem pracować, ale nigdzie nie chcieli mnie zatrudnić. Kserowałem CV i chodziłem do właścicieli różnych firm. Ważni prezesi patrzyli na moje siwe włosy, a ja czułem się upokorzony. Nigdy nie myślałem, że będę musiał żebrać o pracę. Ale rozumiem, że byli młodsi ode mnie…
Dorywcze prace pozwalały panu Ryszardowi jakoś przetrwać. W międzyczasie złożył do ZUS wniosek o przyznanie świadczenia przedemerytalnego. Wtedy przyszło kolejne rozczarowanie. Świadczenia nie otrzymał, bo zabrakło mu 24 dni pracy. Pan Ryszard odwołał się od decyzji ZUS do sądu. Kolejne instancje utrzymywały w mocy niekorzystne dla niego postanowienie. Wyczerpał dostępną ścieżkę odwoławczą. Nie miał już pracy i nie miał pieniędzy na wynajem stancji. Nie chciał być ciężarem dla rodziny. Załamany poszedł do Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Chełmie i powiedział, że nie ma gdzie się podziać i jest bez środków do życia. W ten sposób trafił do „Monaru”. Swoją sytuację opisał w liście do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Dostał potwierdzenie, że pismo dotarło do adresata. Od tego czasu minęły dwa lata. Odpowiedzi nie ma.
– Może to dla nich za drobna sprawa? Ale tu przecież chodzi o moje życie – mówi pan Ryszard, bezradnie rozkładając ręce. – To boli, że po tylu latach pracy zostałem z niczym, na ulicy. Te 24 dni przekreśliło całe moje życie. Nie zaliczono mi okresu, podczas którego pracowałem na umowie zlecenie, a nie umowie o pracę. Zawsze całe serce wkładałem w to, co robiłem. Liczyłem na to minimum socjalne, które wystarczyłoby mi na podstawowe potrzeby. Ale i tego mi odmówiono. Mam w sobie żal, ale staram się o tym nie rozmyślać. W Monarze jest mi dobrze. Poznałem nowe środowisko, mnóstwo historii, ludzkich tragedii, dramatów. Ostatnio prowadzony jest u nas remont. Jest dużo pracy i dobrze, bo mam zajęcie. Nie mogę się nad sobą użalać. Życie rzuciło mnie na kolana…
Michał Gajewski, który od półtora roku jest kierownikiem „Monaru” w Chełmie, o panu Ryszardzie wypowiada się w samych superlatywach. Mówi, że to pracowity, wartościowy człowiek. Angażuje się w prace na terenie placówki, których ostatnio jest mnóstwo. Dzięki wywalczonym 180 tys. zł dotacji z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej chełmski „Monar” właśnie przechodzi kapitalny remont. Wymieniane są okna, podłogi, meble.
– Nie chcę, aby nasz ośrodek pełnił tylko funkcję przechowalni – mówi kierownik Gajewski. – Chcę, aby nasi mieszkańcy wykorzystali czas, który tu spędzają na poukładanie sobie życia i podjęcie trudu wyjścia z bezdomności. Organizujemy zajęcia aktywizujące. Odkąd tu pracuję, moje wyobrażenie o osobach bezdomnych bardzo się zmieniło. W wielu przypadkach powodem bezdomności jest alkohol, ale nie tylko. Często zdarza się, że trafiają tu osoby starsze, które rodzinie po prostu przestały być potrzebne. Stały się dla niej ciężarem, bo na przykład zachorowała, zniedołężniała, przestała być użyteczna. Zdarza się, że takie osoby same się do nas zgłaszają, bo na przykład jest okres zimowy, a one mają trudne warunki mieszkaniowe, nie są w stanie sobie przynieść węgla lub zbyt niskie dochody uniemożliwiają im utrzymanie. Często są to osoby zaniedbane, załamane swoją sytuacją.
Do „Monaru” trafiają także osoby wykształcone, kiedyś dobrze sytuowane. Co jakiś czas wraca tu przedsiębiorca, który kiedyś kierował dobrze prosperującym biznesem. Firma upadła, zaczęły się problemy rodzinne i alkoholowe. Przebywają tu też osoby, które straciły dorobek w pożarze, a także takie, których rodzina sprzedała mieszkania i nigdy nie oddała pieniędzy. Kierownik Gajewski wspomina też aktora, który został skierowany do chełmskiego „Monaru” przez jeden z ośrodków pomocy w kraju. Grał na scenach największych teatrów w Polsce z takimi sławami jak Jan Kobuszewski. Nie założył rodziny. Przez jakiś czas przebywał w chełmskim ośrodku, potem został przeniesiony do innego i zmarł.
Regulamin „Monaru” zakłada, że podopieczny ma zapewniony dach nad głową przez rok, a potem powinien znaleźć sobie lokum i wyprowadzić się z ośrodka. W praktyce dotyczy to nielicznych, tj. pięciu do dziesięciu procent podopiecznych w wieku do 40 roku życia. Osoby te – w przeciwieństwie do starszych – mają jeszcze szanse na rynku pracy. Kierownictwo ośrodka nie wystawia nikogo na bruk. Najstarszy mieszkaniec chełmskiego „Monaru” zbliża się do osiemdziesiątki. Przebywa w ośrodku najdłużej, od ponad dziesięciu lat. Najmłodszy podopieczny ma 23 lata. W ośrodku mieszka obecnie 36 osób, większość do mężczyźni. Zimą podopiecznych przybędzie. (mo)
PS Imię bohatera artykułu zmienione. Personalia do wiadomości redakcji.