Konfrontacje z myśleniem o Polsce

Tegoroczna edycja Konfrontacji Teatralnych w Lublinie to swoisty zakręt – wyjaśnia Janusz Opryński, dyrektor festiwalu. Po 23 latach ma on już na tyle mocną pozycję w Polsce, że program tegorocznych Konfrontacji mógł ukazać wszelką prawdę o tym, jak śmiało w obecnych realiach myślą teatralni twórcy.


Widz musiał zadać sobie jednak spory trud myślowy, by wydobyć z tych przedstawień to, co one niosą. Cóż, w aktualnych warunkach nie da się o wszystkich bolączkach życia społecznego mówić wprost, lecz teatr potrafi to wyrazić w sobie wiadomy sposób, w swoim języku

Spektakle KT opisują m.in., jak człowiek w Polsce reaguje na rzeczywistość, pod jaką presją stoi dzisiejszy obywatel jako pracownik, członek rodziny, szerszej społeczności. Twórcy przedstawień nie ułatwiali widzom tej diagnozy poprzez swoją sztukę i dzięki temu zarówno teatromani jak dramaturdzy czy zespoły teatralne miały wiele zabawy i satysfakcji.

Tegoroczne Konfrontacje rozpoczął 3 października „Wujaszek Wania” warszawskiego Teatru Polskiego (sala Centrum Spotkania Kultur). Wielka scena była tu właściwym miejscem dla gwiazdorskiej obsady (m.in. Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Anna Nehrebecka, Magdalena Różczka, Karolina Gruszka, Andrzej Seweryn, Maciej Stuhr). Reżyser spektaklu – Iwan Wyrypajew, jak twierdzą krytycy, realizował nad Wisłą swoje marzenie: stworzył soczystą komedię, jakiej dawno nie widziano w  teatrze polskim i to na kanwie dramatu. Bo „Wujaszek Wania” podejmuje kwestie poważne, jak kondycja rosyjskiej inteligencji, przewrót społeczny, upadek moralny oraz idee ludzi – np. by chronić lasy przed wycięciem.

To opowieść o epoce, która minęła i ludziach, których już nie ma. W dodatku reżyser jest wierny tekstowi autora co do joty – biorąc poprawkę na dość archaiczny już język przekładu Iwaszkiewicza. Wyrypajew nałożył na to swój język teatralny, przez co sztuka napisana przez Czechowa sto lat temu pasuje do naszego świata i spektakl zebrał zasłużone owacje.

Podobnym tropem, tj. inscenizacji rosyjskiej klasyki, poszedł Janusz Opryński – dyrektor Konfrontacji – prezentując na nim „Św. Idiotę” według Dostojewskiego w wykonaniu Teatru Polskiego w Bielsku-Białej.

Organizatorzy, a w ich imieniu: Łukasz Drewniak i Wojciech Majcherek – nowi kuratorzy Konfrontacji, przyciągnęli też masę innych uznanych scen, jak m.in. Teatr Śląski w Katowicach, Teatr Ósmego Dnia z Poznania, Komunę Warszawa czy znany czeski teatr z Pragi.

A więc z jednej strony, mieliśmy teksty uznane od lat – Czechowa, Dostojewskiego, usiłujące objaśniać dzisiejszy świat, z drugiej – teatr eksperymentujący w tkance społecznej, który sięga nawet do scenariuszy filmowych, by odnaleźć tam świeże spojrzenie na bolesne, życiowe rozterki.

Taki był spektakl „Pod presją”

…dla wielu numer jeden tegorocznej edycji KT, oparty na kanwie filmu  „Kobieta pod presją” Johna Cessavetesa z  1974 r.

Spektakl Mai Kleczewskiej i zespołu Teatru Śląskiego (Katowice) to studium norm obowiązujących w społeczności, weryfikacja dla uznanych przez lata norm, które w przypadku tej historii legły w gruzach. Dramaturg Łukasz Chotkowski kreśli tu przejmujący obraz Mabel – to filmowa Amerykanka w średnim wieku, lecz tu przez autorów „włożona” w realia dużego polskiego miasta.

Pani domu – matka i żona – dokonuje nagle życiowej wolty. Odprawia troje swych dzieci z ich babcią – i to na dłużej. Sama pije dużo wina, tańczy, rozmyśla. Ma straszny „dół”, wychodzi więc do baru, gdzie upija się już całkiem, kończąc noc z obcym facetem w swej sypialni. Jej mąż (Nick) miał wówczas w fabryce awarię. Wraca dopiero rano i to nie sam, bo z brygadą kumpli z produkcji. Chce im podziękować za trud pracy, ugościć obiadem, lecz żona zupełnie nie sprawdza się jako gospodyni. Wszyscy widzą dziwaczność w jej rozmowach i zachowaniu. To spontaniczne party odsłania ją jako osobę cierpiącą na jakieś zaburzenia…

Mabel to jednak żona i matka, próbująca odnaleźć się w tym stanie ducha. Rodzina przez długi czas toleruje jej odmienność, jej wybryki wobec teściów i własnych dzieci, a kobieta zachowuje się niczym automat, android.

Filmowa „wrzutka” w fabułę spektaklu ukazuje ją jako kompletnie niedostosowaną społecznie, gdy na ulicy, na przystanku tramwaju „świruje” i zaczepia ludzi. W domu zarządza dla swoich pociech i zaproszonej trójki innych dzieci kinderbal, który obnaża absolutny „odlot” Mabel. Będąc trzeźwa, robi z tej imprezy taki chaos, że ojciec owych dzieci zgarnia je i wzywa pomoc medyczną. Wtedy widać potężniejący obraz szaleństwa kobiety, jej dojmującą bezradność…

W szpitalu lekiem na to jest przemocowa psychiatria, której elektrowstrząsy robią z człowieka „warzywo”. Taka też wraca do domu Mabel. Rodzina, lojalna wobec niej dotychczas nawet w chorobie, ma teraz problem. Mąż znajduje w dzieciach bardzo złe zmiany skutkiem powrotu „takiej” matki – stają się agresywne. Ale też kompletnie negatywnie postrzega ją społeczność lokalna, która feruje swoje wyroki…

„Pod presją” to bardzo męczące dla widza przedstawienie, lecz empatyczne i sugestywne, perfekcyjnie odegrane i uniwersalne. Bo ową Mabel może być także inna kobieta, każdy z nas. Przy rozdzierających dźwiękach muzyki spektaklu mamy tu portret wszystkich, którzy dla społeczeństwa jawią się inni, całe rodziny. Jedni rezygnują z głównego nurtu życia, drudzy są pod presją na tyle, że ich wewnętrzna wolność każe im popaść w szaleństwo…

Sztuka Kleczewskiej to uwzględnia, zadaje pytania o społecznie akceptowalne normy. Odstąpienie od nich wyklucza i stygmatyzuje. Tak łatwo wyrzuca się ludzi poza nawias… Tylko komu wolno oceniać fakt, gdy ktoś wraca do swego środowiska z odosobnienia? Tym bardziej kobieta, wobec której w społeczeństwie stawia się inny pakiet norm i wymagań?

„Ośrodek wypoczynkowy”

W nowych realiach, jedna z dawnych placówek kultury zostaje przemianowana na… centrum relaksu. To jedna z licznych inicjatyw Narodowego Programu Zbiorowego Wypoczynku w ramach dobrej zmiany. Ośrodek ten, jak i pozostałe tego typu jednostki, wychodzi naprzeciw pragnieniom każdego obywatela, m.in. potrzeby świętego spokoju, nieangażowania się w cudze sprawy, dbania o własny interes i komfort.

Pobyt w ośrodku pomaga zapomnieć o wszystkim, co nie jest dla kuracjuszy przyjemnością. Nie ma tu waśni, konfliktów, nie ma tematów politycznych. By nie psuć sobie humoru nie rozmawia się nawet o pracy, o niższych czy wyższych zarobkach. Rodzina także schodzi na odległy plan. Pensjonariuszy cechuje nieustanne napięcie między programowym dla ośrodka indywidualizmem i jedynie słusznym tu egocentryzmem a kreowanym odgórnie przymusem posłuszeństwa wobec grupy. Ludzie są tu po prostu obiektem warunkowania psychologicznego – uczą się żyć pod pozorem, że będą mogli odnaleźć swoje skrywane potrzeby. To np. fałszywa w założeniu idea korporacyjnej integracji.

Mamy więc grupę wykonującą codzienne procedury, ćwiczenia, rodzaj medytacji. I już żadna swobodna myśl nie jest w stanie zakłócić tu zadekretowanego wypoczynku. To dzięki takim ośrodkom obywatel może poczuć ulgę. Za niego zostają podjęte decyzje, wszystkie sprawy załatwione, sytuacja wewnętrzna i zewnętrzna jednostki jest stabilna, a dobrobyt zaprogramowany. A, i jeszcze sztuczny optymizm jest tutaj na kliknięcie…

Orwell, Wielki Brat, Mordor, tresura, manipulacja, atrofia uczuć – takie skojarzenia towarzyszą wychodzącym ze sztuki widzom. Duet Anna Smolar – reżyserka i Michał Buszewicz – dramaturg ukazują fabułę w prostych scenach, chwilami żywcem z Cyrku Monty Pythona, z komiksu czy wręcz kabaretu. A w tle tej groteski jest choreografia łącząca tai-chi i jakieś pokraczne odsłony nowego tańca. W sumie to pyszna w formie i treści drwina zespołu Komuny Warszawa. Drwina z przejawów działania nowego państwa, które także i tu jak zwykle czuwa nad poprawnością. Nic dziwnego, że widownia przyjmuje ten stan rzeczy długotrwałą owacją.

Teatr performatywny

…tej samej Komuny Warszawa dzień później, w tejże sali Galerii Labirynt święci podobny sukces. Ich spektakl „Cezary idzie na wojnę” lubelska publiczność odbiera równie owacyjnie mimo dużych różnic stylistycznych i treściowych chyba nie dlatego, że scenariusz powstał w ramach stypendium Prezydenta Miasta Lublin?

Cezary Tomaszewski – reżyser i Justyna Wąsik – autorka scenariusza, dowodzą, że wojna krąży po świecie, że „trudno bez niej żyć, łatwiej z nią umierać” – jak słychać w spektaklu. Twórcy mnożą pytania: Czy jesteśmy przygotowani do wojny? Czy pamięć o niej pomaga w utrzymaniu pokoju? Czy wojna może być sprawiedliwa? Czy polityka historyczna otwiera tylko stare rany, czy gotuje społeczeństwo do walki? Ich sztuka przywołuje myśl, że wojna w Europie może przestać być historią.

Mamy tu jednak radosne dworowanie autorów z tego problemu. A piątka aktorów, w tym kobieta, daje komiczny popis opętania aurą przyszłej wojny. Za kanwę spektaklu służy „Śpiewnik domowy” Stanisława Moniuszki i jego pieśni.

Na ich tle słyszymy treść rozporządzeń Rady Ministrów w sprawie poboru rekrutów do czynnej służby wojskowej, opisy ich kategorii zdrowia. To ewidentne żarty z procedur kwalifikacyjnych do wojska. Brzmią również przeciwwskazania do służby. Każdy z pięciu poborowych bierze to do siebie osobiście. Bo ów Cezary „idący na wojnę” występuje tu w pięciu osobach o rozmaitych umysłach, temperamencie, tężyźnie, uczuciowości. Te wszystkie cechy osobowe oddaje choreografia: komiczny „balet” jaki tańczą aktorzy, tzn. przeżywa nasz zbiorowy rekrut. W tym tańcu i śpiewie odzwierciedla się różne wychowanie jednostek, kody kulturowe, konwencje stylistyczne ich życia. Widać w nim lęki i obawy przyszłości.

Dlatego ich pląsy do pieśni Moniuszki przechodzą wartko w ćwiczenia fitness, w jakąś rytualną gimnastykę, aż po rodzaj musztry wojskowej. Konflikt tuż, tuż!

Szyderczo brzmią słowa pieśni: „bo wojna to rozkosz, to rozkosz jedyna, prawdziwa rycerska przyczyna, a rycerz to pan!” Dalsza narracja uderza w czułe struny historii, kieruje uwagę na ślad wojen i mitologii tzw. żołnierzy wyklętych. Jest więc w tym szaleństwie osobliwe „lokowanie produktu” – wszystko po kolei wytycza wzorzec męstwa przygotowuje młodzież do zagrożenia, walki i oblężenia.

I oto ich euforyczny śpiew brzmi bardzo, bardzo patriotycznie. Ich taniec-musztra, co i raz wojenne okrzyki przypominają już zmagania na polu walki. Cezary Tomaszewski jest znów gotowy do wojny – mimo że na komisji otrzymał kategorię E.

Dlaczego teatr z Warszawy przetwarza wojnę? Spektakl jest drugą premierą teatralnego cyklu „Przed wojną / Wojna / Po wojnie” realizowanego przez Komunę Warszawa, opisującego permanentny stan antycypowania globalnego konfliktu, w jakim dziś tkwimy.

Sam spektakl jest także po mistrzowski przygotowany na realia wojny: ascetyczna scenografia i kostiumy, jedna ławka gimnastyczna, pianino, stroje fitness, do wystawienia w każdych warunkach pola walki…

Czesi pomagają nam nas rozumieć

Ostra „diagnoza” w obu spektaklach teatru z Warszawy obecnej świadomości młodych ludzi i realiów w Polsce przestaje być li tylko intelektualnym żartem, grą znaczeń, pogodną zabawą. Wystarczy bacznie obserwować to, co dzieje się za oknem i co pokazują media.

Podobny efekt społecznej diagnozy, acz tradycyjnymi środkami wyrazu, osiągnął praski teatr Divadlo Na zábradlí i jego reżyser Jan Mikulášek. Poprzez spektakl „Obsesja” konstatuje on w kraju nad Wełtawą absolutną powierzchowność, zdawkowość relacji międzyludzkich, wręcz nihilizm i widzi ją w każdym wziętym pod lupę aspekcie: rodzinnym, towarzyskim, sąsiedzkim, zawodowym. To zwłaszcza bylejakość, wręcz instrumentalizacja najwyższych uczuć, egoizm podmiotów. Miłość odgrywająca tak kluczową rolę w literaturze i sztukach pięknych jest w tym spektaklu szczególnym polem analizy autora. Szydercze i cyniczne spojrzenie na to uczucie z różnych punktów widzenia, z poziomu różnych grup społecznych zapewniły 4 pary świetnych aktorów, w surrealistycznej atmosferze burleski podszytej słynnym czeskim humorem.

Marek Rybołowicz