Konfrontacje z przerwami

Inaugurująca Konfrontacje sztuka „Mistrz i Małgorzata” w reż. Janusza Opryńskiego wystawiona została na dziedzińcu Zamku Lubelskiego. Pozostałe spektakle grane będą we wnętrzach Centrum Kultury. Bilety do nabycia w kasie CK oraz w serwisie sprzedaży internetowej CK

Plenerowy spektakl według słynnej powieści Bułhakowa zainaugurował, 25 września br., XXV Lubelskie Konfrontacje Teatralne. Ulewne burze nad miastem spowodowały wówczas odwołanie drugiego przedstawienia. Festiwal ma w tym roku postać wlokącą, rozłożoną na ponad miesiąc – z przyczyn wiadomych. Po spektaklu otwarcia nastąpiła w Konfrontacjach dłuższa przerwa.


Dziedziniec Zamku Lubelskiego daje artystom dużo możliwości. Spektakl „Mistrz i Małgorzata” rozgrywa się w kwadracie przestrzeni między 4 sektorami publiczności – widzów usadzono tu „rzadko”, zgodnie z reżimem sanitarnym. Na chłodnej, kamiennej posadzce toczy się gorąca fabuła sztuki. Akcja ma być wartka – Janusz Opryński, reżyser przeznaczył na nią jedynie 2 godziny. W swym scenariuszu zdecydował pójść na skróty, co zakłada u widza znajomość dzieła Bułhakowa. Do teatralnej wiwisekcji reżyser wybrał wątki intelektualne, filozoficzne, semantyczne – gubiąc po części magię, ironię i wręcz bąbelki poczucia humoru autora. Absurdalne, schizoidalne.

Inscenizacja ta uderza w ton powagi. Zaczyna się teologicznie. Misza Berlioz – literat i Iwan Ponyriow – poeta publikujący jako Biezdomnyj analizują życie Jezusa z pozycji ateizmu. W ich kraju, Kraju Rad, ateizm nikogo nie dziwi. Wówczas ławeczkę obok zajmuje on, Woland. I wcina się do dyskusji o dowodach na istnienie Boga. Z jednej strony agnostycyzm Kanta, z drugiej nieznośny determinizm tego filozofa-przybysza. Pytany o kompetencje, przedstawia się jako konsultant czarnej magii. Jest dekadencki i bezczelny. Luzacko brzdąkając sobie na gitarze, ów Woland Opryńskiego, przepowiada rychłą śmierć jednemu z dyskutantów.

Po czym snuje on biblijną dygresję: Jeszua (Jezus) wjeżdża na stole operacyjnym, a ponury sanitariusz-oprawca przesłuchuje go nad wyraz brutalnie. Piłat w kitlu lekarza, poprzez swoje oracje, obwinia Jeszuę o całe zło na Ziemi. Nasi literaci ateiści komentują: – To się nie zgadza z przekazem ewangelii. To jakaś siła nieczysta…

W chwilę później, gdy idą, ich dyskurs przerywa ‘powieściowy’ tramwaj (tu wehikuł wytoczony zza kulis), a Berlioz traci pod nim życie. Bezgłowy jego fantom miota się parę chwil w oskarżeniach wobec wróża.

Świta wcielonego diabła

Teraz poznajemy kompanionów Wolanda. Właściwie trudno ich rozpoznać, gdyż Behemot (grany przez kobietę), Azazello, Fagot i Korowiow w niczym nie przypominają oryginałów. Bo też ich role Opryński w spektaklu mocno ogranicza. – Ta ekipa jest dużo mniej barwna niż u Bułhakowa – słyszę od towarzyszki w sztuce, siedzącej obok. Fakt, że brakuje tu atmosfery magii i komizmu jaką w powieści kreują pomocnicy Wolanda.

I tak Biezdomnyj, jedynie w kalesonach, trafia do psychiatryka skutkiem diabelskich wyczynów. Czyż to dziwi, skoro wcześniej ruszył przez Moskwę z opowieścią, że w mieście grasuje Poncjusz Piłat… Dlatego literat trafia w łapy demonicznego psychiatry, a wcześniej ruda seksowna salowa traktuje nagiego poetę szlauchem zimnej wody. Delikwent wyjeżdża na szpitalnym łóżku.

To teren gdzie prym wiodą Behemot, Azazello i ów konsultant czarnej magii, sam szatan. W ich ręce wpada teraz Stiepan Lichodiejew – dyrektor Teatru „Varietes”. Wyciągają zeń matactwa i szalbierstwa. Nic dziwnego, że zwariował i narobił mnóstwo zamieszania „teleportując” się po całej Rosji. Podobne tarapaty ma Nikołaj Bosy – szubrawiec i krętacz oskarżony o łapownictwo. Po donosie Korowiowa aresztowany oszalał i znalazł się w klinice.

Jeszcze wielu takich łotrów prześladuje świta Wolanda. Za tą przyczyną jawi się szereg tajemniczych zdarzeń: ludzie wpadają w obłęd, tracą życie, znikają bez wieści… Śledztwo władz musiało utknąć na raporcie, że: „była to robota szajki hipnotyzerów i brzuchomówców, którzy doszli w swym rzemiośle do perfekcji.”

Romantyczny Woland gra teraz na swej gitarze prawdziwie mocne riffy, a jego świta pląsa jakiś „taniec-opętaniec”. Daje to obraz brewerii, jakie szatan wyprawia naonczas w stolicy Rosji. Nad głowami widzów kroczą dwaj linoskoczkowie – za chwilę zrzucą na scenę papierowe ruble, a sami spadną. Czyż banknoty to nie metafora przekupienia ludzi, by robili co chce szatan? Ci zaś spadający, to nie przepowiednia końca życia dla łapowników?

A w psychiatryku?

Do poety Biezdomnego dołącza obłąkany pisarz. Tytułowy bohater mówi, jak to znienawidził swoją powieść biblijną, aż ją spalił. Mistrzem zwie go zakochana w nim kobieta, czyjaś żona, która czytała to dzieło bez opamiętania podczas rendez-vous w jego suterenie na Arbacie. I stąd problem.

Małgorzata odwiedza Mistrza w szpitalu, porywa go do tańca. Lecz oto w ramionach kochanki przemienia się on w… Azazello. Kobieta widzi, że jej wybraniec tkwi w rękach diabła. Wszystko zdaje się być wykwitem czarnej magii… W alegorycznej scenie zrozpaczony poeta wzywa na pomoc Boga. Lecz w Moskwie wówczas króluje szatan, który o dziwo robi wiele bardzo dobrych uczynków. Ba, stawia się w roli sprawiedliwego…

Woland wydaje bal, na który Korowiow zaprasza Małgorzatę – warunkiem jest jej nagość, uległość. Zdesperowana miłością kobieta robi wszystko by odzyskać swego Mistrza, godzi się więc publicznie obnażyć, epatuje urodą. Ekipa Wolanda, tu wyraźnie „tęczowa” a nawet rozwiązła w trakcie imprezy, wygłasza peany na jej cześć. Od teraz zwą ją Margo. Jako królowa balu może żądać co tylko chce. Wkrótce osiągnie swój cel…

Teraz ta dobra kobieta w głowie ma misję. Wśród setek postaci na balu u szatana poznaje Friedę – widmo kobiety, która zabiła własne nowo narodzone dziecko. Jej obłęd przejawia się w biegającej nago po scenie Margo. Prosi o łaskę dla cierpień tej upadłej dziewczyny. W swym dramatycznym monologu Margo załatwia uwolnienie Friedy od jej traumy. To kolejny gest Wolanda jako diabła-wybawcy. Najważniejsze dla Margo jest to, że zapewnia sobie widzenie z ukochanym.

Miłość przezwycięża chaos

…mogłoby wynikać z tej powieści. Woland w finałowej rozmowie z Mistrzem i Małgorzatą na szpitalnym łóżku otwiera… duszę. Twierdzi, że tak dobry pisarz zasłużył na ratunek i ukojenie, bo nie może przestać tworzyć! Jego diabelska sztuczka pozwala im wrócić do sutereny na Arbacie, przywraca też utraconą powieść Mistrza. Butelka wina od Wolanda konsumowana na randce przez kochanków kończy ich tułaczkę.

Cóż za dobrotliwy szatan? W powieści tej traci on jakby przyrodzoną tożsamość. Diabeł robi tutaj tak liczne pozytywne gesty, czyni tak wiele dobra, że zdaje się przezwyciężać całe zło i zepsucie, jakie przyciągnęło jego uwagę w tym mieście. W ateistycznym narodzie. W komunistycznym, skorumpowanym i zakłamanym państwie.

Powieściowy szatan ma niewyobrażalne poczucie humoru i takież pokłady magii. Lecz jak miałby je oddać reżyser? – np. inscenizując wizję, gdy „2 tys. ludzi w Moskwie wyszło z teatru nago i rozjechało się do domów taksówkami”. W realiach spektaklu największe bodaj wrażenie na widzach robi lot „nagiej Małgorzaty” nad Moskwą z inspiracji Wolanda – tutaj środkiem wyrazu jest wyrafinowany taniec jej alter-ego (akrobatki w cielistym stroju) na szarfie kilka metrów powyżej sceny. Towarzyszą temu podniosłe akordy oraz wokaliza najwyższej próby.

W sumie muzyka spektaklu nie musi się podobać, za to scenografia – w większości rekwizyty mobilne, na rolkach – jest pomysłowa i robi duże wrażenie. Podobnie jak cała inscenizacja, która zakłada jednak, powtórzmy: dobrą znajomość powieści Bułhakowa.

Jest aplauz. Aktorzy wychodzą kłaniać się wielokrotnie przed stojącą na finał publicznością. Wraz z ostatnim ich wyjściem z nieba spadają ciężkie krople. Już w strugach deszczu Janusz Opryński za swój trud odbiera z rąk prezydenta miasta honorowy medal. Burzowy i ulewny weekend, jaki nastąpił, uniemożliwia powtórzenie tego przedstawienia następnego dnia.

Teatr, którego nie ma

Po owym spektaklu otwarcia nastąpiła w Konfrontacjach niemal dwutygodniowa przerwa. 7 października ciąg dalszy festiwalu ma miejsce w serii przedstawień „Wyliczanka” (3,2,1,0). Dość trudno relacjonować sztukę, której nie znajdziemy na afiszu teatru, a stanowi jedynie projekt dopełniający tzw. content festiwalu zgruchotany przez Covid-19.

Jest coś, co łączy oba opisywane spektakle: surrealizm. Eva Rysova – czeska reżyserka osiadła w Krakowie realizuje eksperyment, którego pierwowzór daje „Siedem kresek” (jeśli ktoś je widział) wystawione w ubiegłym roku na tyskim TopOFFestival.

Tak więc w minionym tygodniu widzowie KT odliczali dni: środa, czwartek do soboty. Od „Wyliczanki 1” następowały bowiem kolejne odsłony tego samego przedstawienia. Każdy dzień stanowił nową konstelację zdarzeń w ramach przyjętej formuły.

Rzecz dzieje się w galerii sztuki, gdzie swoje rzeźby-manekiny wystawia Mateusz Hajdo. To krakowski artysta malarz, który poszedł na eksperyment teatralny. Wykorzystał w tym celu niezły arsenał elektrotechniki (silniczki, przekaźniki, styczniki, 200 m kabli) by móc poruszyć to co chciał eksponować.

– Instalacja powstała z mojego zauroczenia damskimi stopami, nogami, właściwie całym ciałem. Lalki zostały zrobione z dużej ilości resztek materiałowych – wyznaje artysta. Dzięki temu powstała osobliwa scenografia niosąca potencjał, a nawet potencję. Okazuje się, że Rysova tchnie życie w tę laboratoryjną przestrzeń, spersonalizuje ją.

W pierwszym akcie (środa) mamy li tylko rekwizyty, które czekają na swoją rolę. Ot, surowa, chłodna ekspozycja, gdzie manekiny-kobiety z lekka poruszają się, rozkładają nogi. W czwartkowej odsłonie ruchy lalek są coraz bardziej wyzywające. Znajdują więc adoratora wśród ludzi zwiedzających galerię. Pod wpływem jego zalotów lalki już nie tylko kuszą, lecz ożywają – zyskują swoje ‘sobowtórki-aktorki’. A ów gość zakochał się w wybranym rekwizycie. Wzbiera interakcja, robi się zmysłowo, erotycznie.

Piątkowy spektakl przynosi już efekt tego zakochania w postaci… męskiej ciąży. Nasz amoroso obnosi się po galerii z niezwykle wydatną… moszną. Tak, tenże organ obrano za substrat męskiego rozrodu. Mężczyzna cierpi wszelkie katusze związane z przebiegiem ciąży i nawet próbuje „rodzić”. Lecz następuje suspens.

A ów pure-nonsens w sobotni wieczór znajduje „rozwiązanie”. W trakcie scenicznego blackoutu jako dziecko pojawia się tancerz – w stroju ze ścinków materiału, a la’ patchwork. Bo właśnie ta mozaikowa rzeczywistość wykreowała nowe życie w przestrzeni sztuki – w klimacie chuci i seksualnych asocjacji…

„Wyliczanka” to spektakl-serial, który stopniowo dopowiada się do pełnej postaci. Spektakl dojrzewa powoli, dąży do swobody oddechu, jak w chwili krzyku noworodka – piszą o nim teatrolodzy. Oni znajdują tu hołd oddany tymczasowości teatru, niepowtarzalności doświadczenia każdego teatralnego pokazu. Widz znajdzie tu wypas dla własnej wyobraźni.

Przy Konfrontacjach pozostaniemy dalsze 2 tygodnie – tak długo potrwają spektakle. A zważywszy, że „nadzór” nad festiwalem trzyma w tym roku siła wyższa, może to być nieustający eksperyment teatralny.

Marek Rybołowicz