Korporacja wypiera smak i tradycję

Widok krowy czy świni na wsi… zaskakuje. Nawet kury są dziś rzadko spotykane. Rolnicy się starzeją, a liczba gospodarstw rolnych w powiecie chełmskim, tak jak i w całym kraju, spada. Polską wieś niszczą fermy przemysłowe, których ekspansja rośnie w zawrotnym tempie.

Z danych ostatniego spisu rolnego wynika, że w ciągu 10 lat liczba gospodarstw rolnych w kraju zmniejszyła się o blisko 13 proc. Rolników jest coraz mniej i są oni coraz starsi. Już kilka lat temu średni wiek osób pracujących na roli przekroczył 50 lat. Młodzi nie chcą przejmować ojcowizny, bo rolnictwo jest dziś nieopłacalne.

– Pozmieniało się. Nie ma już rolników, którzy mają po kilka sztuk bydła. Teraz są hodowle przemysłowe. Już nawet mało kto trzyma kury – przyznaje gospodarz z powiatu chełmskiego.

Rolnictwo tradycyjne wypierają wielkie fermy przemysłowe, które przejmują coraz więcej ziemi rolnej, a w ślad za tym coraz więcej unijnych dopłat.

Wypychanie z rynku małych i średnich gospodarstw oraz postępujące zmiany w polskiej – i nie tylko – wsi, to jedno. Największym, a pewnością najbardziej uciążliwym, problemem mieszkańców terenów wiejskich jest odór towarzyszący hodowli zwierzęcej, o czym dobrze wie społeczność Uchańki w gminie Dubienka. Jak niedawno donosił nam jeden z czytelników, już przy czterech kurnikach smród wydobywający się z fermy jest nie do zniesienia. A przecież docelowo firma zamierza wybudować ich jeszcze kilkanaście, na co gmina dała zielone światło.

Negatywne konsekwencje chowu przemysłowego odczuwają jednak wszyscy, nie tylko mieszkańcy najbliższej okolicy. Z raportu Greenpeace wynika, że przemysłowa produkcja zwierząt emituje więcej gazów cieplarnianych niż wszystkie samochody osobowe i dostawcze na europejskich drogach. Nadmiar odchodów skutkuje zanieczyszczeniem powietrza, gleby i wody. Efektem czego jest m.in. zatruwanie Bałtyku. Z kolei nadmierne używanie pestycydów prowadzi do zmniejszenia populacji pszczół, o które przecież powinniśmy dbać.

Koncentracja dużej liczby zwierząt w jednym miejscu (bez dostępu do świeżego powietrza i światła słonecznego) powoduje u nich stres i cierpienie. Zwierzęta nie mogą się poruszać i okaleczają siebie nawzajem. Takie warunki bytu sprzyjają też rozprzestrzenianiu się między nimi chorób (m.in. afrykańskiego pomoru świń czy ptasiej grypy). Mimo to ferm w całym kraju jest coraz więcej i są one coraz większe. Wszystko po to, by wyprodukować jak największą liczbę zwierząt gotowych do uboju w jak najkrótszym czasie. Dlatego też w Polsce można zaobserwować systematyczne skracanie czasu chowu świń i kur. Natomiast w intensywnym chowie drobiu kurczętom podaje się zapobiegawczo antybiotyki, dzięki czemu rosną szybciej i nie chorują (statystyki pokazują, że w przemysłowej produkcji podaje się więcej antybiotyków niż w całym systemie opieki zdrowotnej dla ludzi). Antybiotyki pozostają w mięsie zwierząt i tą drogą trafiają do ludzkiego organizmu. Stąd antybiotykooporność u dzieci i dorosłych, czyli prawdziwa plaga współczesnej medycyny i jedna z przyczyn zgonów na całym świecie.

Jednak to kurczak jest w Polsce najchętniej jedzonym mięsem. Tyle że ten z produkcji masowej nie smakuje tak samo jak wyhodowany w naturalnym środowisku. Smak wiejskich jajek czy rosołu z „prawdziwej” kury jest nie do podrobienia. Dlatego coraz więcej osób, jeśli ma taką możliwość, sięga po produkty regionalne, od lokalnych małych rolników.

– Staramy się ograniczać jedzenie mięsa. Jajka i kurę na rosół kupujemy tylko od zaprzyjaźnionego rolnika lub od starszych pań, które przyjeżdżają do miasta w tak zwane dni targowe – mówi pani Magda z Chełma. (pc)

Tekst powstał we współpracy z Koalicją Żywa Ziemia, https://koalicjazywaziemia.pl/

Link do petycji jest dostępny tutaj.