Lodowaty prysznic to historia

Do majtek wkładają sobie papierosy i żyletki, do odbytu zwinięte banknoty. Jeden z pijanych klientów wyważył pancerne drzwi izolatki, bo cierpiał na klaustrofobię. Inny wybił palca sanitariuszowi. Ekstremalne dyżury zakończone podbitym okiem i porwaną koszulą to dla pracowników chełmskiej izby wytrzeźwień codzienność. Następców trudno znaleźć, a ktoś tę robotę wykonać musi. Ostatnio jest łatwiej, bo warunki są bardziej komfortowe. Wkrótce na „wytrzeźwiałce” znajdzie się miejsce dla kobiet, bo taka jest potrzeba.

Krzysztof Gocał, dyrektor Ośrodka Pomocy Osobom Uzależnionym w Chełmie, w wyremontowanej dyżurce

Izba wytrzeźwień w Chełmie działa od 1975 roku. Jest jedną z najstarszych nieprzerwanie działających instytucji w mieście. Od jakiegoś czasu funkcjonuje pod nazwą Ośrodek Pomocy Osobom Uzależnionym, ale i tak chełmianie nazywają ją izbą wytrzeźwień. Kiedy powstawała przed trzydziestu siedmiu laty, dysponowała czterema czteroosobowymi salami i jedną izolatką. W sumie siedemnaście miejsc. I tak jest do dziś. Krzysztofowi Gocałowi, dyrektorowi „wytrzeźwiałki”, udało się wysupłać w ubiegłym roku 68 tys. zł na pierwszy etap remontu. Sale dla pacjentów mają przejść lifting lada dzień, ale póki co wciąż jeszcze wyglądają jak przed laty. Ostatnio pojawiły się tu tylko kamery i monitoring, dzięki którym pracownicy mają podgląd na pacjentów. Gdy któryś zmieni pozycję, na przykład przewróci się z pleców na brzuch w dyżurce zapala się czerwone światełko. Pracownik zmiany musi wtedy do niego pójść, sprawdzić czy na przykład nie krztusi się wymiocinami albo nie załatwia swojej potrzeby „pod siebie” albo na ścianę. Takie zachowania to norma. Na każdej zmianie na „wytrzeźwiałce” jest trzech pracowników: kierownik zmiany, opiekun – sanitariusz oraz lekarz. To doświadczone osoby. Najstarsza z nich pracuje w izbie od 1978 roku. Jak mówi dyrektor Gocał, nie jest to zajęcie dla każdego. Ekstremalne sytuacje zdarzają się prawie na każdej zmianie. Pracownicy nie raz kończyli dyżur z podbitym okiem, wybitym palcem czy w podartej koszuli. Do tego dochodzi mnóstwo wyimaginowanych skarg, które piszą „pacjenci”. Stażyści i praktykanci nie zagrzewają tu miejsca. Uciekają w popłochu. Nic dziwnego. Pijani pacjenci bardzo często są agresywni. Wpadają w szał, bo nie chcą spędzać nocy na wytrzeźwiałce. Albo odurzeni alkoholem myślą, że trafili za kratki. Pięćdziesiąt procent z nich to awanturnicy, dowiezieni przez policjantów z interwencji domowej. Oznacza to, że chwilę wcześniej rozstawiali po kątach rodzinę. Takiego pijanego, pobudzonego mężczyznę trzeba skłonić do tego, aby się rozebrał. Nie do naga, tylko do majtek. Dyrektor Gocał mówi, że przymusowe zimne prysznice, pod które na siłę wsadzano pijanych to już przeszłość. Teraz takiej praktyki nie ma, choć jeśli pacjent ubrudzi się własnym moczem czy odchodami, to na kąpiel trzeba go jakoś namówić. W wielu przypadkach przymusowe prysznice nie wchodzą w rachubę także z innych powodów. Gros klientów izby to bezdomni, którzy nie myli się od miesięcy, a nawet lat. Często są zarobaczeni, zawszawieni, owrzodzeni. Nie można ich tak prostu wsadzić pod prysznic i wyszorować, bo w niektórych przypadkach takie nagłe pozbawienie flory bakteryjnej, mogłoby być szkodliwe dla ich zdrowia, a nawet życia. W takich sytuacjach trzeba postępować ostrożnie, stopniowo, najlepiej pod nadzorem medyków i na oddziale szpitalnym. Bezdomni często trafiają na izbę. Rekordziści są tu nawet sto pięćdziesiąt razy w ciągu roku. Niektórzy lubią to miejsce i często przychodzą tu sami. Choć nie ma szans odzyskać od nich należności (koszt pobytu w izbie to 250 zł) i często nie kwalifikują się, aby zostali przyjęci, bo nie są na tyle pijani, to pracownicy i tak ich przyjmują. Dla takich ludzi czasem to jedyna szansa, aby przespać się w ciepłym, suchym, bezpiecznym miejscu. Zresztą przepisy dają taką możliwość. Rozebranie do majtek i rutynowe przeszukanie klienta jest absolutną koniecznością. Dyrektor Gocał mówi, że chodzi o bezpieczeństwo zarówno pacjentów, jak i personelu. Wątpliwości w tej sprawie miała przedstawicielka rzecznika praw pacjenta, która kilka lat temu wraz z delegacją o czwartej nad ranem zjawiła się na kontroli w chełmskiej wytrzeźwiałce. Przestała je mieć, gdy pokazano jej pewne nagranie z monitoringu. Jeden z pracowników podczas rutynowej czynności pociąga za gumkę slipek pijanego mężczyzny, aby sprawdzić, czy nic nie zostało tam ukryte. Z majtek wypadł nóż z dwunastocentymetrowym ostrzem. Pomysłowość klientów wytrzeźwiałki bywa ogromna. Zdarzało się, że chowali w majtki żyletki, papierosy, a do odbytu zwinięte w rulony banknoty. Zasada jest taka, że wszelkie należące do klientów przedmioty przyjmowane są przez pracowników w depozyt. Wykładane są do specjalnego pojemnika. Rejestrują to kamery, po to, aby potem uniknąć podejrzeń o kradzież. Zdarzało się, że klienci składali skargi, że coś im zginęło. Dzięki monitoringowi teraz sprawa jest jasna. Zdarza się, że klient jest tak pijany, że nie ma z nim kontaktu i nie może dmuchnąć w alkometr. Wtedy przykłada mu się urządzenie do ust. Jeśli wskaże półtora czy dwa promile, wzywana jest karetka, bo to może oznaczać zagrożenie życia. Rekordzista miał 4,5 promila. Był w ciągu alkoholowym, przeżył. Niektórzy nie chcą poddać się badaniom, próbują uciekać, kopią, wyzywają. Zdarzało się, że zakładano im specjalne pasy. Dyrektor Gocał wspomina agresywnego, bardzo młodego, szczupłego mężczyznę, którego trzeba było umieścić w izolatce. Chwilę potem załoga usłyszała ogromny huk. Klient jakimś cudem wyważył pancerne drzwi, zamknięte na trzy spusty. Mówił potem, że cierpi na klaustrofobię i nie mógł znieść ciasnoty. Zdarzyło się też, że jeden z pijanych mężczyzn nie miał przy sobie dokumentów, ale przy przyjmowaniu do wytrzeźwiałki wyrecytował z pamięci wszystkie dane typu: pesel, nazwisko panieńskie matki. Potem okazało się, że podał personalia sąsiada, bo nie chciał płacić za pobyt w izbie. Sprawa wyszła na jaw, gdy do sąsiada zawitał już komornik. Klienci Ośrodka często nie są świadomi tego, gdzie są umieszczani i proszą na przykład o możliwość wykonania telefonu do adwokata. Przeważnie jednak czują respekt na widok białego fartucha lekarza. W Ośrodku zatrudnionych jest dziesięć osób: trzech kierowników zmiany, trzech opiekunów i czterech lekarzy. To niewdzięczna praca, której nie da się wykonywać bez odpowiedniego podejścia do ludzi.
– Nasi pracownicy są doświadczeni, zajmują się tą profesją od wielu lat – mówi dyrektor Gocał. – Często mają do czynienia z sytuacjami niebezpiecznymi. Wiedzą, jak z naszymi klientami postępować, jak rozmawiać, jak unikać awantur. Najważniejsze jest jednak podejście. W każdej osobie, która do nas trafia trzeba widzieć przede wszystkim człowieka. Gdyby nasi ludzie tego nie potrafili, nie mieli w sobie empatii, nie pracowaliby tu tak długo.

Lifting i ukłon w stronę kobiet

Lada dzień w Ośrodku rozpocznie się drugi etap remontu, obejmujący odnowienie sal dla klientów. Umowa z wykonawcą jest już podpisana. W salach będzie nowa wentylacja, oświetlenie, podłogi, drzwi. Przebudowa ścian pozwoli też na wyodrębnienie sali dla kobiet, której do tej pory nie było. Panie z tego powodu od lat trafiały nie do wytrzeźwiałki, ale na komendę policji. Kobiet nadużywających alkoholu jest ponoć w Chełmie coraz więcej. Remont pochłonie 65 tys. zł i zakończy się na przełomie grudnia i stycznia. Przed rokiem w Ośrodku wykonano pierwszy etap prac. Kosztował 68 tys. zł i obejmował wymianę kanalizacji elektrycznej, wodno-kanalizacyjnej, sanitariatów dla klientów i personelu, odnowienie pralni, kuchni, dyżurki, zakup sprzętu i wyposażenia. (mo)

Komentarze