Malec zgubił się w lesie. To cud, że nic mu nie jest

Pół wsi, kilkudziesięciu policjantów z Chełma i powiatu, grupa z psami tropiącymi z Komendy Wojewódzkiej w Lublinie, strażacy i pogranicznicy przez kilka godzin przeczesywali zarośla w poszukiwaniu zaginionego 2,5-latka. Dziecko zniknęło w ułamku sekundy. Na miejscu została tylko jego zabawka…

Andrzejów, niewielka wioska w gminie Kamień, w której żyje 120 osób. To tu we wtorek (19 czerwca) miała miejsce wielka akcja poszukiwawcza małego chłopca. Przez kilka godzin cała wioska żyła w strachu, co stało się z energicznym 2,5-latkiem.

W bloku niedaleko lasu mieszka kilkanaście rodzin. Wczesnym wieczorem chłopczyk bawił się na podwórku. Jego rodzice byli nieopodal. Mama zrywała maliny i cały czas miała na widoku synka. Jednak w pewnym momencie chłopiec zniknął jak kamfora. Przerażeni rodzice zaczęli wołać synka, ale nikt nie odpowiadał. Próbowali go szukać, ale bez skutku. Bezradni wezwali pomoc.

– Działania poszukiwawcze prowadziło około pięćdziesięciu policjantów. Do akcji włączyli się również funkcjonariusze Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej, Ochotniczej Straży Pożarnej, a także liczni mieszkańcy i znajomi rodziny. Z uwagi na znajdujący się w pobliżu gęsty las oraz podmokły teren istniało realne zagrożenie dla życia lub zdrowia chłopca. Sprawdzana była każda sadzawka – informuje asp. Marcin Kiczyński z Komendy Miejskiej Policji w Chełmie.

Czas mijał, a gęstwinę zaczął spowijać mrok, co dodatkowo utrudniło poszukiwania. Zresztą nawet tutejsi przyznają, że choć mieszkają tu od urodzenia, niejednokrotnie w poszukiwaniu grzybów sami gubią się w plątaninie ścieżek. Wystarczy zejść w złą, by prosto z leśnego labiryntu wyjść naprzeciw Skordiowa w sąsiedniej gminie.

Dochodziła północ. Na szczęście do akcji zaangażowano grupę funkcjonariuszy z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie z psami tropiącymi. Po kilku godzinach zwierzę podjęło trop, a ekipa mundurowych i jednego mieszkańca wsi poszła w ślad za nim. Policjantka nawoływała chłopca po imieniu. W końcu usłyszeli cichutkie „jestem”.

Chłopczyk siedział na środku lasu, kilkaset metrów od leśnej drogi i ponad 2 km od domu. Zmarznięty, głodny, przestraszony, zmęczony i bosy. Idąc, zgubił w krzakach buciki. Jeden z mężczyzn okrył malca własną koszulą, a policjant zaniósł go na rękach do najbliższej drogi, skąd malec został przewieziony do rodzinnego domu, a później do szpitala na obserwację. (pc)