Mali bez szans

Głosowanie nad Budżetem Obywatelskim jak co roku wzbudziło w Lublinie falę uwag i komentarzy. Protestowały m.in. małe dzielnice, które uważają, że przy obecnym systemie głosowania ich projekty nie mają szans. Kontrowersję wzbudził również obowiązek podawania na kartach do głosowania numerów telefonów, PESEL i adresów e-mailowych. Ratusz zapowiada społeczne konsultacje tych kwestii i zmiany.
Zaraz po ogłoszeniu szczegółowych wyników Budżetu Obywatelskiego jego koordynator w Lublinie, Piotr Choroś wyjaśnił dlaczego w tym roku na rezultaty czekano tak długo. –Otrzymaliśmy znacznie większą liczbę kart w formie papierowej. To spowodowało, że wydłużył się nam czas ręcznego wprowadzania głosów do systemu. Wiązało się to również z testowaniem nowego systemu do wstawiania projektów na stronę internetową i koniecznością uzupełniania ich o takie dane jak adresy, e-mail czy numery telefoniczne – mówi Piotr Choroś.
Jeszcze przed ogłoszeniem wyników BO rozgorzała dyskusja nad koniecznością udostępniania wspomnianych danych. Mieszkaniec Lublina, Filip Trubalski, przekazał w tej sprawie stanowisko do biura Rzecznika Praw Obywatelskich. W ratuszu odpowiadają, że pomysł z podawaniem mejli i numerów telefonów to spełnienie oczekiwań… głosujących. – Pojawienie się tego „weryfikatora” to odpowiedź na głos ze strony mieszkańców. Zgodnie z procedurą wzięliśmy pod uwagę jedynie te głosy, pod którymi widniały dane kontaktowe. Tak robi się we wszystkich większych miastach Polski – wyjaśnia Choroś.
Oprócz wspomnianych danych mieszkańców zniechęcał do głosowania wymóg wskazywania numeru PESEL.
Nie wiemy, ile głosów bez danych kontaktowych zostało złożonych.
Zdaniem prezesa Fundacji Wolności, Krzysztofa Jakubowskiego, błędem jest też zbieranie podpisów pod już wypełnionymi kartami do głosowania. – To przeczy idei tego budżetu. Wiele osób wskazuje na to – mówi. Wtórują mu inni.
– Poszedłem do koleżanek z pracy i zacząłem im mówić o Budżecie Obywatelskim. Nic nie wiedziały o moim projekcie, więc podałem im karty do głosowania. „A, to już podpisałyśmy” – stwierdziły. To nie jest obywatelskość – dodaje Szymon Furmaniak, autor uwagi zgłoszonej do ratusza.
Dzielnice walczą
o uznanie frekwencji
Tegoroczna edycja BO to bez wątpienia triumf projektów sportowych: zarówno „miękkich”, ogólnomiejskich (cykle zajęć dla studentów, uczniów czy ogólnie dla mieszkańców), jak i „twardych” – inwestycyjnych (boisko na Sławinie, kompleks boisk przy Zemborzyckiej, rewitalizacja stadionu Lublinianki). W radach dzielnic nie kryją rozczarowania tendencjami, które utrwaliły się po wynikach. – Chodzi nam o zrównanie szans dużych dzielnic z małymi i średnimi. Do rozdziału na kryterium małe i duże przydałoby się również wydzielenie projektów ogólnomiejskich i dzielnicowych. Mało realne jest, by przebić się z dwoma tysiącami głosów, a właśnie tyle ludzi u nas zagłosowało – mówi Józef Nowomiński, przewodniczący rady dzielnicy Tatary. W podobnym tonie wypowiadają się szefowie zarządów Kalinowszczyzny czy Ponikwody. O skali rozczarowania w najmniejszych dzielnicach świadczy uwaga Jacka Skiby z rady dzielnicy Hajdów-Zadębie. – Zapisy w regulaminie BO demobilizują społeczności małych dzielnic, a braki w infrastrukturze [skutek przegranych w głosowaniach BO, przyp. red.] powodują odpływ mieszkańców miasta do gmin przygranicznych. To potwierdzone dane GUS – wskazuje Skiba. Również postuluje on wyznaczenie kwoty dla każdej dzielnicy i uznawanie procentowej frekwencji w ramach inicjatywy obywatelskiej. Przykład Hajdowa, ale i Abramowic czy Głuska pokazuje, że peryferyjne dzielnice nie mają szans w głosowaniu, nawet jeśli zagłosowaliby… wszyscy tam mieszkający.
Urząd rozpocznie szerokie konsultacje na temat procedury 4. edycji Budżetu Obywatelskiego w styczniu przyszłego roku.
BACH