Można wyrzucać meble z balkonu

Pracownicy PUM postanowili szybko i skutecznie pozbyć się mebli eksmitowanego lokatora. Zamiast mozolnie znosić sprzęty z czwartego piętra na dół, zrzucili wszystko z balkonu na trawnik. Zdaniem prokuratury nie jest to przestępstwem. Sprawę umorzono.

O tej bulwersującej sprawie poinformowali nas zaraz po zdarzeniu świadkowie. – Niejedna osoba była już eksmitowana z tego bloku, ale nigdy w taki sposób – podkreślała wówczas jedna z mieszkanek.

27 lipca pracownicy PUM mieli na mocy wyroku sądu przekwaterować ich wieloletniego sąsiada – dłużnika czynszowego – z mieszkania komunalnego przy ul. Czarnieckiego do lokalu socjalnego przy ul. Rejowieckiej. Postanowili przyspieszyć proces przesiedlenia, wyrzucając mienie prywatne mężczyzny przez balkon. Z czwartego piętra leciały nie tylko firanki i karnisze czy drobne przedmioty, ale taborety, stół, szafki kuchenne, komoda z lustrem. Meble z hukiem roztrzaskały się o ziemię, a odłamki szkła rozprysły po okolicy.

Po nagłośnieniu przez nas sprawy kierownictwo departamentu komunalnego chełmskiego magistratu wezwało do siebie prezes PUM. – Przedstawiciele miasta wyrazili oburzenie tym – nie ma co ukrywać – karygodnym zachowaniem pracowników spółki, zażądali też szczegółowych wyjaśnień dotyczących – komentował w rozmowie z „Nowym Tygodniem” Damian Zieliński z Gabinetu Prezydenta Miasta Chełm.

Z kolei prezes PUM, Katarzyna Hapońska-Gajewska, przekazała, że zgodnie z oświadczeniem pracowników, lokator był obecny na miejscu i wyraził zgodę na wyrzucenie jego rzeczy przez balkon. Pracownicy spółki zapewnili ją też, że podczas gdy jedni wyrzucali meble z balkonu, drudzy zabezpieczali miejsce zrzutu na dole. Przeczyły temu jednak słowa świadków: – Żaden z pracowników PUM-u nie stał na dole. Jeden (chyba kierownik) siedział na taborecie przed wejściem do klatki schodowej, z drugiej strony bloku. To ja dobre pół godziny sterczałam pod balkonem, żeby im przeszkodzić i mówiłam, że jak mają wyrzucać, to niech zrzucają wszystko na mnie. Śmiali się. Jeden przez balkon krzyczał, że w mieszkaniu jest taki smród, że rzygać się chce, poza tym kierownik im kazał, a oni „za chu**” nie będą robić za takie pieniądze – relacjonowała z przejęciem kobieta, która usiłowała przerwać proces „oczyszczania” lokalu w tak skandaliczny sposób.

Niszczenie czyjegoś mienia jest karygodne samo w sobie, ale ścigane na wniosek samego poszkodowanego. Narażenie na niebezpieczeństwo to już co innego, dlatego po publikacji artykułu policja „z urzędu” zainteresowała się działaniami pracowników PUM. Pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Chełmie wszczęte zostało dochodzenie w sprawie o przestępstwo określone w art. 160 par. 1 Kodeksu karnego („Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”). Tymczasem do „Nowego Tygodnia” zgłosiła się mieszkanka osiedla Działki i opowiedziała, że taki sposób eksmisji dłużników komunalnych nie jest w PUM niczym nowym, a na dowód pokazała zdjęcia sprzed kilku lat.

Gdyby lecąca z IV piętra komoda z lustrem spadła na człowieka, który przypadkiem pojawiłby się na linii zrzutu, zabiłaby go lub w najlepszym razie okaleczyła. Dla prokuratora takie gdybanie to jednak za mało, by komukolwiek stawiać zarzuty. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się też, że pracownicy miejskiej spółki złożyli w komendzie wyjaśnienia, z których miało wynikać, iż miejsce zrzutu mebli zabezpieczyli taśmą (choć takowej nie widać na zdjęciach robionych przez świadków, które otrzymaliśmy i opublikowaliśmy zaraz po zdarzeniu, a i sami świadkowie temu zaprzeczyli). Po kilku miesiącach, decyzją prokuratora, dochodzenie zostało umorzone wobec braku znamion czynu zabronionego. (pc)