W piekle samotności i choroby

67-letni Piotr Głaz z Leszczan błaga urzędników o umieszczenie go w domu pomocy społecznej. Mężczyzna przeszedł udar, nie ma rodziny, wody, telefonu i mieszka w walącym się, przeciekającym domu. – Nocami trzęsę się z zimna jak galareta, jak zamarznę nikt nawet nie będzie o tym wiedział – płacze 67-latek.

 

Wchodzimy do drewnianej, walącej się chaty, liczącej około stu lat. Między deskami prześwitują dziury, okna są nieszczelne, a po domu hula wiatr. Piotr Głaz, 67-latek z wykrzywioną po udarze twarzą zgrabiałymi z zimna rękoma układa drewno w ganku. W popadającym w ruinę domu żyje od urodzenia. Wcześniej mieszkał z nim brat, ale cztery lata temu umarł. Pan Piotr nigdy się nie ożenił. Jest samotny, wszyscy jego bliscy już nie żyją. Może liczyć jedynie na pomoc sąsiadów. Większość życia przepracował, ale ma przyznaną grupę inwalidzką. Utrzymuje się z emerytury, wynoszącej około tysiąca złotych. O panu Piotrze pisaliśmy w „Nowym Tygodniu” wiosną br. Przyszedł wtedy do naszej redakcji z prośbą o pomoc. Chciał, aby urzędnicy z gminy Żmudź pomogli mu w remoncie domu. Twierdził, że pracownicy ośrodka pomocy społecznej uważają go za natręta i wciąż odsyłają z kwitkiem. Urzędnicy tłumaczyli naszej dziennikarce, że udzielają mieszkańcom w trudnej sytuacji finansowej zasiłków celowych, ale są osoby przewlekle chore, które mieszkają w jeszcze gorszych warunkach niż pan Głaz i to im w pierwszej kolejności muszą pomagać. Ostatnio sytuacja pana Piotra uległa pogorszeniu. Powiadomił nas o tym jeden z jego sąsiadów.

– Pan Głaz dostał udaru i trafił do szpitala – mówi nasz rozmówca. – Pewnego dnia poczuł się gorzej. Wstał z łóżka i zorientował się, że ma wykrzywioną twarz. Poszedł do sąsiadów, którzy wezwali karetkę. Kiedy przyjechało pogotowie okazało się, że ma ogromne nadciśnienie. Dostał tabletkę pod język i zabrano go do szpitala. Po kilku dniach karetka wysadziła go pod domem i zaczął się kłopot. Pan Piotr źle się czuje. Ma problem z tym, żeby napalić w piecu. Nie ma telefonu, więc jeśli znowu źle się poczuje i straci przytomność nie będzie mu komu udzielić pomocy. Może umrzeć i nikt nawet nie będzie o tym wiedział. Jest w kiepskim stanie, a urzędnicy ze Żmudzi proponują mu udział w zajęciach w ośrodku w Wólce Leszczańskiej. Co ma tam robić, tańczyć? Przecież i tak musiałby wracać do tej ruiny na noc i napalić w piecu. Jest schorowanym człowiekiem, który powinien być pod opieką, a nie mieszkać w nieludzkich warunkach.
Pan Piotr wskazuje na starą studnię na korbę. Twierdzi, że woda wyschła w niej dwa lata temu. Pokazuje też zardzewiałą pralkę pełną brudnych ubrań. Prania nie robił od dawna, bo wody brakuje mu nawet na herbatę.

– Zgłaszałem to, że studnia wyschła, ale nikt nie interweniował – mówi pan Piotr. – Zdarza się, że uda mi się zaczerpnąć pół wiadra wody do picia. Nie gotuję, a tak bardzo chciałbym zjeść prawdziwy obiad. Zaopatruję się w sklepie obwoźnym. Palę w piecu, ale co z tego, jak dom jest dziurawy, przecieka i ciepło od razu z niego ucieka. W nocy opatulam się w palta, kołdry, a i tak trzęsę się z zimna jak galareta. Ani się rozebrać, ani umyć nie mogę. A przecież jeszcze nie było prawdziwych mrozów. Nie wiem, jak przetrwam zimę. Zamarznę tu pewnie i nawet nikt tego nie zauważy. Najgorsze jest to, że po tym udarze czuję się źle. Ciągle kręci mi się w głowie. Sparaliżowało mi twarz, wykrzywiło usta, oko. To straszne zostać samemu i nie móc liczyć na czyjąś pomoc.

Pan Piotr mówi, że zdarzyło się już, iż na licznik od prądu kapała woda z dachu i omal nie doszło do zwarcia i pożaru. Sufit w ganku groził zawaleniem, więc wynajął stolarza, który zamontował belę przytrzymującą konstrukcję. 67-latek twierdzi jednak, że w ruinę, w której mieszka nie ma sensu inwestować, bo nie nadaje się on już do zamieszkania, tylko do wyburzenia.
– Wcześniej myślałem, że jak wyremontuję dom i wszystko się jakoś ułoży, ale teraz zachorowałem i sytuacja się zmieniła – mówi ze łzami w oczach pan Piotr. – Czuję, że nie poradzę sobie sam. Byłoby inaczej gdybym miał rodzinę. Przewracam się, jestem niedożywiony. Nie wolno mi się schylać, dźwigać. Chciałbym zamieszkać w jakimś ośrodku. Byłem w Towarzystwie Brata Alberta, ale tam przebywają tylko zdrowi ludzie. Może w domu pomocy społecznej znajdzie się dla mnie miejsce? Mam już gotowe podanie do GOPS-u.
Jolanta Bureć, kierownik GOPS w Żmudzi ostatnio była w domu pana Piotra. Przyznaje, że warunki są fatalne, ale to efekt długoletnich zaniedbań.

– Miejsce w Środowiskowym Domu Samopomocy w Wólce Leszczańskiej pan Głaz dostałby od ręki – zapewnia kierownik Bureć. – I nie chodzi o to, że miałby tam tańczyć, bo oferowane są tam różnorakie zajęcia w ciągu dnia. Miałby zapewniony dowóz i przede wszystkim gorący posiłek, który mógłby też zabrać ze sobą do domu na noc. Wiadomo, że po powrocie musiałby sobie sam napalić, tak, jak robią to inni uczestnicy ŚDP. Pan Piotr odmawia jednak uczestnictwa w zajęciach ośrodka w Wólce Leszczańskiej. Problem z nim polega także na tym, że nie chce nam przedstawić żadnych dokumentów, z których wynika to, z czego się utrzymuje. Pan Piotr oczekiwał, abyśmy przeprowadzili ocieplenie jego domu. Jednak nie dysponujemy pracownikami, którzy przeprowadziliby remont. Wiemy, że chciałby zamieszkać w Domu Pomocy Społecznej w Nowinach. Jeśli złoży podanie będziemy je rozpatrywać. Gmina musiałaby jednak dołożyć do jego pobytu w DPS, a wiadomo, że to koszty.

Obecnie w DPS przebywa dwóch mieszkańców gminy Żmudź, a to kosztuje samorząd 5 tys. zł miesięcznie. Zgodę na dopłatę do pobytu pana Głaza w DPS musieliby wyrazić radni gminy Żmudź. Wiosną br. Rada Gminy Żmudź rozstrzygała złożoną przez pana Piotra skargę na działalność kierownik Bureć oraz Edyty Niezgody, wójt gminy Żmudź. Skargę oddalono.
Liczba starszych, schorowanych osób, które mieszkają samotnie nie maleje. Jakiś czas temu opisywaliśmy w „Nowym Tygodniu” tragiczną historię 92-latki z Pokrówki (gmina Chełm). Kobieta mieszkała w starej, zniszczonej chacie. Nie miała dzieci, a dalsi członkowie rodziny rzadko ją odwiedzali. Pozbawiona opieki staruszka dotkliwie poparzyła się wrzątkiem. W końcu gmina przyznała 92-latce opiekunkę. Kobieta była tak słaba, że któregoś razu nie otworzyła jej drzwi. Gdy wezwano policję i pogotowie, okazało się, że staruszka zasłabła. Wkrótce potem zmarła.
Urzędnicy przyznają, że z pomocą rodzin wobec starszych, schorowanych krewnych bywa różnie.
– Obecnie świadczymy usługi opiekuńcze 31 mieszkańcom gminy Chełm – mówi Dorota Mazurek, dyrektor Ośrodka Pomocy Społecznej Gminy Chełm. – Wśród tych osób 27 mieszka samotnie, co nie oznacza, że nie mają one rodzin. (mo, kw)