Polska krew i inne specjały

Moje najpiękniejsze wspomnienia Bożego Narodzenia związane są z rodzinną wsią rodziców i dziadków. Dzieciństwo spędziłam w Szczecinie, ale na wakacje i ferie świąteczne przyjeżdżaliśmy do Bochotnicy – urokliwie położonej wsi w pobliżu Kazimierza Dolnego.

To były prawdziwe wyprawy; pociągi były zatłoczone, miejsca siedzące wywalczone przez tatę, ale podróże kojarzą mi się do tej pory ze smakiem bułeczek kupowanych w piekarni na ul. Pocztowej i kabanosów. Dziadkowie przygotowywali tradycyjne święta z sosnową lub świerkową choinką, po którą dziadek wyprawiał się do lasu i przywoził do domu na sankach. Na choince paliły się świece w przypinanych do gałązek lichtarzykach. Choinka przyprószona anielskim włosiem lśniła w ich płomyczkach. Na drzewku znajdowały się bombki, które przetrwały jeszcze z czasów tuż po wojnie. Miały charakterystyczne prążkowane zagłębienia, w których razem z bratem z upodobaniem robiliśmy dziury, ku wielkiemu zgorszeniu babci. Z wielką pieczołowitością na szczycie choinki mama umieszczała dwie papierowe figurki – Jasia i Małgosi. Dostała je od swojego taty jako świąteczny prezent, gdy miała 9 lat. Corocznie zdobią one choinki w domu mojej mamy do tej pory! Pod choinką nie było prezentów, przynosił je Mikołaj na początku grudnia!
I wreszcie Boże Narodzenie i świąteczny poranek… W bombkach na choince lśniły promienie słońca – jakoś zawsze pamiętam słoneczne i śnieżne święta. Budził mnie zapach pieczonej kaszanki, w wyrobie której babcia była mistrzynią. Kaszanka stanowiła jedno z głównych dań świątecznego śniadania, była pieczona w chlebowym piecu, a odgrzewana w tzw. duchówce. I jeszcze jedno danie charakterystyczne dla porannego śniadania – barszcz, który dziadek nazywał „Polska krew”. Był to czerwony barszcz, ale podawany z pieczonym mięsem i domową kiełbasą. Ten smak pamiętam do dziś, jest dla mnie niedościgłym ideałem, który staram się osiągnąć w moim domu. (not. kg)