Przebiegł maraton z dzieckiem w wózku

Pan Robert wraz z Muratem pokonali maraton w doskonałym czasie 4 godziny 17 minut

Robert Sych to lubelski biegacz z blisko 40-letnim stażem. Jednym z jego ostatnich wyczynów było przebiegnięcie Maratonu Lubelskiego z niepełnosprawnym chłopcem w wózku. Nam opowiedział o swojej pasji, wytrwałości, ale też chwilach zwątpienia.


Na swoim koncie ma wiele biegów długodystansowych. – Ciężko nazwać to pasją. Wydaje mi się, że jest to raczej moja druga natura – przyznaje Robert Sych. Do tej pory jego największym wyczynem był „Bieg 7 Szczytów” na dystansie 240 kilometrów w Kotlinie Kłodzkiej. Limit czasu: 54 godziny.

Pomysł na bieganie zrodził się w nim w 1980 roku podczas treningów do testów sprawnościowych. – Wtedy była to dla mnie konieczność, jednak po pewnym czasie stała się codziennością i tak już zostało – wyznaje sportowiec. – Kiedyś lubiłem o tym mówić. Teraz skupiam się już na wymianie doświadczeń z innymi biegaczami. Aktualnie o bieganiu mówią już prawie wszyscy, wolałem jednak, jak było to mniej modne.

Wszystko jest w naszej głowie

Pomysł przebiegnięcia pierwszego maratonu pojawił się u pana Roberta kilkanaście lat temu. – Propozycję dostałem od znajomego. Mówił, że to frajda, szczególnie, gdy wpada się na metę. Koniecznie musiałem spróbować – wspomina. – Przebiegłem jeden maraton, drugi, trzeci, szósty i ten sam kolega spytał mnie, czy nie spróbuję czegoś więcej niż maraton? Pojawiły się wątpliwości: 100 km? Można coś takiego zrobić? Myślałem, że nie dam rady.

Okazało się, że jednak można. – Wszystko znajduje się w naszej głowie. Przebiegnięcie 100 km jest dostępne dla każdego, zdrowego człowieka. Wszystko zależy od tego, czy tego chcemy. Jedni wspinają się na niedostępne dla innych góry, inni biegają – podkreśla biegacz.

Bieg z wózkiem

Pomysł, żeby pobiec w maratonie z dzieckiem w wózku, zrodził się w głowie sportowca już wiele lat temu. – Potrzebowałem do tego drugiej połówki, jednak zdawałem sobie sprawę, że zarówno pełnosprawne, jak i niepełnosprawne dzieci mogą mieć problem z wysiedzeniem kilka godzin w wózku, że będzie to dla nich nudne i męczące – przyznaje.

Wtedy odpuścił, bo myśląc o projekcie, w głowie widział jeden obraz. – Widziałem mężczyznę biegnącego z wózkiem, a w nim wrzeszczące, znudzone biegiem dziecko. To zdecydowanie nie zachęcało, więc na kilka lat odpuściłem – wyznaje.

Kończę ze startami!

– W ubiegłym roku brałem udział w biegu w Kotlinie Jeleniogórskiej. Pracowałem do późna, pojechałem do Leżajska po szwagra, skąd wyruszyliśmy do Jakuszyc. Cały czas byłem za kierownicą. O 3 rano mieliśmy startować. Na miejscu okazało się, że z pośpiechu nie zabrałem magnezu i izotoników. Miałem tylko buty i strój. „Ale biegniesz?” usłyszałem przekorny głos szwagra. Pobiegłem – opowiada pan Robert.

Ten bieg okazał się być jednak dość pechowy dla naszego bohatera. – Po 80 km mój GPS w zegarku ze śladem wskazującym drogę biegu rozładował się. Miałem powerbank, ale po chwili okazało się, że rozładowany – wspomina.

Była 3 w nocy. Środek lasu. Pan Robert nie miał pojęcia, gdzie się znajdują. – Usiadłem i załamałem się. Mówiłem, że to mój ostatni bieg w życiu – wspomina mężczyzna.

Po 4 godzinach błąkania po lesie, biegacze natrafili na uczestnika biegu, którego sprzęt nie zawiódł. Zrezygnowani dotarli do mety.

Biegacz trwał w postanowieniu rok, aż nagle poczuł głód. – Pomyślałem, że znów stanąłbym na starcie. Ale czego? Przebiegłem 240 km, przebiegłem setkę. Na czołówkę biegaczy jednak się już nie szykuję. Przy mojej pracy za mało ćwiczę, dlatego znów przyszedł mi do głowy pomysł z biegiem z wózkiem, z Muratem – mówi.

Tak! Tak! Wygramy!

Murat uczęszcza do przedszkola, w którym pracuje pan Robert, dlatego zanim zaczął realizować swój plan, musiał porozmawiać z dyrekcją placówki i uzyskać zgodę samego chłopca. – Od razu usłyszałem: „Tak, tak! Wygramy!” – uśmiecha się biegacz.

Bieganie z wózkiem jest o wiele cięższe niż klasyczne starty. Sportowiec musiał się odpowiednio przygotować. – Przygotowałem sobie model Murata, ćwiczyłem na pożyczonym wózku z workiem wielkości i ciężaru chłopca. Wiedziałem już po 2 czy 3 treningach, że dam radę pobiec w przyzwoitym czasie przebiec te 42 km – wspomina.

Jednak to nie tylko przygotowanie samego biegacza było ważne. Istotny był też Murat i jego możliwości. – Na kilku treningach pokonaliśmy trasy około 18, 20 kilometrów. Było całkiem sympatycznie, ale to był trening maksymalnie do 2h. Nie wiadomo było jak, Murat przetrwa 5 godzin biegu – mówi o swoich obawach.

Dla chłopca było to wielkie przeżycie. – Do 30 kilometra Muratowi nie zamykała się buzia: „Kiedy ich wyprzedzimy? Kiedy będziemy pierwsi?” W pewnym momencie biegacze, którzy byli przed nami, zniknęli nam z oczu. Murat wtedy mocno mnie dopingował: „Panie Robercie! Jesteśmy pierwsi! Teraz tylko spokojnie, do mety. Wygramy to!” Mocno mnie tym rozbawił – podkreśla z uśmiechem biegacz.

Nie jesteśmy pierwsi, ale nie jesteśmy też ostatni

Jak w każdym biegu, również i w tym przychodziły momenty zwątpienia. – Były ciężkie warunki do biegania. Było bardzo gorąco. Dbałem, żeby Muratowi nie zabrakło wody. Mijała już trzecia godzina biegu i po 30 kilometrze Murat odczuwał już mocne zmęczenie – opowiada pan Robert.

Robert Sych wraz z Muratem pokonali maraton z czasem 4 godziny 17 minut. Chłopiec na mecie otrzymał własny medal za pokonanie dystansu 42 km, a Robert dołożył kolejną cegiełkę do swoich biegowych osiągnięć. – Spodziewałem się, że będzie dużo ciężej. Z wózkiem biega się całkiem inaczej. Po maratonie, podczas treningu w lesie, czułem, jakbym miał skrzydła – przyznaje.

Aleksandra Szyszko, lubelski.pl