Rakiety spadły na Polskę. Mamy się czego bać?

Ukraińska rakieta spadła na Przewodów, wieś oddaloną od nas o zaledwie 1,5 godz. drogi. Dwie osoby nie żyją, a cały świat mówi o wybuchu. W jednej chwili mieszkańcy przygranicznych terenów przestali czuć się bezpiecznie we własnych domach.

Od tygodnia cały świat mówi o tym, co stało się w Przewodowie (gmina Dołhobyczów pod Hrubieszowem). 15 listopada, po południu w oddalonej o kilka kilometrów od granicy z Ukrainą wsi doszło do eksplozji, w wyniku której zginęli dwaj mężczyźni.

– Mama akurat wychodziła z pracy, gdy usłyszała huk. Przyjechali policjanci z Dołhobyczowa, potem zaroiło się od wojska i zjechał wojewoda lubelski – opowiadał nam tego samego wieczora pochodzący z Dołhobyczowa 32-latek.

Dopiero po kilkugodzinnym posiedzeniu komitetu ds. bezpieczeństwa narodowego potwierdzono oficjalnie, że na polską wieś spadła rakieta. Kolejnego dnia poinformowano, że najprawdopodobniej była to ukraińska rakieta przeciwlotnicza, do czego Ukraina nie chciała się przyznać. Dzień później prezydent W. Zełenski przyznał, że w sumie nie mają pewności… A prezydent A. Duda zaznaczył, że to był nieszczęśliwy wypadek i wina leży po stronie Rosji.

Trwają badania ekspertów w tej sprawie, a mieszkańcy Przewodowa, ale też innych przygranicznych miejscowości, zaczęli bać się, co przyniesie jutro. – Po tym, co się stało, ludzie zdali sobie sprawę, że wojna jest tuż za rogiem i fakt, że żyją po polskiej stronie, nie chroni ich przed niczym. W serca wdarła się obawa, że w każdej chwili coś takiego może stać się ponownie i zginą kolejne, niewinne osoby – opowiada 32-latek. (pc)