Rynek aut używanych na wschodzie Polski zaczyna się oczyszczać

Na początku marca inspektor ze stacji diagnostycznej pod Biłgorajem zadzwonił do znajomego z Lublina z pytaniem, czy ten miał ostatnio podobne sytuacje. Kupujący, który przyprowadził do niego używane auto przed transakcją, zanim jeszcze wszedł na kanał pokazał mu wydruk z jakiegoś serwisu z danymi o historii pojazdu i zapytał, czy jego zdaniem liczby się zgadzają. Inspektor nie wiedział, co z tym zrobić. Wydruk nie był częścią jego protokołu, nie mógł go formalnie potwierdzić ani zanegować. Znajomy z Lublina odpisał, że u niego to już normalne od jakichś sześciu miesięcy i że nie wiadomo, co gorzej, czy to że kupujący pytają o rzeczy, na które diagnosta nie ma oficjalnej odpowiedzi, czy że wcześniej nie pytali o nic.

To zdarzenie, drobne i niepozorne, mówi o wschodnim rynku samochodów używanych więcej niż niejedna statystyka. Lubelszczyzna, Podkarpacie, wschodnie Podlasie przez lata funkcjonowały w branżowym obiegu jako obszary, gdzie świadomość kupujących była zauważalnie niższa niż na zachodzie kraju. Dealerzy z okolic Poznania i Wrocławia mówili o tym bez ogródek i niekoniecznie z przykrością, bo konsekwencje tej asymetrii przekładały się na to, jakie pojazdy opłacało się kierować na wschód, a jakie można było upłynnić bliżej domu. CEPiK rejestruje teraz wyraźny wzrost zapytań z regionu lubelskiego, blisko 34% rok do roku za 2024, z podregionem zamojskim na poziomie ponad 40%. To są liczby, które trudno zbagatelizować, choć kilku rozmówców zaznaczało, że wzrost częściowo wynika z tego, że baza wyjściowa była bardzo niska, więc dynamika z definicji wygląda lepiej niż gdzie indziej.

Rynek importowy wzdłuż wschodniej granicy od lat ma swoją specyfikę. Pojazdy sprowadzane z Ukrainy czy Białorusi trafiają na polskie place inaczej niż te z Niemiec albo z Holandii. Ich historia jest często rozbita między rejestry kilku krajów, dokumentacja jest fragmentaryczna, a sprawdzenie wymaga narzędzi, o których kupujący z mniejszych miast po prostu nie wiedzieli. Bogdan Krukowski, który od dwunastu lat prowadzi komisowy pod Hrubieszowem i skupuje auta między innymi bezpośrednio od importerów, mówi że przez lata mógł liczyć na to, że klient nie zapyta o rzeczy, o które powinien zapytać. Nie mówi tego z dumą. Zaznacza, że sam zawsze starał się nie sprzedawać aut z problemami, ale rozumie, dlaczego inni widzieli w tej asymetrii okazję, bo rynek na nią pozwalał. Teraz, jak mówi, ta epoka się kończy i kończy się dlatego, że kupujący zaczęli robić to, co zawsze powinni byli robić, czyli sprawdzać zanim zapłacą. Kiedy pytam go, czy żałuje, że tak długo trwało zanim kupujący zaczęli zadawać pytania, milknie przez chwilę i mówi, że to nie jest dobre pytanie, bo on sam na tym rynku działał i głupio byłoby udawać, że środowisko, z którego pochodzi, było w tym wszystkim bez winy.

Policja Drogowa w lubelskim podaje 23% spadek zgłoszeń dotyczących cofania licznika względem szczytu z 2022 roku. PZPM szacuje, że co dziesiąta transakcja na krajowym rynku wtórnym w 2024 roku była poprzedzona sprawdzeniem zewnętrznym, wobec 6% trzy lata wcześniej. Trzeba tu ostrożności. Spadek zgłoszeń to niekoniecznie spadek liczby oszustw, część tej różnicy to efekt tego, że poszkodowani rzadziej zawiadamiają policję i wolą dochodzić roszczeń cywilnoprawnie albo po prostu odpuszczają. To nie to samo co czystszy rynek, choć jedno może wynikać z drugiego z pewnym opóźnieniem. SAMAR szacuje, że w województwach wschodnich odsetek samochodów sprowadzanych z zagranicy bez żadnej dokumentacji serwisowej jest nadal wyższy niż na zachodzie Polski, rzędu 38% wobec 24% dla reszty kraju. Liczby te dotyczą 2024 roku i można je interpretować różnie, ale Krukowski mówi że jeszcze trzy lata temu lokalny rynek mógłby tę różnicę niemal podwoić.

Analityk ds. raportów historii pojazdu w carVertical, który zestawia dane regionalnie, mówi że wschodnia Polska odpowiadała za ponad 9% raportów historii pojazdu generowanych w Polsce w pierwszym kwartale 2025 roku. Rok wcześniej około 6%. Dodaje od razu, że nie wie, ile z tego wynika z realnego wzrostu weryfikacji, a ile z tego, że nowi użytkownicy aplikacji mobilnych są po prostu coraz młodsi i coraz bardziej na wschodzie. To różne rzeczy i on sam nie jest pewien, które z nich bardziej odpowiada za wzrost liczby zapytań, bo jedno i drugie liczy się jednakowo w statystykach regionalnych.

Co napędza zmianę, nie jest do końca jasne i raczej nikt rozsądny nie wskaże jednej przyczyny. Krukowski uważa, że kluczowe były grupy na portalach społecznościowych, gdzie przez ostatnie dwa lata lawirował taki rodzaj zbiorowej edukacji przez wstyd. Ktoś kupił auto z przekręconym licznikiem, wrzucił zdjęcie wydruku, dostał kilkaset komentarzy, artykuł przeczytało sto tysięcy ludzi. Nieformalna prewencja. Inspektor z Biłgoraja ma inne zdanie i uważa, że to kwestia generacyjna, że po prostu wchodzi nowe pokolenie kupujących, dla których sprawdzenie czegoś w telefonie przed zakupem jest tak oczywiste jak sprawdzenie opinii w Google przed wyjściem do restauracji. Może mają rację oboje. Może żadne z nich. Rynek rzadko zmienia się z jednej konkretnej przyczyny i rzadko udaje się ją wskazać po fakcie, bo zawsze składa się na to kilka rzeczy naraz, z których każda z osobna byłaby za mała żeby cokolwiek ruszyć.

Przez przejścia graniczne w lubelskim i podkarpackim wjechało w pierwszych dziesięciu miesiącach 2024 roku łącznie około 74000 używanych aut osobowych, z czego mniej więcej jedna trzecia bez tymczasowej rejestracji, co jest standardową ścieżką przy prywatnym imporcie. ITD odnotowała wzrost przypadków, gdzie kupujący lub importerzy mają przy sobie jakiś dokument z historią pojazdu podczas kontroli. Rok wcześniej to się prawie nie zdarzało. Inspektor z lubelskiego, który pracuje przy odprawach od siedmiu lat, mówi że jakość tych dokumentów jest bardzo różna. Czasem jest to poważny raport z danymi z kilku rejestrów, czasem kawałek papieru z niezrozumiałymi kolumnami, który kupujący wydrukował bo mu ktoś w komentarzu napisał, żeby coś sprawdził przed wyjazdem. Jedno i drugie traktuje jednakowo, bo formalnie i tak nie może tego weryfikować. Ale mówi, że jeszcze dwa lata temu nikt w ogóle niczego nie przywoził. Pyta go czasem młodszy kolega z odprawy, skąd ta zmiana. Wzrusza ramionami. Nie wie. Podejrzewa, że ktoś gdzieś napisał w internecie, żeby sprawdzać, i to się po prostu rozeszło.

Artykuł sponsorowany