Sąsiad z piekła rodem

Sikanie na wycieraczkę, gwizdanie gwizdkiem na sąsiadów, urządzanie domu schadzek w mieszkaniu, hodowanie robactwa, zbieranie śmieci, wypisywanie obelg na klatkach schodowych, podglądanie, dzwonienie przez domofon w środku nocy i najgorsze – donosy do pracodawcy. Powody sąsiedzkich konfliktów chełmian są przeróżne, a lista skarg pisanych do spółdzielni długa. Niektórzy tak potrafią zatruć życie sąsiadowi, że pozostaje mu tylko przeprowadzka…

– Pierwszy raz spotkało mnie coś takiego – opowiada nasza Czytelniczka. – Odwiedzałam koleżankę w jednym z bloków w centrum miasta, wchodziłam do klatki, gdy usłyszałam, że ktoś gwiżdże gwizdkiem. Na mnie? Rozejrzałam się wokół. Pierwsza myśl, że to stróże prawa w ten sposób mnie dyscyplinują. Ale za co? I wtedy zobaczyłam panią na balkonie, na parterze. Potem dowiedziałam się, że ona gwiżdże na tych, którzy nie domykają za sobą drzwi.
Takich historii w chełmskich spółdzielniach jest mnóstwo. Konflikty sąsiedzkie bywają zażarte. Najlepiej wiedzą o tym administratorzy i pracownicy chełmskich spółdzielni mieszkaniowych i wspólnot. Niektóre, przytaczane przez nich sytuacje, brzmią nie tylko śmiesznie, a wręcz niewiarygodnie. Ale zdarzają się naprawdę, bo tzw. trudni sąsiedzi zdarzają się wszędzie. W Chełmie jest kilkanaście spółdzielni mieszkaniowych. W największej, Chełmskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, liczba skarg, zarówno ustnych, jak i pisemnych, rocznie dochodzi do setki. Wiele z nich dotyczy zakłócania porządku i ciszy nocnej. Skargi dotyczące alkoholowych libacji, krzyków i głośnej muzyki, serwowanej sąsiadom w środku nocy są na porządku dziennym. Każda taka skarga jest przez pracowników spółdzielni weryfikowana. To dlatego, że niektórzy zgłaszali nieprawdę, aby zrobić na złość nielubianemu sąsiadowi. Jeśli sygnał okazuje się wiarygodny, sprawa zgłaszana jest na policję. Jeden mieszkaniec tak często urządzał libacje, że sprawa zakończyła się postępowaniem prokuratorskim. Problemem są też sąsiedzi, którzy przeprowadzili się do… piwnicy. Zdarzyło się, że żona miała już tak dość pijącego współmałżonka, że wymieniła zamki w mieszkaniu. Porzucony zamieszkał w piwnicy. Ale nawet najbardziej wyrozumiałym sąsiadom nie spodobałyby się śmierdzące winem i moczem piwniczne korytarze.

Natarczywi klienci domu uciech

Najbardziej pikantne były skargi dotyczące domów schadzek. Było ich co najmniej dwa. Widok roznegliżowanych pań i rozochoconych panów doprowadzał okolicznych mieszkańców do szewskiej pasji. Do dziś wspominają klientów, którzy wiedząc, w jakiej klatce znajduje się dom uciech, ale nie do znając konkretnego numeru mieszkania, dzwonili w środku nocy przez domofon do kolejnych lokatorów. Włos jeżył się na głowie wyrwanym ze snu ludziom, gdy słyszeli, jakich „usług” domaga się klient. Wyeliminowanie takich „przypadków” było dla spółdzielni nie lada wyzwaniem. Mieszkania, w których urządzano schadzki, najczęściej były wynajmowane. Należało szukać ich właścicieli i od nich domagać się zaprowadzenia porządku. W przeciwnym razie, w rachubę wchodzi nawet licytacja mieszkania. Wiele sąsiedzkich konfliktów wywołały też zwierzęta i dzieci. Gros skarg, które trafiają do spółdzielni, dotyczy dokarmiania gołębi. Jednym to nie przeszkadza, inni mają dość gniazd i odchodów. Są też skargi, które dotyczą zakłócania spokoju przez zwierzęta. Jeden z chełmian przetrzymywał na balkonie wielkiego psa, które przez całe dnie ujadał. Dla okolicznych mieszkańców był to koszmar. Na każdym osiedlu zdarzają się po dwa, trzy przypadki osób, które ponad wszystko umiłowały sobie gromadzenie cennych – dla nich – przedmiotów. Ich mieszkania pełne są starych pudeł i śmieci. Efektem jest robactwo i smród, który doskwiera wszystkim mieszkającym w pobliżu. Sporo jest skarg na dzieci sąsiada: że płaczą, głośno tupią, grają w piłkę pod klatką, choć służy do tego boisko. Jedne skargi są zasadne, ale bywa, że niektórzy sprawy wyolbrzymiają. Jeden „trudny sąsiad” doprowadził do tego, że mieszkająca nad nim matka wyłożyła podłogi matami wyciszającymi, aby nie dostarczać powodów do skarg. W pamięci administratorów pozostanie też pewna kobieta, której przeszkadzało każde zachowanie sąsiadów. Wpadała w histerię, gdy odkurzali czy „bili” schabowe. Z czasem kobieta zaczęła śledzić każdy krok sąsiadów, notowała, kiedy wychodzą, a kiedy przychodzą do domów. Do spółdzielni „wychodziła” już ścieżkę w ich sprawie. W końcu prześladowana rodzina nie wytrzymała tej sytuacji. Wyprowadziła się, ale na jej miejsce przyszła nowa i sytuacja się powtórzyła. Zdarzają się skargi na dzieci, ćwiczące grę na instrumentach muzycznych. Sporo zachodu administratorzy mają też z takimi, którzy nie sprzątają mieszkań. Dla sąsiadów to obrzydliwe doświadczenie, bo smród na klatce schodowej bywa nie do wytrzymania. Jest o wiele gorzej, gdy w „zapuszczonym” mieszkaniu zalęgnie się robactwo. Koszty dezynfekcji są ogromne, a zamieszania przy tym bardzo dużo. Zdarzają się tacy, którzy donoszą na swoich sąsiadów nie tylko do spółdzielni, ale też do ich pracodawców. W takich donosach opisywane są prywatne sprawy tych, którzy „zaszli im za skórę”. Jeden z mieszkańców dorobił się pseudonimu „trudny sąsiad”, bo wydawało mu się, że sąsiedzi z naprzeciwka zamontowali w drzwiach kamery skierowane na wejście do jego domu. Złożył w tej sprawie mnóstwo pism do spółdzielni, głęboko wierząc, że jest podglądany i śledzony.  (mo)