Spadkobiercy reformacji

„Spadkobiercy Reformacji. Ewangelicy w Lublinie i na Lubelszczyźnie (historia, kultura, ekonomia i literatura)” – najnowsza monografia, wydana przez Towarzystwo Naukowe KUL opisuje wkład protestantów w rozwój naszego regionu

„Spadkobiercy Reformacji. Ewangelicy w Lublinie i na Lubelszczyźnie (historia, kultura, ekonomia i literatura)” to najnowsza monografia, wydana przez Towarzystwo Naukowe KUL, która pokazuje wkład protestantów w rozwój naszego regionu. Publikacja wydana jest po polsku i po niemiecku.


W jej promocji, która odbyła się na lubelskim Zamku, uczestniczyli biskupi trzech wyznań: bp Jerzy Samiec, zwierzchnik Kościoła ewangelicko-augsburskiego w RP, prezes Polskiej Rady Ekumenicznej, abp Abel, prawosławny biskup diecezji lubelsko-chełmskiej, wiceprezes Polskiej Rady Ekumenicznej, oraz biskup pomocniczy archidiecezji lubelskiej Mieczysław Cisło. Bogato ilustrowana książka to pierwsza tego typu publikacja, która jest zbiorem artykułów i studiów na temat reformacji. Podzielono ją na trzy rozdziały, w których omówiono zagadnienia historyczne, kulturalno-ekonomiczne i Literackie.

Dzieje rozłamu i powrotu

– Reformacja na Lubelszczyźnie to od początku zjawisko samoistnie. Nie było u nas napływowej ludności, która przyniosłaby ze sobą nowinki reformacyjne, to szlachta lubelska, poprzez swoje studia, wyjazdy czy zagraniczne podróże przechodziła na wyznania reformowane. W wielu przypadkach była to przyczyna materialna. Ten proces trwał sto lat – tłumaczy profesor Witold Matwiejczyk z katedry Historii XIX wieku KUL. – Po tym okresie wielkiego zainteresowania i popularności protestantyzmu z około 40 wspólnot wyznaniowych na Lubelszczyźnie już w drugiej połowie XVII wieku pozostało zaledwie 11. Na początku XVIII wieku były tylko cztery ośrodki. W ciągu trzech pokoleń lubelska szlachta wróciła na łono kościoła katolickiego – dodaje.

Druga fala zainteresowania protestantyzmem przyszła na początku XIX wieku za sprawą niemieckiego osadnictwa wspieranego przez ówczesne władze zaboru rosyjskiego. Pod koniec dziewiętnastego stulecia na Lubelszczyźnie było już 270 gmin ewangelickich z liczbą 50 tysięcy wiernych. Rozłam tej społeczności nastąpił tuż przed II wojną światową. Na przestrzeni lat pojawiły się jednak tak wybitne postaci jak August i Juliusz Vetterowie, Emil Plage, bracia Krausse, cukiernik Andrzej Semadeni (jego cukiernia mieściła się na rogu obecnej ul. Staszica i Krakowskiego Przedmieścia), księgarz Arckt, aptekarz Gustaw Haberlau czy Wilhelm Hess. – XIX wiek to czas wielkiej aktywności lubelskich protestantów. Wiele ich nazwisk jest obecnych w przestrzeni miasta do dziś – podkreśla prof. dr hab. Małgorzata Willaume z Zakładu Historii XIX wieku i Dziejów Europy Wschodniej UMCS. – Na Lubelszczyznę idee reformacji dotarły dość szybko, bo już w 40 lat od słynnego wystąpienia Marcina Lutra w Wittenberdze. Pierwsza ewangelicka wspólnota powstała w Lublinie w 1570 roku – dodaje.

Napływ Niemców

Luteranie, którzy budowali swój kościół w Lublinie, w XVIII wieku musieli respektować przepisy prawa, że ich świątynia będzie oddalona od kościoła katolickiego o 200 łokci. W tamtym czasie na placu Litewskim był kościół bonifratrów (w okolicach pomnika Konstytucji 3 maja), więc przepisowa odległość musiała być zachowana. Grunt pod budowę podarował jeden z parafian pochodzenia niemieckiego. Pierwsze nabożeństwo w kościele pod wezwaniem św. Trójcy odprawiono 1798 roku. Prawdziwy napływ niemieckich imigrantów zaczął się po III rozbiorze polski, ponieważ byli oni masowo ściągani do kraju przez polskich magnatów. Trudnili się głównie handlem i rzemiosłem, zakładali też manufaktury.

Lublin na początku XIX wieku był pogrążony w kryzysie, pałace wybudowane przez możnych stały opuszczone, Trybunał nie funkcjonował. Pożar, który wybuchł w 1803 r. spustoszył Krakowskie Przedmieście, a miasto podupadło. Jednak dość szybko zaczęły się pojawiać pierwsze pierwociny handlu, którego inicjatorami byli właśnie ewangelicy niemieckiego pochodzenia. W 1804 r. zaczęła funkcjonować manufaktura sukiennicza, manufaktura mydła i trzy browary, zlokalizowane na obecnych ulicach Browarnej, Podwalu i Misjonarskiej).

Vetterowie

Rynek zdominował Karol Vetter (ojciec Jana i Augusta). Przybył do Lublina z Poznania w 1835 roku. Szybko zajął się piwowarstwem. W 1844 roku, za okazyjną cenę, kupił zabudowania dawnego kościoła św. Kazimierza i klasztoru reformatów przy ulicy Bernardyńskiej w Lublinie. Tam uruchomił najpierw destylarnię i fabrykę słodkich wódek, a potem browar i w 1867 r. produkował już prawie 44 procent piwa obecnego na lubelskim rynku. Jako pierwszy w Lublinie zaczął ważyć piwa bawarskie typu lager, które, choć wymagały skomplikowanej produkcji i długo dojrzewały (około 6 miesięcy), to świetnie nadawały się do dłuższego przechowywania.

W 1881 r., jako pierwszy browarnik w Lublinie, Karol Vetter wykorzystał w produkcji piwa maszynę parową. Zawsze dbał o jakość trunku, produkując więcej niż inne funkcjonujące w tym czasie lubelskie browary. Po nim firmę przejęli jego synowie: August i Juliusz. To synowie Karola Vettera są fundatorami i patronami szkoły Handlowej Zgromadzenia Kupców m. Lublina przy ulicy Bernardyńskiej (obecnie jest to Zespół Szkół Ekonomicznych – wybudowany w 1906 r. na rozległej działce, należącej dawniej do klasztoru sióstr benedyktynek) . Juliusz Vetter był jednym z inicjatorów i hojnym darczyńcą Biblioteki Publicznej im. Hieronima Łopacińskiego. Obaj bracia wielką część swego majątku w ciągu życia i w testamencie przeznaczyli na cele dobroczynne. Ufundowali np. nowocześnie wyposażony szpital dla dzieci przy ulicy Poczętkowskiej (dzisiejsza ulica Staszica 11.). Świetnie doposażona placówka usytuowana w secesyjnym, do dziś przypominającym pałacyk budynku, oddana do użytku w 1911 roku, poświęcona była pamięci ich przedwcześnie zmarłej siostry Karoliny. Obaj bracia wspomagali hojnie również lubelskie Towarzystwo Dobroczynności i ubogich uczniów szkoły handlowej. Do wielkiego majątku doszli własną pracą. Byli znanymi i cenionymi obywatelami Lublina. Utrzymywali ścisłe kontakty z polską arystokracja i szlachtą, m.in. kupując zrujnowany pałac Sobieskich przy Bernardyńskiej.

Samolotowy Lublin

Niewiele osób wie, że to w Lublinie produkowane były znane w całej Polsce samoloty i karoserie samochodowe. Twórcą zakładu był Albert Plage, ewangelik pochodzący z Prus Wschodnich. Przybył on do Lublina w 1960 roku. Ożenił się z jedną z ewangeliczek z Końskowoli. Miał dwóch synów i siedem córek. Mieszkał przy ulicy Bernardyńskiej, gdzie posiadał zakład wyrobów miedzianych.

Emil, jego syn, przeniósł fabrykę kupioną od ojca, na tereny dawnego folwarku Bronowice, blisko nowo otwartej linii kolejowej. Zawarł spółkę z Teofilem Laśkiewiczem, Polakiem katolikiem i w ciągu kilku miesięcy powiększył aż dwukrotnie liczbę pracowników. Fabryka pod nazwą „Zakłady Mechaniczne E. Plage i T. Laśkiewicz” produkowała kotły parowe, aparaty do cukrowni, urządzenia do gorzelni, browarów, fabryk słodu, drożdży, krochmalni i syropu. Ich firma miała swoje oddziały i w Petersburgu i w Kijowie.

– W 1901 roku, na Wystawie Rolniczo-Przemysłowej w Lublinie, farbyka została nagrodzona złotym medalem. Zatrudniała 154 pracowników i płaciła im najlepiej w regionie, zatrudniając też na stałe doktora i felczera – mówi prof. dr hab. Małgorzata Willaume z Zakładu Historii XIX wieku i Dziejów Europy Wschodniej UMCS. Emil Plage, założył także nowoczesną destylarnię i zaczął produkować spirytus z melasy odbieranej od lubelskiej cukrowni. Firmę przekazał szwagrowi. To był początek Polmosu Lublin, obecnie Stock Polska, bo w 1948 r. zakład został upaństwowiony.

Od „latających trumien” do Lublina

Rozwój „Zakładów Mechanicznych E. Plage i T. Laśkiewicza zakłóciła w 1909 roku niespodziewana i bezpotomna śmierć 41-letniego wówczas Emila. Pogrzeb tego lubelskiego przemysłowca stał się ogólnomiejskim wydarzeniem. Wzięły w nim udział setki mieszkańców. Wstrzymano też pracę w lubelskich fabrykach. Rodzeństwo Emila odsprzedało udziały w firmie inżynierowi Laśkiewiczowi (10 procent) oraz przyszłemu wspólnikowi, inżynierowi Kazimierzowi Arkuszewskiemu z Łodzi (90 procent), zastrzegając zachowanie dawnej nazwy „Zakłady Mechaniczne E. Plage i T. Laśkiewicz”. Firmie bardzo zaszkodziło zrabowanie przez wycofujących się Rosjan całego miedzianego oprzyrządowania. Szansą na dalszy rozwój okazały się samoloty. Zakupiono dodatkowych 13 hektarów pod lotnisko na Bronowicach i utworzono nowe oddziały, m.in. stolarnię, blacharnię czy narzędziownię. W 1921 zatrudnionych było już 500 pracowników. Pierwszymi wyprodukowanymi w Lublinie samolotami były maszyny na licencji włoskiej – Ansaldo.

Niestety, ze względu na swoją zawodność nazywane były „łatającymi trumnami”. Od 1925 roku rozpoczęto produkcje innego typu samolotów, tym razem na licencji francuskiej – Poetz i holenderskiej – Fokker. Wielkim sukcesem firmy było zatrudnienie w 1927 roku polskiego pilota wojskowego, inżyniera Jerzego Rudlickiego. To on był twórcą samolotu „Lublin”. Firma, zależna od zamówień państwowych, szukała dodatkowo dochodów produkując karoserie samochodowe m.in. do amerykańskich buicków. Kryzys lat 30-tych i polityka armii, która starała się zamawiać maszyny produkcji państwowej, doprowadziły do upadku fabryki Plagego i Laśkiewicza. W 1935 zakłady zostały przejęte przez państwo a ich nazwa zmieniona na Lubelska Wytwórnia Samolotów. Ich produkcja trwała do 1939 roku.

Amerykańskie wagi w Lublinie

Kolejnym ważnym dla Lublina ewangelikiem jest na pewno Wilhelm Hess, twórca dzisiejszej Lubelskiej Fabryki Wag. Pochodził z Czech, z ubogiej rodziny młynarza. Jako 15-latek wyemigrował do Ameryki. Tam zatrudnił się m.in. w fabrykach wag, gdzie zapoznał się z technologią ich produkcji. Lublin nie był miastem jego pierwszego wyboru. Razem z żoną i dziećmi emigrował prawdopodobnie do Kijowa. Początkowo zamieszkał przy Zamojskiej, a przy Ruskiej szybko otworzył zakład naprawy i produkcji wag.

W 1878 r. ruszył z produkcją wag pełną parą, nabywając w tym celu plac przy Lubartowskiej oraz, wraz ze wzrostem produkcji, dokupując kolejne budynki na tej ulicy a w końcu 1912 r. łącząc je wiaduktem ponad ulicą Lubartowską. Fabryka wag z Lublina była jedną z największych w kraju. Wzorowane na amerykańskich wagi firmy Fabryka Wag „W. Hess” w Lublinie cieszyły się uznaniem klientów. Nagradzane były również medalami na wystawach w Moskwie i Kijowie. Około roku 1914 zatrudniano w nich już 1200 pracowników. Mogli oni korzystać z zakładowej stołówki, sklepu czy bezpłatnej opieki lekarskiej. Produkowano wagi do aptek, na potrzeby magazynów, kolei, wojska czy wagi osobowe. Towar wysyłano za granicę, na Ukrainę i do Rosji. Załamanie produkcji nastąpiło w trakcie I wojny światowej, a ponad 60 procent wszystkich sprzętów lubelskiej fabryki wywieźli z kraju Rosjanie. Firmie zaszkodził też pożar, który wybuchł w 1920 roku i strawił kilka oficyn.

Próbą ratowania firmy była pożyczka zaciągnięta w Miejskim Towarzystwie Kredytowym. Niestety nie udało jej się spłacić i w 1932 roku musiano ogłosić upadłość przedsiębiorstwa. Firmę pod zachowaną nazwą przejęli na krótko producenci wag z Warszawy – Krzykowscy, a już w trakcie II wojny światowej zajęli ją Niemcy. Po wojnie, w 1948 roku, zakład został upaństwowiony i funkcjonuje jako Lubelskie Fabryki Wag (obecnie FAWAG przy ulicy Łęczyńskiej).

Młyn produkujący złotą mąkę

Po lubelskich ewangelikach zostało sporo budynków, wpisanych już na stałe w pejzaż naszego miasta. I tak, jadąc w stronę Świdnika, mijamy dawny młyn braci Edwarda i Henryka Krausse (obecnie nieużytkowany obiekt należący do „Lubelli”). Bracia zakupili w 1874 r. pozostałości starego młyna wodnego, szybko wprowadzając w nim nowinki techniczne. Już w 1883 r. doprowadzono do niego tory i założono bocznicę kolejową. W otoczeniu młyna powstała także willa właścicieli, kuźnia, stolarnia dodatkowe magazyny i kaszarnia. Mąka produkowana przez braci nazywała się „Złoty luksus” i była nagradzanym medalami produktem rozprowadzanym na terenie Królestwa Polskiego, Rosji i Prus. lubelscy przemysłowcy o ewangelickich korzeniach zawsze mocno dbali o zabezpieczenie swoich pracowników m.in. bracia Krausse ubezpieczali ponad setkę pracujących w ich firmie robotników w Towarzystwie Ubezpieczeniowym „Rosja”. W trakcie II wojny światowej młyn nie przerwał działalności, a część mąki – tuż pod okiem okupanta – Edward Krausse przekazywał m.in. Antoninie Grygowej, która piekła chleb dla więźniów Majdanka. Po II wojnie światowej młyn rodziny Krausse został upaństwowiony i przejęty przez Przedsiębiorstwo Państwowo-Spółdzielcze..

Doszli do majątku, którym potrafili się dzielić

Przez cały XIX wiek ilość ewangelików nie przekraczała 2 procent populacji miasta. Umieli budować i rozsądnie rozwijać swoje firmy, unikając podejrzanych interesów, wchodząc tylko w te, co do których mieli pewność, że nie będą ich kosztowały utraty majątku. Potrafili przetrwać kryzysy na rynku, tworząc firmy, które istniały przez kilkadziesiąt lat i budowały krajobraz Lublina. To byli napływowi ludzie, którzy przyjechali do Lublina, szukając swojej szansy na Wschodzie. Podejmowali ryzyko, ale innowacyjnie, wprowadzając wiele nowości w swoich biznesach. Swoich synów wysyłali na naukę zawodu za granicę i to właśnie oni rozwijali małe rodzinne firmy, przekształcając je w większe fabryki.

Swoim majątkiem potrafili się dzielić prowadząc działalność charytatywną, fundując m.in. szpital dla dzieci, szkołę, gmach Teatru Wielkiego, dom schronienia dla ewangelików czy dom dla emerytowanych nauczycielek na Starym Mieście (do dziś istniejący). Uczestniczyli w akcjach charytatywnych, założyli Kasę Pożyczkową Przemysłowców (dziś w jej miejscu jest hotel „Lublinianka”). Ich nazwiska stały się rozpoznawalnymi markami.

– Niemiecka wspólnota, którą tworzyli w Lublinie, zawsze się mocno wspierała szybko przechodząc polonizację. Dzieciom nadawano polskie imiona, spolszczano nazwiska. – Podstawą działalności lubelskich ewangelików był niewątpliwie etos pracy – praca jako zobowiązanie do sumiennego spełniania powierzonych obowiązków, jako podejmowanie nieustannie wysiłku na rzecz bliźnich, odpowiedzialność za siebie i najbliższych oraz odpowiedzialność społeczna – za społeczność lokalną i region – podkreśla biskup Jerzy Samiec, zwierzchnik Kościoła ewangelicko-augsburskiego w RP. Lublin bez ewangelików byłby na pewno mniej rozwiniętym miastem, pozbawionym być może swoich flagowych marek takich jak Polmos, Perła, Lubelskie Fabryki Wag Fawag S.A. czy Lubella. Emilia Kalwińska