Spełnił groźby?

Kiedy strażacy go wyprowadzali, śmiał się sąsiadom w twarz. Kilka dni temu odgrażał się, że ich spali, a od ponad roku straszył siekierą i widłami. W budynku, w którym 55-latek podłożył ogień, mieszkały dwie rodziny z małymi dziećmi.

pozar-2-copy– Byłam w domu z dziećmi, kiedy sąsiadka z naprzeciwka dostrzegła przez okna mieszkania mężczyzny ogień. Natychmiast wybiegliśmy z dziećmi na dwór i zadzwoniliśmy po pomoc. Całe szczęście, że to nie była noc – mówi zrozpaczona lokatorka.
Zgłoszenie do pożaru w Bezku (gm. Siedliszcze) dyżurny chełmskiej straży pożarnej otrzymał ok. godz. 15:40. Zadysponowano 3 zastępy PSP i 2 OSP. Na miejsce przyjechały też 2 karetki pogotowia i policja.
W murowanym, parterowym budynku znajdowały się trzy mieszkania. W jednym mieszkała rodzina z 3-letnim dzieckiem, obok druga rodzina z dwójką dzieci w wieku 5 i 7 lat, na końcu 55-letni mężczyzna. Pożar wybuchł w jego mieszkaniu i szybko zaczął się rozprzestrzeniać dalej. Ostatni zastęp straży opuścił Bezek po ponad 8 godzinach od wezwania – o północy.
– Praktycznie wszyscy lokatorzy opuścili budynek jeszcze przed przyjazdem straży. Nikomu nic się nie stało. Kiedy ratownicy przyjechali, jedno mieszkanie było całkowicie spalone, a ogień przechodził już na kolejne. Strażacy podali trzy prądy wody do środka i jeden na dach. Pomagali też wynosić mienie ze środka. Udało się opanować pożar. Straty wyceniono na dwieście tysięcy złotych, zaś ocalałe mienie oszacowano na około trzysta tysięcy złotych – relacjonuje mł. bryg. Wojciech Chudoba, rzecznik prasowy chełmskiej straży pożarnej.
Kiedy strażacy podali pierwsze prądy wody i weszli do spalonego mieszkania, zobaczyli stojącego w kuchni 55-latka. Wpatrywał się w ogień.
– W związku z tym zdarzeniem zatrzymany został lokator palącego się mieszkania. Teraz policjanci pod nadzorem prokuratury, przy udziale biegłego z zakresu pożarnictwa, wyjaśniają okoliczności tego pożaru – informuje asp. Ewa Czyż, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Chełmie.

Już był podejrzewany

Zbigniew P. podejrzewany o podpalenie. Śmiał się sąsiadom w twarz, gdy ratownicy wyprowadzali go z płonącego budynku.
Zbigniew P. podejrzewany o podpalenie.
Śmiał się sąsiadom w twarz, gdy ratownicy
wyprowadzali go z płonącego budynku.

Zbigniew P. pochodzi z Lechówki (gm. Siedliszcze). Podejrzewano, że kilka lat temu podpalił dom swoich rodziców. Rozwodnik. Jeden z jego synów kilka lat temu popełnił samobójstwo – rzucił się pod pociąg. Drugi, upośledzony umysłowo, łoży alimenty na ojca. Jakiś czas temu P. wyjechał do Warszawy, do pracy. Alkoholik z problemami szybko stał się bezdomny. Mieszkał na ulicy, spał pod mostem i w kanałach. Po śmierci ojca, ok. 1,5 roku temu wrócił i zamieszkał w odziedziczonym po nim mieszkaniu w Bezku. Niemal od początku zamienił życie sąsiadów w koszmar.
– Dzieci bały się wychodzić na podwórko. Chodził dokoła z widłami lub z siekierą i wyznaczał nimi granicę swojej miedzy, której nie mogliśmy przekraczać. Odgrażał się, wyzywał nas, groził. Policja go bardzo dobrze zna, cały czas tu przyjeżdżali – średnio trzy lub cztery razy w tygodniu, a kiedy wpadał w szał, to nawet dwa razy dziennie – opowiadają.
Po odwyku był tzw. trzeźwym alkoholikiem. Nie brał jednak leków (w ubiegły poniedziałek mówił, że „zjadły mu je szczury”), więc problemy z psychiką i mania prześladowcza pogłębiły się. Potrafił rzucać się do sąsiadów, że ci nocą (kiedy dzieci śpią) wchodzą do jego domu przez dach i go okradają. Podczas ostatniego napadu agresji, w październiku, w trakcie interwencji policji, rzucał cegłówkami w samochód sąsiadki. W ubiegłym tygodniu (dwa dni przed pożarem) zaopatrzył się w nową butlę z gazem. Mniej więcej w tym samym czasie miał powiedzieć jednemu z mieszkańców, że spali wreszcie swoich sąsiadów i sam się powiesi.

Tego feralnego dnia miał wziąć oponę i położyć ją na piecu. Prawdopodobnie odkręcił też butlę z gazem. Gdy zaczęła się ewakuacja z budynku, sąsiedzi widzieli, jak 55-latek zbiera z okolicy liście i gałęzie, po czym wbiega do domu i dorzuca je do ognia. Na koniec miał stanąć przy piecu i podziwiać swoje dzieło… Śmiał się sąsiadom w twarz, gdy ratownicy wyprowadzali go z płonącego budynku.
Po przesłuchaniu w sobotę, Zbigniew P. miał rano w niedzielę usłyszeć zarzuty.

Winne środowisko?

Mieszkańcy wsi przyznają ze smutkiem: – Wiedzieliśmy, że tak to się skończy – mówią. Lokatorzy budynku i sąsiedzi P. mają ogromny żal do policji (za każdym razem przyjeżdżali, sporządzali notatkę i odjeżdżali), opieki społecznej i władz gminy, że mimo usilnych próśb i interwencji nikt nie pomógł, zanim doszło do tragedii.
– Był aktywizowany, wykonywał prace społeczno-użyteczne dla ośrodka pomocy. Nigdy nie było z nim problemów – mówi
o Zbigniewie P. Jolanta Szawrońska, sekretarz gminy.
Urzędnicy przyznają, że mężczyzna miał problemy, ale próbował wyjść na prostą. Od listopada miał zacząć pracę w IV Liceum Ogólnokształcącym w Chełmie. Urzędnicy pomagali mu, jak mogli. Nawet kiedy widzieli, że wygrzebuje resztki ze śmietnika, składali się na jedzenie dla P. Jak mówią, 55-latek starał się jakoś funkcjonować, ale środowisko, w którym żył, nie pozwalało mu na to – ludzie go atakowali, nic więc dziwnego, że zachowywał się nerwowo. Prezesowi Spółdzielni Usług Rolniczych, w której przez jakiś czas pracował, Zbigniew P. opowiedział ostatnio, jakie ma życie: „że jest napastowany, a ludzie chcą mu zabrać mieszkanie”.
Gmina zaproponowała pogorzelcom nocleg, zabezpieczyła folią spalony dach i zadeklarowała pomoc w uprzątnięciu zgliszczy. Rodziny dostaną też zasiłek celowy z gminnego ośrodka pomocy. (pc)