Strach w noclegowniach

W chełmskich schroniskach dla bezdomnych strach przed koronawirusem. Podopiecznym zakazano opuszczania ośrodka, poza pilnymi sytuacjami. Pracownicy obawiają się przyjmować nowe osoby.

Anna Adwent, kierownik chełmskiego schroniska dla osób bezdomnych Markot, prowadzonego przez stowarzyszenie MONAR, przyznaje, że obawa o zdrowie podopiecznych i pracowników jest duża.

Nie ma mowy o tym, aby któryś z podopiecznych wyszedł np. do sklepu. Pracownicy ośrodka sami robią zakupy i zaopatrują podopiecznych w żywność i inne niezbędne produkty. Sytuacja jest nadzwyczajna i do ośrodka nie są przyjmowane osoby z zewnątrz.

Obecnie w chełmskim MONAR-ze jest 52 podopiecznych.

Więcej, bo 68 mężczyzn, przebywa w schronisku dla bezdomnych mężczyzn Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta w Chełmie. To bardzo dużo. Zabrakło materacy. Mimo że zima się skończyła (i przeważnie o tej porze roku, w schronisku robiło się „luźniej”) w związku z koronawirusem podopieczni woleli zostać w schronisku. Słusznie.

– Wczoraj (w środę – przyp. red.) przyjęliśmy jednego, nowego podopiecznego – mówi Agnieszka Panasiuk, kierownik chełmskiego schroniska dla bezdomnych im. Brata Alberta. – Mamy bardzo dużo obaw i nie chcemy przyjmować już nikogo z zewnątrz. Sprawdzamy temperaturę podopiecznym i sobie, ale oprócz tego nie mamy żadnych narzędzi, aby sprawdzić, czy ktoś, kto przychodzi z zewnątrz jest nosicielem koronawirusa czy nie.

Jeśli przyjmiemy chorego, zarazi nas wszystkich. Przyszła do nas informacja, że w ośrodku takim jak nasz, we Wrocławiu, przebywała osoba zakażona koronawirusem. (mo)