Świadek: Radiowóz nie miał włączonego „koguta”

Sąd nie zgodził się z wnioskiem prokuratury i nie zastosował aresztu wobec Sylwestra A. z gminy Fajsławice, który wjeżdżając w radiowóz w Łopienniku Dolnym, doprowadził do śmierci 32-letniej policjantki z Krasnegostawu. Tymczasem pojawił się świadek, który twierdzi, że policyjne auto nie miało włączonych sygnałów świetlnych.

30 października sąd odrzucił zażalenie prokuratury na niezastosowanie aresztu wobec 31-letniego Sylwestra A. Śledczy chcieli, by trafił on za kratki do czasu rozpoczęcia sądowej rozprawy, bo za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym grozi mu 8 lat więzienia. Wobec faktu, że mieszkaniec gminy Fajsławice przyznał się do zarzucanych mu czynów, a w sprawie zabezpieczono dowody, sąd uznał, że nie ma niebezpieczeństwa, iż 31-latek będzie mataczył w śledztwie i dlatego zwolniono go do domu, zalecając jedynie policyjny dozór.
Tymczasem na początku ubiegłego tygodnia skontaktował się z naszą redakcją mężczyzna, który jakiś czas przed tragedią widział radiowóz, w którym zginęła st. sierż. Magdalena Dolebska. Mieszkaniec gminy Izbica twierdzi, że policyjne auto nie miało włączonych żadnych sygnałów ostrzegawczych – ani świetlnych, ani dźwiękowych.
– Miałem tego dnia robotę w Siedliskach, drogą krajową nr 17 jechałem po godzinie dziesiątej. W Łopienniku widziałem te dwa dostawcze auta, które się ze sobą zderzyły, do których później dojechała policja, w tym pani Dolebska – opowiada mężczyzna. Dwie godziny później nasz rozmówca wracał z Siedlisk. – Około godziny dwunastej znów byłem w Łopienniku. Tym razem już z daleka zobaczyłem wozy strażackie, które błyskały tymi swoimi niebieskimi światłami na wysokości chłodnicy, na kabinie kierowcy i na tylnym obrysie auta. Widziałem też ten policyjny radiowóz, a w środku panią Dolebską i tego drugiego policjanta. Panią Dolebską znałem z widzenia, kiedyś nawet miałem przyjemność z nią rozmawiać, to była bardzo miła osoba. Wracając jednak do tematu, widziałem wtedy tych policjantów, jak siedzieli w radiowozie i coś pisali. Czapki mieli położone na podszybiu. Niestety, widziałem też, że nie mieli włączonych żadnych świateł, ani błyskowych, ani mijania. Po prostu stali na środku drogi, mijałem ich w odległości ok. dwóch metrów – twierdzi mężczyzna. Samego wypadku mieszkaniec gminy Izbica nie widział. – Gdy już dotarłem do Krasnegostawu, mijałem dwa wozy strażackie i karetki jadące ul. Okrzei. Od razu pomyślałem, że to pewnie na „siedemnastce” znów coś się stało. Później dowiedziałem się o śmierci tej policjantki. To straszne, była młoda, miała dziecko, to potworna tragedia. Dla mnie liczy się jednak prawda, a ta jest taka, że gdy mijałem ten radiowóz, to nie miał on włączonego „koguta” ani innych światełek. Nie rozgrzeszam tego kierowcy, który wjechał w policyjny wóz, źle się zachował, nie powinien wyprzedzać, ale nie można wybielać policjantów, trzeba sobie uczciwie powiedzieć, jaka jest prawda – przekonuje mężczyzna.
Nieoficjalnie udało się nam dowiedzieć, że nasz rozmówca ma zostać przesłuchany przez prokuratora prowadzącego śledztwo w sprawie śmierci krasnostawskiej policjantki. Sam zgłosił się na policję. Z naszych ustaleń wynika też, że mógł on widzieć radiowóz stojący jeszcze w zupełnie innym miejscu niż w tym, w którym doszło do tragedii. Mundurowi dopiero później mieli przestawić auto na feralny lewy pas i włączyć „koguty” oraz światła mijania. Do tematu będziemy wracać. (kg)