Twój Vincent – nasz Sean

W tle pracujący nad poszczególnymi klatkami malarze

Okrzyknięty najbardziej kasową polską produkcją, filmem wszech czasów, który podbił świat, ekranizacją, jakiej jeszcze nie było. Nominowany do Złotych Globów i BAFTA 2018 „Twój Vincent” to bezsprzecznie unikat, którego producent zaczynał od… nauki języka angielskiego młodzieży z II Liceum Ogólnokształcącego w Chełmie. – Uczniowie nie dawali mu spokoju, ciągle go zagajali, by tylko porozmawiać z nim po angielsku – mówią o Seanie Bobbitcie znajomi ze szkoły.

Sean z uczennicami z II LO w Chełmie

Rok 1991. Polska. Na ulicach wszechobecne ortalionowe dresy, coraz większa swoboda, zniesiona po latach cenzura, wzrastająca ciekawość i fascynacja dalekim Zachodem – tak bardzo rozwiniętym w opozycji do kraju Słowian, w którym zaledwie od dwóch lat trwał okres transformacji ustrojowej. Chełm. Małe miasto na wschodzie Polski, w którym przemiany dopiero zaczynały być widoczne. Dla kogoś, kto przyjechał tu wówczas prosto ze Stanów Zjednoczonych – kompletnie inna galaktyka.

Sean Bibbitt z Markiem Sikorą

– Pamiętam, jakie było moje zdziwienie, gdy poszedłem do banku, a tam był tylko jeden komputer. Jeden na cały bank! – opowiada Sean Bobbitt, producent filmu „Twój Vincent”.
Sean przyjechał do Chełma jako wolontariusz Amerykańskiego Korpusu Pokoju, agencji USA, której pomysł utworzenia pojawił się w trakcie kampanii prezydenckiej J.F. Kennedy’ego. Zgodnie z założeniami organizacja wysyłała ochotników do krajów zainteresowanych pomocą, by wspierać ich ekonomiczny i społeczny rozwój. W Polsce Korpus działał w latach 1990-2001. W tym czasie na dwuletnie kontrakty przyjechało tu blisko 1000 wolontariuszy, by realizować trzy główne programy – naukę języka angielskiego, rozwój drobnej przedsiębiorczości i ochronę środowiska. Żeby pozyskać wolontariusza polskie instytucje musiały spełnić odpowiednie wymogi – spośród chełmskich szkół udało się to jedynie I i II LO. To był wielki sukces, tym bardziej, że język angielski w podstawie programowej był nowością. Anglistów było wówczas jak na lekarstwo, nie mówiąc już o uczących przede wszystkim komunikacji w drugim języku native speakerach.

Zdjęcie z planu zdjęciowego

– Sean Bobbitt był pierwszym z trzech wolontariuszy Amerykańskiego Korpusu Pokoju, jacy uczyli języka angielskiego w II Liceum Ogólnokształcącym w Chełmie. Wtedy, na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, ten młody, sympatyczny, zawsze uśmiechnięty Amerykanin z pedagogicznym zacięciem i stuprocentowym zaangażowaniem wniósł naprawdę wiele do budowania nowego wizerunku szkoły, stawiającej zarówno na jakość kształcenia, jak i przyjazny klimat, szczególnie na linii nauczyciel-uczeń – przyznaje Marek Sikora, ówczesny dyrektor II LO w Chełmie, a dziś zastępca dyrektora Departamentu Kultury, Edukacji i Sportu Urzędu Marszałkowskiego. – Sean pojawił się w szkole w momencie, gdy objąłem stanowisko dyrektora.

Sean w roli listonosza, zdjęcie z planu

On miał 23 lata, ja 29. W pewnym sensie obaj stawialiśmy czoła nowym życiowym wyzwaniom. Sean zarażał entuzjazmem, zawsze był w stanie każdego pocieszyć.
W jego obecności uczniowie i inni nauczyciele zawsze mieli uśmiechy na twarzach. Na przerwach prędzej można go było spotkać na korytarzu, otoczonego grupką młodzieży, niż w pokoju nauczycielskim. Widać było, że potrafił młodzież inspirować. Miał do niej inne, bardziej bezpośrednie, podejście, co niewątpliwie przysparzało mu wiele autentycznej sympatii, zarówno wśród uczniów, jak i kolegów-nauczycieli – mówi Sikora.
Sean do dzisiaj z rozrzewnieniem wspomina czas spędzony w Chełmie. – Było mnóstwo rzeczy, które mnie tu dziwiły, jak chociażby wspomniana historia z bankiem. Wśród tych absurdów pojawiło się jednak coś, co nie pozwoliło mi wyjechać z tego kraju… To ludzie. Wszyscy, których tu poznałem, byli bardzo życzliwi. Gdy skończyłem pracę dla Korpusu, postanowiłem zostać w Polsce. Byłem też ciekawy, jak będzie się dalej rozwijać, w końcu to były czasy przełomowe dla kraju – opowiada.

Zdjecie z planu – ostatni kadr filmu

W 1993 roku Sean wyjechał do Warszawy, gdzie studiował i pracował jako dziennikarz-publicysta. O Chełmie nie zapomniał, ale nie tylko dlatego, że przyjeżdżał tu do dziewczyny. Mimo upływu lat i rosnącej kariery, Sean nigdy nie zerwał kontaktów z II LO. W 2012 roku gościł w murach szkoły z okazji uroczystości upamiętniających 50-lecie Amerykańskiego Korpusu Pokoju w Polsce. Razem z attaché Ambasady USA w Polsce, Frankie Sturmem, dokonał odsłonięcia gabloty z flagą KP w Polsce, która powiewała nad siedzibą AKP w Warszawie, a po zakończeniu misji w 2001 roku została przekazana pod opiekę właśnie II LO w Chełmie, w dowód uznania za udaną i owocną współpracę w latach 1991-2001. Zdjęcie Seana zawisło też na tablicy pamiątkowej Zasłużonych dla II LO w Chełmie.
– W międzyczasie poznałem dwóch Amerykanów, którzy przyjechali do Polski założyć tu sieć kinową, Silver Screen. Potrzebowali kogoś, kto znałby trochę rynek i przede wszystkim mówił po polsku. Paradoksalnie z czasem oni odeszli, a ja zostałem, kierując Silver Screen i łącząc firmę z Multikinem. Wtedy poznałem też Hugh Welchmana (brytyjski filmowiec, scenarzysta i producent – przyp. red.), który przyjechał do Polski, realizować nagrodzonego później Oscarem „Piotrusia i wilka”. Gdy sprzedawałem swoją firmę, zaproponował mi współpracę. Wkrótce uświadomiliśmy sobie, że znakomicie się uzupełniamy i połączyliśmy siły. Pamiętam, jak powiedział, że będziemy robić nowy projekt, animowany film o Vincencie van Goghu. Byłem zachwycony – wyznaje Bobbitt.
Tak zrodził się pomysł na film „Twój Vincent”, który brytyjski „The Times” nazwał „uderzeniem geniuszu”. Dzieło przyjaciela Seana, Hugh Welchmana i Doroty Kobieli, to pierwsza pełnometrażowa animacja malarska, która zachwyciła widzów na całym świecie. Składa się z 65 tysięcy klatek filmu, a każda została namalowana ręcznie, techniką olejną, w stylu słynnego impresjonisty. W projekcie wzięło udział aż 125 zawodowych malarzy. „Studenci sztuk pięknych umrą i pójdą do nieba zwaleni z nóg przez sam trailer” – pisał dziennikarz „The Impact Magazine”, nazywając powstającą produkcję „mistrzowskim dziełem, które przejdzie do historii kina”. Film został nominowany do Złotych Globów, uznawanych – obok Oscarów – za najbardziej prestiżowe wyróżnienia, przyznawane filmowcom. W ubiegłym tygodniu otrzymał też nominację z Brytyjskiej Akademii Filmowej.
Sean Bobbitt, jako producent odpowiadał m.in. za zbieranie funduszy, budżetowanie filmu czy harmonogram prac. W jednym z wywiadów żartował, że podczas tej produkcji został największym importerem olejku goździkowego w Polsce. Ten był potrzebny, żeby farba zbyt szybko nie zasychała. Dzięki temu, zamiast malować od nowa kolejną klatkę, niekiedy wystarczyło przemalować tylko grymas ust czy kontur postaci.
Sean pojawił się też w filmie „osobiście” w roli dublera listonosza (jednej z postaci opowiadających o ostatnich dniach życia van Gogha). – To czysty przypadek. Okazało się, że marynarka listonosza najlepiej pasuje na mnie. Trzeba było tylko doczepić brodę i byłem gotowy do pozowania – opowiada Bobbitt.
W ostatnim ujęciu filmu widać idealnie… plecy naszego „psora z Drugiego”. (pc, mg)