Tym razem się udało, ale…

Co powinien zrobić recenzent, który sam nie do końca się odnajduje w prezentowanym repertuarze? Powinien zwrócić się do ekspertów! W przypadku najnowszego, składankowego koncertu Teatru Muzycznego w Lublinie ekspertami bezsprzecznie są dzieci, a im „Bajkolandia” się wyraźnie spodobała!
Lubelska operetka ma spore doświadczenie w wystawianiu bajek i to przeważnie własnych adaptacji popularnych baśni, do których lubelscy twórcy podkładają własne teksty i muzykę. To nie tylko łatwy pieniądz i zajęcie dla zespołów, ale i odciążenie dla szkół i przedszkoli, które prowadząc maluchy do sali na ul. Skłodowskiej, mają z głowy i obowiązkowe wyjście, i trochę spokoju z zasłuchaną dziatwą. W przeszłości powodzeniem cieszyły się zwłaszcza produkcje uznanego lubelskiego duetu autorskiego Jerzy Turowicz-Jarosław Baca, jednak choć dziecięca wyobraźnia jest przecież nieograniczona – to wydawało się, że scena muzyczna popadła ostatnimi czasy w kryzys twórczy, nie mając dla najmłodszych widzów nic nowego czy atrakcyjnego do zaproponowania. Teatr Muzyczny udowodnił jednak, że – podobnie, jak i wystawiając dla dorosłych – w sumie niepotrzebne są nowości, a wystarczy po raz kolejny przepakować sprawdzone już hity i przeboje.

Kurkówna! I inni…

„Bajkolandia” w reżyserii znanej dotąd głównie raczej z osobowości scenicznej Małgorzaty Rapy to właśnie taki koktajl z tego, co dzieci po prostu muszą znać i kojarzyć, a więc i oklaskiwać. Piosenki z „Akademii Pana Kleksa” (czyli epoki dzisiejszych rodziców”) połączono płynnie z występami Shreka (a więc poniekąd przebojami klasyki rocka), a wszystko okraszone tym, co lubiliśmy w naszych, rodzimych, lubelsko adaptowanych bajeczkach. Bawią się więc wspólnie i dzieci, i dorośli, a przy czym przedstawienie ma kilka perełek, na czele z magnetyczną, przebojową Agnieszką Kurkówną. Gdy wołała ona ze sceny, że „Chce bohatera!”, kilku tatusiów na widowni wyraźnie podniosło się z zamiarem udania się zdecydowanym krokiem w stronę sceny. Mamusiom zaś z pewnością bardziej nawet mógł spodobać się niezawodny wobec pań w wieku od lat 3 do 103 Patrycjusz Sokołowski. Poza wszystkim zaś przedstawienie jest po prostu ładne, słodkie (nawet bez cukierków, którymi tradycyjnie obdarowywano dzieci na spektaklu mikołajkowym) i dynamiczne, w czym wielka zasługa zwłaszcza chóru Teatru. A kiedy już w finale Andrzej Witlewski, człowiek wielu talentów i ogromnego poczucia humoru „wygina śmiało ciało!”, towarzyszy mu praktycznie cała widownia i tylko niektórym bujającym się do rytmu towarzyszy pytanie – czemu nie da się tak miło prezentowanego, a na pewno nie w pełni wykorzystywanego potencjału operetki wykorzystać także w poważniejszych przedsięwzięciach i ku uciesze nie tylko dziecięcej?
TAK