Uciekła z DPS-u

Podopieczna Domu Pomocy Społecznej w Kaniem opuściła placówkę i ślad po niej zaginął. Poszukiwania z udziałem psa tropiącego nie przyniosły efektu, bo kobieta już dawno złapała okazję i pojechała w siną dal. Natknęli się na nią dopiero przypadkiem lubelscy policjanci.

Zgłoszenie o zaginięciu 47-letniej podopiecznej DPS-u w Kaniem policjanci przyjęli w czwartek (10 maja). Tego dnia kobieta miała zniknąć. Jak? Do końca nie wiadomo.

Niemal od razu rozpoczęła się zakrojona na szeroką skalę akcja poszukiwawcza zaginionej. Niestety nawet policyjny pies tropiący, penetrujący całą okolicę, nie natrafił na ślad 47-latki.

Kobieta odnalazła się sama kilka godzin później i kilkadziesiąt kilometrów dalej, przypadkiem. Siedziała na przystanku autobusowym w Lublinie (najpewniej doszła do głównej drogi, zatrzymała auto i skorzystała z czyjejś uprzejmości). Siedzącą w nocy na ławce, samotną 47-latką zainteresowali się lubelscy policjanci. Po wylegitymowaniu kobiety i sprawdzeniu jej danych okazało się, że jest to poszukiwana podopieczna DPS-u. Kobieta została oddana pod opiekę lekarzom, a następnie pracownikom domu pomocy w Kaniem.

Mieszkańcy gminy Rejowiec, którzy byli świadkami całej akcji z udziałem policyjnego psa, są zszokowani. – Jak można było do tego dopuścić? Tak pilnują podopiecznych? A gdyby coś się stało tej kobiecie, kto poniósłby odpowiedzialność? – pytają zbulwersowani.

Z dyrektor DPS-u nie udało nam się skontaktować, przebywa na urlopie. Za to pracownicy domu pomocy nie widzą w zdarzeniu swojej winy. Jak mówią, podopieczni to dorośli ludzie, którym nie mogą zakazać wyjścia z terenu placówki, bo nie jest to zamknięta jednostka. – Nie jesteśmy odpowiedzialni za to, co robią – kwituje pracownica. (pc)