Wójta 2000 kilometrów na rowerze

– Włoskie drogi są w o wiele gorszym stanie, niż nasze. Spodziewaliśmy się lepszych. W porównaniu do nich, u nas jest elegancko – mówi Wiesław Kociuba po powrocie z rowerowej pielgrzymki do Watykanu. Pojechał z całą grupą, ale jako jeden z pięciu dał radę przejechać na rowerze trasę 2 tys. km.

Pozostali samorządowcy z powiatu mogą zgrzytać zębami z zazdrości o formę Kociuby i jego sposób na promocję gminy. Wójt gminy Chełm nie dość, że często do pracy dojeżdża rowerem i startuje w corocznych maratonach janowskich, to właśnie wrócił z rowerowej pielgrzymki do Watykanu – na dwóch kółkach przemierzył aż 2 tys. km!
– To raczej jednak jednorazowa pielgrzymka, której celem była msza święta przy grobie Jana Pawła II, ale też sprawdzenie własnych możliwości – mówi Wiesław Kociuba, wójt gminy.
Wyruszyli 26 czerwca, około 20 osób. Trasa: Słowacja, Węgry, Słowenia i Włochy. Nikt się nie wycofał, ale zdecydowana większość korzystała z podwózki samochodem, by nabrać sił. Całą drogę – każdy kilometr trasy – na rowerze przejechało jedynie ok. pięciu cyklistów, w tym Kociuba. Łatwo nie było.
– Włoskie drogi nas zaskoczyły – przynajmniej te, którymi jechaliśmy. Wbrew pozorom nie są wcale takie dobre. Spodziewaliśmy się, że będą w o wiele lepszym stanie – śmieje się wójt. – Wąskie i spękane jezdnie, rozsypany żwir, ostre zakręty, w górach podjazdy na 10-20 kilometrów, a zaraz potem strome i niebezpieczne zjazdy. Wyglądało to groźnie, tym bardziej są to trasy o dużym natężeniu ruchu. Pełno tirów. Co chwile ktoś trąbi, u nas tak nie ma. Fakt, że dokoła piękna panorama, ale nie ma jak się rozglądać, bo cały czas trzeba być skupionym na drodze, żeby się nie wywrócić. Ta ciągła koncentracja była dla mnie najbardziej męcząca, bo generalnie całą pielgrzymkę zniosłem w miarę dobrze. A to dlatego, że od jakichś trzech lat jeżdżę. W sezonie nasze maratony, w zimie trenażery i treningi. Ważne jest odpowiednie przygotowanie i sprzęt. Zwykły „góral” z supermarketu nie nadaje się na taką wyprawę. To powinien być dobry rower, za około 1,5-2 tysięcy złotych. Puławianie, którzy jechali z nami, mieli szosowe rowery – niektórzy nawet za ponad 20 tysięcy złotych. Panie, które jechały „góralami”, miały ciężko, strasznie się męczyły i musiały odpoczywać w samochodzie.
Jechali etapami, na początek 40-50 km, ponad godzinny postój i dalsza jazda w zależności od pogody. Najdłuższa trasa ok. 180 km na rowerze. – Według mnie postoje były za długie. W ciągu 1,5 godziny organizm się już rozleniwia. Dziennie mieliśmy takie 2-3. Wieczorem jakaś kawiarenka, lody i piwo z colą na ochłodę – we Włoszech to dopuszczalne – mówi wójt.
Najbardziej pozytywnie wspomina wójt Słowenię – pełna kultura na trasie, wzajemne pozdrowienia i dużo wyczynowych rowerzystów. W trakcie całej pielgrzymki starali się trzymać wytyczonej trasy, choć zdarzały się drobne zmiany. Nie obyło się też bez wypadków i stresujących sytuacji: – Mieliśmy kilka zdarzeń. Auto zatrąbiło i kolega z Puław, który jechał metr przede mną, zjechał na pobocze. Chciał odbić, ale wjechał w szczelinę i złapał gumę. Trącił mi przednie koło. A na dole był rów, krzaki i woda. Nie straciłem kompletnie równowagi, ale zjechałem do tego rowu. Myślałem tylko o tym, żeby nie wjechać w wodę, nie przebić koła i nie uszkodzić roweru. Udało się, to był taki wypadek kontrolowany. Ale na przykład kolega z Puław napędził strachu wszystkim. Był ostry zakręt, piasek na poboczu, a on jechał szybko i poleciał na barierkę. Miał zbitą nogę, odwieźli go do lekarza. Pod koniec jednak znów wsiadł na rower. Stres był też w tunelu, gdzie na końcu machała do nas włoska policja. Pomyśleliśmy, że może jedziemy na zakazie i nas nie przepuszczą, ale chodziło o brak odblasków. Zgodnie z ich przepisami, jadąc przez tunel, wszyscy powinniśmy mieć na sobie kamizelki. Na szczęście ksiądz Karol załagodził sprawę – powiedział, kim jesteśmy i gdzie jedziemy. Skończyło się na upomnieniu – wymienia W. Kociuba.
Dotarli do celu, a o ich obecności w Watykanie dowiedział się sam papież i pozdrowił obecnych na Placu Św. Piotra pielgrzymów z Chełma. – Fajnie, wiadomo – przyznaje wójt.
Zmęczeni, ale szczęśliwi, w niedzielę (9 lipca) wylądowali na lotnisku w Warszawie. Czy teraz tym bardziej wójt będzie promował ekologiczną jazdę w gminie? – W porównaniu do tego, co było jeszcze kilka lat temu, u nas dużo osób przesiadło się na rowery. Zmiany są widoczne, to dobrze.  (pc)