Wyrok niczym arszenik

Apteka dziś

Halina Łapinkiewicz-Piłat przegrała proces o zwrot najbardziej znanej lubelskiej apteki, która mieściła się na rogu Krakowskiego Przedmieście i Świętoduskiej, gdzie obecnie funkcjonuje kawiarnia. Wyrok ogłoszony przed kilkunastoma dniami przez Sąd Okręgowy w Lublinie jest prawomocny, ale emerytowana aptekarka zapowiada złożenie skargi kasacyjnej do Sądu Najwyższego.

Apteka wcześniej

Halina Łapinkiewicz-Piłat, mgr farmacji, jest prawnym następcą właścicieli nieistniejącej dziś apteki – w jej miejscu urządzono bowiem kawiarnię. Jako powódka ubiega się o prawo do historycznej apteki, bez roszczeń do całej nieruchomości. Ta od 25 lat jest w posiadaniu Kościoła Rektoralnego pw. św. Ducha. Sukcesorka tego nie uznaje i wierzy, że najstarsza w mieście apteka, ostoja tradycji farmaceutycznej Lublina powróci na swoje miejsce, choćby w postaci muzeum.
Kobieta bezskutecznie dowodzi swego prawa do posiadania i użytkowania apteki. Jej właścicielem od 1926 roku był Emil Żółtowski, lubelski farmaceuta. Kupił ten lokal za 20 tys. dolarów – wówczas fortunę. Jego Przedsiębiorstwo Apteczne miało tzw. mocne papiery, gdyż nabył nieruchomość od Skarbu Państwa. Potwierdził to notariusz. W tle tej transakcji leżał jednak kontrakt zastawny (z 1860 r.) między Kościołem Św. Ducha a Miastem Lublin, skutkiem którego ówczesny proboszcz świątyni utracił budynek apteki na rzecz magistratu, a później na rzecz Skarbu Państwa.
Kościół, po zmianie ustroju w 1989 r., upomniał się o tę nieruchomość i mimo że wspomniany kontrakt nadal działał, tzw. Komisja Majątkowa RP (na mocy Ustawy z dn. 17 maja 1989 r. o stosunku Państwa do Kościoła) uznała, że sukcesorzy Emila Żółtowskiego bezprawnie dysponują tą nieruchomością. I w listopadzie 1992 r. kamienica z apteką wróciła do dóbr kościelnych. Co ważne, nie wyrokiem sądu, a w trybie „orzeczenia” owej Komisji, bez prawa zaskarżenia.
– Duchowni weszli w ponowne jej posiadanie tylko dlatego, że rektor kościoła od lat głosi „odzyskanie” prawa do tego obiektu. Nie może być o tym mowy, gdyż jego poprzednik utracił to prawo na skutek zadłużenia – przypomina powódka.
Na nic się zdało argumentowanie przed sądem, że budynek (wraz z lokalem apteki) „zwrócono” Kościołowi w oparciu o fałszywe dowody. Mimo przedłożenia dokumentów urzędnicy, prokuratura i teraz sądy dają wiarę wersji Kościoła.

Historia kładzie się cieniem

Przez lata trwania procesu spór o kontrakt opóźniał rozstrzygnięcie kwestii własności samej apteki, o którą występuje pani Halina.
Gdy w 1944 r. armia sowiecka wkroczyła do Lublina, Emil Żółtowski został aresztowany, firmę zlikwidowano. W lutym 1945, na bazie jego prywatnej apteki, uruchomiono w mieście pierwszą aptekę państwową. Ta działała jedynie 10 miesięcy, gdyż po zwolnieniu i zrehabilitowaniu aptekarza rozpoczął on żmudne starania o odzyskanie firmy. W epoce, gdy prawo własności władza miała za nic, w jego przypadku je respektowano. Dowodem tego jest protokół „zwolnienia spod zajęcia wszelkiego mienia ruchomego i nieruchomego Emila i Lucyny Żółtowskich” (podpisany komisyjnie 10 grudnia 1945 r). Jest to zarazem akt zwrócenia mu całego przedsiębiorstwa, które ten protokół szczegółowo opisuje.
Żółtowski cieszył się swą firmą do stycznia 1951 r. Wówczas ustawa o przejęciu aptek przez rząd PRL odebrała mu ją. Lokal jednak nie przeszedł na własność państwa, a tylko pod zarząd – administrował nim Cefarm. Z rażącym naruszeniem przepisów, za sprawą „dura lex” PRL-u, właściciel został mianowany „kierownikiem własnej apteki”.
– Mimo to nawet tzw. władza ludowa uznała prawo własności przedwojennego aptekarza. Dlaczego więc kolejne sądy nie respektują tego faktu? – skarży się starsza pani.
Status majątkowy Żółtowskich ma wyraźne odbicie w rejestrze Sądu Okręgowego w Lublinie (10 listopada 1947 r.) i wszystko wskazuje, że winien stanowić dla urzędników i sądów żelazny dokument własności lokalu aptecznego, a w ślad za tym – po zmianie ustroju – prawo do sukcesji kolejnych spadkobierców po Żółtowskim, aż po sukcesję powódki. Tymczasem tak nie jest. Pani Halina przed kilkoma laty wniosła pozew o stwierdzenie przez sąd jej prawa do apteki, ale sąd rejonowy pozew oddalił.

Sąd nad „fantomem” apteki

Apelację od wyroku Sądu Rejonowego w Lublinie „o usunięcie niezgodności między treścią wpisu w księdze wieczystej a rzeczywistym stanem prawnym” rozpatrzył Sąd Okręgowy. Ustne uzasadnieniu werdyktu brzmiało mniej więcej tak: Celem postępowania – zgodnie z treścią powództwa – było udowodnienie, że na dzień 29 marca br. powódka ma prawo do korzystania z lokalu aptecznego przy Krak. Przedmieściu 3. Jednak roszczenie powódki nie zasługuje na uwzględnienie. Sąd Rejonowy skontrolowany przez Sąd Okręgowy prawidłowo ustalił, że kontrakt zastawny służący argumentacji wygasł – jeśli nie skutkiem oddania zaciągniętej w Magistracie Lublina pożyczki, to poprzez upływ czasu, na jaki zawarto umowę. Zdaniem sądu, powódka nie wykazała, by przysługiwało jej prawo do tego lokalu.
Sąd odwoławczy zaakceptował więc poczynione przez sąd I instancji ustalenia – na tej podstawie oddalił apelację. Zdaniem obserwatorów procesu Sąd Okręgowy powielił błędy poczynione przez Sąd Rejonowy: uznał, że dalsze dokumenty zgłoszone przez powódkę nie miały znaczenia dla rozstrzygnięcia – choć strona pozwana ich nie kwestionowała. Sąd ponadto uznał, że kontrakt z 1860 r. wygasł i nie obowiązuje. Tymczasem z przedłożonych przez powódkę dokumentów wydobytych z Archiwum Państwowego wynika, że w 1926 r. był wzmiankowany i obowiązywał – przywołany w akcie notarialnym, w którym Emil Żółtowski nabył aptekę.
Mimo to sąd 25 kwietnia br. oddalił tę apelację, przychylając się do wyroku Sądu Rejonowego.

Nie zgadzamy się z tym

– mówi farmaceutka pretendująca do firmy aptecznej i znajduje wady w ocenie tej sprawy przez sąd II instancji. Twierdzi, że ten wyrok narusza ciągłość własności, jest krzywdzący dla niej i dla społeczności lokalnej: depcze pamięć o Emilu Żółtowskim – właścicielu, a także dobry obyczaj i dorobek dziedzictwa kulturowego.
Mec. Piotr Misztal, reprezentant Kancelarii Adwokackiej Zenon Wolanin, występujący pro bono, mówi: – Sposób rozumowania sądu podany w ustnym uzasadnieniu jest błędny, wyrok I instancji winien był zostać uchylony, a sprawa przekazana do ponownego rozpoznania –twierdzi adwokat. – Sąd nie rozpoznał istoty sprawy, bowiem w ogóle nie badał jakie uprawnienia przysługują powódce. Arbitralnie uznał, że nie przysługują jej żadne, bo takich nie udowodniła.
Nadto sąd odwoławczy, jak i sąd I instancji nie uwzględnił ważnego faktu, że do akt złożono orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego odnośnie do sposobu stosowania przepisów, według których działała Komisja Majątkowa. Z treści orzeczenia TK wynika, że sprawa nieruchomości, w której mieściła się apteka Żółtowskiego, nie może być rozpoznawana w trybie przewidzianym dla zakresu Komisji Majątkowej. Natomiast w odniesieniu do owej nieruchomości miał zastosowanie tzw. Reskrypt Finansów Królestwa Polskiego (1869 r.). Te fakty, na które nawet w toku postępowania przed Komisją Majątkową powoływał się Kościół Rektoralny pw. Św. Ducha, nie były brane pod uwagę. A przyjęcie tych okoliczności za podstawę wyroku oznaczałoby konieczność uwzględnienia przynajmniej w części interesu powódki – uważa adwokat.
– Sąd sądem, a sprawiedliwości nadal trzeba dochodzić. Nikt nie widział prawa własności Kościoła do tego obiektu, a swobodnie sobie nim dysponują – twierdzi waleczna aptekarka. Jej adwokat informuje, że strona powodowa złożyła wniosek o uzasadnienie wyroku, co zapowiada skargę kasacyjną.

Bo duch apteki pozostał…

W roku 2014 parter nieruchomości, będącej przedmiotem sporu, przerobiono na kawiarnię. Ratusz – sąsiad, zatwierdził ten sposób użytkowania budynku bez obiekcji. Dziwne, gdyż w jego XIX-w. metryce widnieje wyraźne przeznaczenie: „Na cel założenia apteki”. Jak to się ma do tej zmiany? Dlaczego nie oponował ówczesny Wojewódzki Konserwator Zabytków?
Obecnie nie sposób odgadnąć dawnej funkcji tych pomieszczeń – projektant zrobił wszystko by to skryć. Odwiedziliśmy Świętoduska Cafe’, tętniącą teraz życiem towarzyskim tuż za ścianą Kościoła Św. Ducha: – Czy macie świadomość, że siedzicie właśnie „za kontuarem” najstarszej w mieście apteki? – pytam kilku studentów, zajmujących stolik w głębi lokalu. Słyszą to także inni goście. Dowiadują się, że od 1862 roku w tym miejscu wydawano, później wytwarzano lekarstwa. Bezcenne zabytkowe meble, wyposażenie apteki i naczynia – własność prywatną, bezprawnie rozparcelowano.
Konsternacja, spojrzenia ludzi po sobie. Przybliżenie dziejów tego miejsca kończy się celnym żartem jednego z nich: – No to wypada teraz zamówić do kawy jakieś krople, specjalność tej apteki – po czym wszyscy wybuchają śmiechem. Jednak czerwień tutejszych ścian tuszuje na twarzach wyraźny rumieniec zakłopotania…
Taka jest dzisiejsza pamięć tego miejsca. Aptekarka ma o to żal nawet do niektórych relacji dziennikarskich. Otóż w marcu 2016 r. magazynowe wydanie jednego z lubelskich dzienników szeroko opisywało dzieje zabudowań przy kościele Św. Ducha. Jednak o narożnym budynku – siedzibie apteki (zawierającym na piętrze także mieszkanie aptekarza) autorka artykułu napisała jedynie: „To jeden z przebudowanych obiektów poszpitalnych, z wykorzystaniem dawnych murów. Na parterze działają obecnie kawiarnia i sklep jubilerski”.
– I ani słowa na temat apteki, która działała tu przez 150 lat. Nie godzi się tak. Z detalami autorka opisuje np., co jadali chorzy szpitala w starych murach tego budynku i nawet nie wspomni o tym zabytku, o unikalnych cechach apteki – zauważa pani Łapinkiewicz-Piłat. – Wygląda mi, jakby z historii 700-letniego grodu ktoś specjalnie chciał wymazać pamięć o tym obiekcie. Może tu być celowe pominięcie rodziny właścicieli apteki i ich spadkobierców, gdyż jest to wygodne dla kościelnej administracji. Dla mnie duch Firmy Aptecznej Żółtowskich pozostaje żywy – kończy wytrwała pani magister.
Marek Rybołowicz