Wyścig po śmierć

Alkohol, stare motocykle, zabawa w kaskaderów i bezsensowna śmierć 28-letniego Kamila S. Sąd uznał, że ten, który przeżył ten idiotyczny zakład o honor, a potem zostawił przyjaciela konającego na drodze, jest tak samo winny jak tragicznie zmarły. W więzieniu spędzi łącznie trzy lata i dwa miesiące. Ci, którzy pomagali zacierać ślady, pozorując wypadek, mają wyroki w zawieszeniu. We wsi zapanowała zmowa milczenia – wszyscy znali prawdę, ale w trakcie procesu nikt nie chciał zeznawać.

Sprawa z maja 2015 roku pokazuje, ile tak naprawdę warta jest przyjaźń i do czego zdolni są ludzie postawieni w ekstremalnych sytuacjach – kładą na szali dwa życia i oceniają, które jest więcej warte.
Kamil S. (28 l.) i Kamil J. (24 l.) znali się od kołyski. Razem z dwoma innymi kolegami (bracia Jarosław i Dariusz B. z Mszanny w gm. Wola Uhruska) umówili się wieczorem na drodze wiodącej z Mszanny do Bukowy Wielkiej w gm. Sawin. Dopiero oddana po remoncie, szeroka na 4 m, idealnie nadawała się do szaleństw na starych „emzetkach” czy „wueskach”. Bez kasków, za to po alkoholu i z żądzą adrenaliny. Wsiedli na stare MZ i ruszyli na siebie. Kto pierwszy wymięknie i odbije w bok, ten przegrywa i jest frajerem. Żaden nie stchórzył. Po zderzeniu obaj wylądowali na jezdni. Starszy był nieprzytomny, nie dawał oznak życia. Młodszy mocno poturbowany i połamany. Świadkowie wpadli w panikę.
Zamiast wezwać natychmiast karetkę, zapadła decyzja o upozorowaniu wypadku drogowego, którego jedyną ofiarą był Kamil S. Jeden z braci B. dzwoni po ojca (50-letni dziś mężczyzna). Ten przyjeżdża ciągnikiem z pomocą. Nieprzytomnego Kamila S. przenoszą do rowu, pod drzewo kładą motocykl – jakby zginął po uderzeniu w drzewo. „Emzetkę” Kamila J. chowają w krzakach, a rannego kolegę odwożą do jego domu. W międzyczasie ktoś dzwoni po rodziców S. i mówi, że syn miał wypadek. Ci przyjeżdżają na miejsce, ale chłopak umiera. Gdyby pomoc przybyła na czas, niewykluczone, że dałoby się go uratować.
Następnego dnia w Bukowie Wielkiej zjawiają się policjanci z psami tropiącymi. Znajdują schowany w zaroślach motocykl Kamila J. (chłopak leży w tym czasie w szpitalu, dokąd zgłosił się jeszcze w noc wypadku, bo ból był nie do zniesienia). Mimo ogólnej zmowy milczenia nie udaje się wyprowadzić w pole mundurowych. Policjanci szybko ustalają, co tak naprawdę się stało na drodze (tym bardziej, że obrażenia J. wskazywały wyraźnie, że chłopak miał wypadek na motocyklu), a psy doprowadzają ich do domu braci B.
Jarosław i Dariusz oraz ich ojciec Krzysztof zostają oskarżeni o zacieranie śladów (jeden z synów po zatrzymaniu dezinformował policję i zatajał istotne informacje, co też szybko wyszło na jaw).
Pierwsze wyroki w tej sprawie zapadły jeszcze w 2016 roku. 21-latek, 24-latek i ich ojciec mają „zawiasy” i wysokie grzywny. W ubiegłą środę (25 października) sąd podjął decyzję o karze dla Kamila J. Uznano, że obaj z Kamilem S. są tak samo winni śmierci – obaj z własnej woli zagrali w tę bezsensowną grę. Niestety, to jeden z nich zabawę po alkoholu przypłacił życiem. Za jazdę w stanie nietrzeźwości i spowodowanie wypadku oraz ucieczkę Kamil J. spędzi w więzieniu łącznie 3 lata i 2 miesiące.
Proces był trudny, bo Mszanna to specyficzne, zamknięte środowisko. Choć wszyscy wiedzieli, jak doszło do śmierci i że Kamila S. można było próbować uratować, nikt nie chciał zeznawać. Na sali sądowej trzeba było praktycznie wyciągać od nich odpowiedzi. Prokuratura Rejonowa w Chełmie zawnioskowała o podanie wyroku do publicznej informacji.
Kamil J. był już wcześniej karany. Pijany spowodował kolizję, a potem przemocą chciał przekonać ofiarę, by nie zgłaszała sprawy policji. (pc)