Wysłali do pracy, której nie ma

Wyjechały zarabiać w Holandii. Zostały na lodzie, na obcej ziemi, bo okazało się, że firma, w której miały pracować, wcale nie chce ich zatrudnić. Pośrednik, z którym podpisały umowę, przeprasza i zrzuca winę na swoją pracownicę.

Zapowiadało się dobrze, a skończyło się na nerwach, pustym portfelu i obawie przed spaniem na ulicy. Angelika i jej koleżanka zainteresowały się ofertą chełmskiej agencji zatrudnienia „Efte”. Praca w Holandii w znanej firmie komputerowej, na miejscu zakwaterowanie i opieka. Wszystko miało być w porządku – tym bardziej, że praca była załatwiana przez lokalną agencję, a nie z nieznanych źródeł. Wyjechały własnym samochodem, w sobotę (9 września). Dzień później miały się stawić w siedzibie firmy. Tak zrobiły, ale na miejscu czekała na nie niemiła niespodzianka. Okazało się, że nikt nie ma zamiaru ich zatrudnić, o czym pośrednik wiedział od piątku. Pracodawca wycofał się z oferty i uprzedził agencję zatrudnienia, żeby nie wysyłać dziewczyn. Mało tego, jak usłyszały od Holendrów młode chełmianki, firma definitywnie zerwała umowę z chełmskim pośrednikiem. Dziewczyny zostały na lodzie.
– Tylko dzięki uprzejmości tamtej firmy dostały nocleg, bo w przeciwnym razie musiałyby chyba spać na ulicy. Firma poczuła się odpowiedzialna za nie i użyczyła im kwaterę na tydzień, by w tym czasie zdołały znaleźć sobie inną pracę lub zebrały pieniądze na powrót do Polski. A one pojechały przecież własnym samochodem i nie mają już pieniędzy na paliwo do kraju. Nie wiedzą, co robić, a my nie możemy im pomóc. Boję się o córkę. Przez dwa dni właściciel agencji w ogóle nie odbierał od nich telefonu, tak samo jego pracownica, która je wysłała do Holandii. A jeszcze dzień przed wyjazdem ta pani dzwoniła do nich – opowiada drżącym głosem matka Angeliki.
Właściciel działającej od roku agencji zatrudnienia, z którą dziewczyny podpisały umowę, tłumaczy, że to pierwsza taka sytuacja i do tej pory „Efte” działała bez zarzutu.
– Biorę na siebie odpowiedzialność za całą sytuację. Jestem w stanie zorganizować innego pracodawcę i przedstawiłem już dziewczynom ofertę, ale odpowiedziały, że same znalazły już sobie pracę. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, jestem też w stanie zapłacić za ich powrót do Chełma – zapewnia szef agencji zatrudnienia.
Tłumaczy, że to miał być dopiero początek współpracy z tym pracodawcą. Wszystko miało być w porządku. Okazało się jednak, że przedstawiciele tamtejszej firmy dali agencji ultimatum – dziewczyny mogą przyjechać pod warunkiem, że wcześniej spłyną do Holandii wszystkie dokumenty. – Nie wiedziałem o tym. Moja pracownica nie przekazała mi tego ani nie wysłała tych dokumentów. O tym, że pracodawca nie wyraził zgody, dowiedziałem się dopiero po fakcie – zapiera się szef chełmskiej agencji.
Jak twierdzi mężczyzna, to niekompetentna pracownica jest wszystkiemu winna. Kobieta została zwolniona. – Mam nauczkę na przyszłość – dodaje.
Jak zapewnia p.o. dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy w Chełmie, Barbara Gil, taka sytuacja nigdy nie miała miejsca w przypadku zagranicznych ofert pracy z sieci „Eures”, udostępnianych przez urząd.
– Oferty pracodawców są weryfikowane na szczeblu wojewódzkim. Zawsze to, co jest na papierze, zgadza się ze stanem faktycznym – mówi dyrektor.
B. Gil przyznaje, że poszukujący pracy nierzadko skarżą się na agencje zatrudnienia. (pc)