Z Anglii do Pawłowa na rowerze

Anglia, Holandia, Niemcy, Polska. Karol Kwiatkowski nie boi się wyzwań. Na rowerze przyjechał do rodzinnego Pawłowa aż z Radstock. Wszystko po to, by przyjść na jarmark „Ginące Zawody”, w którym przez lata prezentował się jego dziadek.

Chwil zwątpienia nie było, ale bywało ciężko. Na przykład wtedy, gdy w Niemczech „złapał kapcia” z przodu i musiał wymieniać dętkę podczas strasznej ulewy. Albo gdy przejeżdżając przez wsie w Wielkopolsce oraz niedaleko Łodzi, o mały włos nie został pogryziony przez agresywne psy biegające luzem. Ale Karol Kwiatkowski to twardy gość, wyznaczony sobie cel zrealizował w 100%.

Na urlop i jarmark

Pomysł, żeby z Anglii przyjechać rowerem do rodzinnego Pawłowa, kiełkował w nim od dłuższego czasu.

– Mieszkam tam od czternastu lat i zawsze latałem samolotem. Pomysł podróży rowerem zrodził się jakiś rok temu. Od tego czasu zacząłem się solidnie przygotowywać. Pokonywałem coraz dłuższe dystanse po Anglii, wzmacniałem mięśnie na siłowni, zaopatrzyłem się w nowy sprzęt – opowiada pan Karol.

Jak mówi, aktywny był od zawsze. Przed laty grał w lokalnej drużynie piłkarskiej Start Pawłów, potem był członkiem klubu sportowego Agros Chełm. Po studiach wyjechał na Wyspy Brytyjskie, gdzie również udzielał się, biegając i grając w piłkę czy tenisa. Gdy nadeszła pandemia koronawirusa, odkurzył trzymany w garażu rower. Potem kupił nowy i lepszy. – W dwa tygodnie zrobiłem prawie dwa tysiące kilometrów na rowerze, żeby przyjechać do Pawłowa na urlop, ale też specjalnie na niedzielny jarmark. Mój dziadek, Wincenty Kwiatkowski, był nestorem lokalnych garncarzy i zawsze brał udział w Jarmarku Pawłowskim – zaznacza z dumą.

Noc pod gołym niebem

Wyruszył w sobotę (16 lipca) z Radstock. Nie zabierał ze sobą dużego ekwipunku, tylko to, co potrzebne. I nie ogłaszał się z zamiarem przebycia trasy do Polski na rowerze, bo nie wiedział, czy podoła. Tylko najbliższa rodzina wiedziała, byli z nim w stałym kontakcie.

Zahaczając po drodze o Londyn, po trzech dniach dotarł do promu, a następnie do Holandii. – Najlepiej jechało mi się po Holandii. Ogrom rowerzystów, wszędzie ścieżki rowerowe. Dużo osób zaczepiało mnie i pytało, dokąd zmierzam – wzbudzałem zainteresowanie, bo jechałem w kasku, a tam mało kto z niego korzysta – mówi.

Podróżował z nawigacją, a także aplikacją do map rowerowych Komoot. Nocami regenerował siły w hotelach, hostelach i zajazdach. Miał ze sobą jednoosobowy namiot i śpiwór, ale tylko raz spał pod gołym niebem – pod Berlinem. – Dziennie pokonywałem od 82 do 198 kilometrów. W Niemczech zrobiłem sobie przerwę, żeby zwiedzić muzeum Volkswagena, zobaczyć Mur Berliński i Bramę Brandenburską. Generalnie po Niemczech też dobrze się jechało. Tylko że tam nikt z nikim nie rozmawia i mało kto mówi po angielsku.

Pod względem infrastruktury i kultury jazdy najgorzej, jak opowiada pan Karol, wypada niestety Polska. – Kocie łby i polne ścieżki rowerowe, nieprzejezdne dla wąskich opon. Do tego kierowcy wyprzedzający na odległość 20 centymetrów. Chociaż my tu na wschodzie nie mamy na co narzekać. Mówi się o Polsce A i B, a tak naprawdę na zachodzie kraju wcale nie ma takich wspaniałych dróg. Przekroczyłem granicę gminy Rejowiec Fabryczny i byłem w szoku – w porównaniu do Wielkopolski mamy drogi proste jak stół. Widać, że Chełmszczyzna się rozwija – zachwala rodzime tereny.

W Polsce odwiedził rodzinę w Łodzi, a stamtąd już prosto do domu. W Wólce Kańskiej znów zastała go ulewa, musiał się skryć i przeczekać około dwie godziny. Do Pawłowa dotarł około godz. 22, w sobotę (30 lipca).

Rower zostaje w Pawłowie

Jak się czuł po dotarciu do mety? Pierwsze dwa dni bolały go nogi, potem dały się we znaki plecy. Nie było jednak tak źle, skoro jeszcze w niedzielę wybrał się do Żmudzi. Do Anglii wraca już jednak samolotem. Rower zostawia na razie w Pawłowie. (pc)