Zadźgał przed sklepem człowieka

Zaczęło się od sprzeczki w sklepie, a skończyło wielką tragedią. Sprawa śmiertelnego ugodzenia nożem 27-latka na ul. Narutowicza w Lublinie znalazła swój finał w sądzie. Właśnie rozpoczął się proces 31-letniego Kamila K. oskarżonego o zabójstwo.


Wszystko działo się w sobotni wieczór, 24 lutego tego roku. W delikatesach przy ul. Narutowicza 27-letni Mateusz robił zakupy. Na skrzynkach z piwem siedzieli jego koledzy i rozmawiali z kasjerkami. Wtedy do kasy ustawiło się dwóch mężczyzn, którzy chcieli kupić piwo. Jednym z nich był oskarżony Kamil K. To on – według śledczych – zaczął sprzeczkę. Miał pretensje do młodzieńców, że blokują przejście. Towarzysz 31-latka zaczął chwalić się, że ma firmę ochroniarską, a jego kumpel to „największy zabijaka”. Te słowa wkrótce okazały się prorocze…

Druga cześć zajścia rozegrała się już na chodniku przed sklepem, kiedy wszyscy wyszli. Rozjuszony Kamil K. najpierw zapytał Mateusza „czy ma jakiś problem”. Doszło do szarpaniny. Napastnik wyjął nóż i najpierw zranił w udo młodszego kolegę 27-latka, który próbował interweniować i rozdzielić mężczyzn. Potem zabójca zaatakował ponownie Mateusza. Chwycił go za szyję, odwrócił plecami do siebie i dźgał go nożem w klatkę piersiową i brzuch. Zadał cztery ciosy. Mimo reanimacji ofiara zmarła.

Nożownik i jego kumpel uciekli. 31-latek najpierw ukrył się u kolegi, potem u swojej dziewczyny, koczował też w pustostanie pod Warszawą. Po dwóch dniach wrócił jednak do Lublina i został aresztowany. Kamil K. nie przyznał się do winy. Twierdzi, że był pobity i się bronił. – Nie chciałem zabić – przekonywał.

Mężczyzna wchodził wcześniej konflikt z prawem. Odpowiadał m. in. za przestępstwa narkotykowe. Oskarżony został także jego kolega, który był z nim podczas zajścia. 35-letni Włodzimierz P. odpowiada za ukrywanie nożownika.

Podczas procesu zeznawała matka ofiary. – Był dobrym synem. Po śmierci ojca pomagał mi, troszczył się o młodszego brata – wspominała kobieta.

Kamilowi K. grozi dożywocie. LL