Nie zamknął rogatek, teraz przeprasza

Oskarżony odmówił składania wyjaśnień

To dramat dwóch rodzin. Roman Sz. z Bzitego przed sądem nie chciał składać kolejnych wyjaśnień. Do dziś on sam nie wie, jak mógł dopuścić do tego tragicznego wypadku. Przyjął zgłoszenie, ale nie zamknął rogatek i wyszedł do WC. Usłyszał huk, a gdy się odwrócił, zobaczył, jak pociąg ciągnie za sobą wrak toyoty. W środku były matka z niespełna 14-letnią córką. Mąż kobiety nie był w stanie powstrzymać łez podczas rozprawy.

Podczas odczytywania aktu oskarżenia pokrzywdzony
nie był w stanie zapanować nad emocjami

W poniedziałek (22 stycznia) w chełmskim Sądzie Rejonowym ruszył proces dróżnika oskarżonego o nieumyślne naruszenie bezpieczeństwa w ruchu lądowym przez niezamknięcie rogatek na strzeżonym przejeździe kolejowym na skrzyżowaniu ulic Złotej i Metalowej w Chełmie, 4 kwietnia 2017 roku około godz. 17:30, tym samym nieumyślne spowodowanie wypadku, w którym na miejscu zginęła kierująca toyotą Renata N. (51 l.), a w wyniku doznanych obrażeń, miesiąc później w szpitalu, zmarła córka kobiety, Paulina N. (14 l.).
Podczas odczytywania aktu oskarżenia, mąż i ojciec tragicznie zmarłych w wypadku na torach nie był w stanie powstrzymać łez.
Skruszony, zlękniony, skulony i przytłoczony oskarżony Roman Sz. (50 l.) przyznał się do zarzucanych mu czynów, ale odmówił składania przed sądem kolejnych wyjaśnień.
– Przepraszam za to, co się stało – to jedyne, co był w stanie z siebie wykrztusić na sali rozpraw, patrząc w oczy pogrążonego w żałobie mężczyzny.

Pociąg ciągnął rozpadające się na części auto

Sędzia Olga Grabowska-Szymanek

Tego dnia Sz. rozpoczął służbę o godzinie 7 rano. Planowo miał być na posterunku do godziny 19. Jak zeznał śledczym po wypadku, poprzedniego dnia miał wolne. Nie był zmęczony, nic mu nie dolegało, nie spożywał alkoholu.
Renata N. wraz z córką i psiakiem wracały tą trasą do domu. Matka prowadziła auto, córka siedziała z tyłu. Tę drogę kobieta znała jak własną kieszeń. Jej Toyota Yaris była druga w kolejce przed przejazdem kolejowym przy ul. Metalowej. Za nią było jeszcze kilka innych samochodów. Auto przed rodziną N. przejechało przez przejazd w kierunku ul. Złotej. Renata spojrzała instynktownie na boki, ale nic nie zobaczyła. Zresztą rogatki były podniesione, a w budce powinien czuwać na posterunku dróżnik. Po kilku sekundach ruszyła. Wjechała na tory, prosto pod jadący z Lublina pociąg. Toyota rozpadła się na kawałki, a jej fragmenty odbijały się od wagonu hamującego pociągu. Wrak auta odrzuciło kilkadziesiąt metrów dalej. Renata nie miała najmniejszych szans na przeżycie, a jej córka praktycznie została wgnieciona w bagażnik. Świadkowie próbowali wyciągnąć obie z samochodu, ale nie dali rady. Przybyli na miejsce strażacy wyjęli zwłoki 51-latki i małego psa. Makabryczny widok.
Dziewczynka w krytycznym stanie trafiła pod opiekę lekarzy (po przetoczeniu krwi i konsultacji telefonicznej została przetransportowana z chełmskiego szpitala do specjalistycznego w Lublinie). Pilna potrzeba krwi, śpiączka farmakologiczna, konieczność amputacji obu nóg u tak młodej, kochającej taniec, dziewczynki i batalia lekarzy o każdą dobę. Niestety, 9 maja organizm Pauliny poddał się i dziewczynka zmarła.
„Ja nie wiem, dlaczego doszło do tego zdarzenia, znaczy dlaczego nie zamknąłem rogatek. Wyszedłem tylko na chwilę z pomieszczenia dróżnika do toalety na zewnątrz. Przed wyjściem otrzymałem telefonicznie powiadomienie od dyżurnego stacji Zawadówka. Po takim powiadomieniu mam obowiązek zamknąć przejazd. Nie wiem, dlaczego nie zamknąłem tych rogatek. Zwyczajowo odpowiadam na zawiadomienie w ciągu 2-3 minut. Gdy wyszedłem z toalety, skierowałem się do pomieszczenia dróżnika i w tym czasie usłyszałem sygnał dźwiękowy pociągu, tzw. baczność, co oznacza, że pociąg zbliża się do przejazdu. Wtedy zobaczyłem, że rogatki są niezamknięte. Pobiegłem do nastawnika i próbowałem jeszcze je zamknąć, ale już nie zdążyłem. Zobaczyłem, że na tory wjeżdża samochód osobowy od strony ulicy Metalowej i uderza w nadjeżdżający pociąg. Ja wtedy stałem koło tego nastawnika. Nie patrzyłem, co się dzieje z tym samochodem. On był chyba ciągnięty przez pociąg. Leciały odłamki szyb. Nie miałem żadnej możliwości powiadomienia maszynisty, że nie zamknąłem rogatek. Po tym wypadku nie rozmawiałem ani z maszynistą, ani z żadnym innym pracownikiem pociągu. Nie podchodziłem do tego samochodu. Nie widziałem, czy coś się komuś stało. Żałuję tego, co się stało” – to treść pierwszego i praktycznie jedynego jak dotąd wyjaśnienia mężczyzny odpowiedzialnego za śmierć matki i córki.

To tragedia dwóch rodzin

Pochodzący z Żulina w gminie Łopiennik Górny Roman Sz. (50 l.) wraz z rodziną mieszka w Bzitem pod Krasnymstawem. Niekarany, z zawodu ślusarz od lat pracuje w PKP (po drastycznych wydarzeniach z kwietnia ubiegłego roku został przeniesiony na stanowisko robotnika fizycznego). Przy około 2 tys. zł miesięcznie ma na utrzymaniu czteroosobową rodzinę (dwójka uczących się dzieci i niepracująca żona). Na posterunku przy ul. Metalowej pełnił służbę od lutego 2017 roku (przed podjęciem pracy przeszedł przeszkolenie). To doświadczony pracownik, z długoletnim stażem – dróżnikiem był od kilkunastu lat. W ciągu jednej służby rogatki zamykał około 20 razy. Raz tego nie zrobił. Dlaczego? On sam tego nie wie. Może na jego wyłączenie logicznego myślenia w tamtym momencie miały wpływ problemy rodzinne – matka w szpitalu i sprawiający problemy brat-alkoholik. W jednej chwili 50-latek zniszczył dwie rodziny – N. i swoją własną.
Na poniedziałkowej rozprawie obrońca oskarżonego podkreślił, że Sz. chce dobrowolnie poddać się karze i zaproponował dla niego karę roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Choć ze swojej strony oskarżenie (prokurator Mariola Puławska z Prokuratury Rejonowej w Chełmie oraz oskarżyciel posiłkowy – mąż i ojciec tragicznie zmarłych, wraz z adwokatem) nie zaproponowało żadnego konkretnego wymiaru kary, propozycja obrońcy z marszu została odrzucona. Nie będzie też mediacji. Sędzia Sądu Rejonowego Olga Grabowska-Szymanek dała pełnomocnikom obu stron czas na uzgodnienie stosownej ich zdaniem kary do zaproponowania, zaznaczając przy tym, że nie zgadza się na karę w zawieszeniu. Winny wypadku bezwzględnie pójdzie „siedzieć”. Na jak długo? To może wyklaruje się w marcu, podczas kolejnej rozprawy. Mężczyźnie grozi maksimum 8 lat więzienia (art. 177 par. 2 kk).
Z wydanego zaraz po tragicznym wypadku przez PKP komunikatu wynikało jasno, że wszystkie urządzenia były sprawne. Dodatkowo przejazd był wyposażony w System Wspomagania Dróżnika Przejazdowego (SWDP), który gwarantuje pełną informację o ruchu pociągów. Powołana do wyjaśnienia sprawy komisja kolejowa najprawdopodobniej zakończyła prace, ale raportu w tej sprawie (który będzie miał również wpływ na decyzję sądu) jeszcze nie ma. (pc)