Zatajają mobbing w policji?

– To były jego ostatnie słowa. On wiedział, że nie podaruję, że zrobię wszystko i oddam wszystko, by dowieść prawdy i sprawiedliwości – mówi ze łzami w oczach ojciec tragicznie zmarłego policjanta.

Po opublikowanym niedawno artykule dotyczącym umorzenia śledztwa w sprawie śmierci Andrzeja Bąka (41 l.) zgłosili się do nas rodzice tragicznie zmarłego policjanta. W ich przekonaniu śledczy celowo umorzyli postępowanie, by nie doszło do wykrycia mobbingu w komendzie.
– Problemy zaczęły się mniej więcej w maju ubiegłego roku, kiedy na tablicy ogłoszeń Andrzej zobaczył ofertę studiów podyplomowych. Poszedł do naczelnika, a ten się wściekł i rzucił: „Co, mało masz roboty? To ci dołożę”. Syn oczywiście nie dostał zgody na podjęcie studiów – opowiada Janusz Bąk, ojciec Andrzeja.
Andrzej pracował w pionie dochodzeniowo-śledczym wydziału dw. z przestępczością gospodarczą Komendy Miejskiej Policji w Lublinie. W czerwcu awansował – dostał 5 grupę zaszeregowania i podwyżkę. Chciał być policjantem operacyjnym i odejść od biurka, ale w żadnej jednostce nie było wakatu.
Cenił kolegów, ale nie pasował naczelnikowi. Szef wydziału rzekomo otwarcie mówił nawet o tym, że Andrzej nie pasuje do drużyny – nie uczestniczy w „integracyjnych imprezach” (czyli zwykłych popijawach przy ognisku). A skoro nie należał do „grupy”, musiał być przeciwko nim. – Wyszło na jaw, że podczas rewizji zniknął worek z papierosami. Zaczęły się spekulacje, że Andrzej jest kretem i donosi. Jeden z policjantów miał nawet podejść do niego i powiedzieć: „Najlepiej by było, gdybyś wziął pistolet i strzelił sobie w łeb” – mówi ojciec policjanta.
W sierpniu Andrzej poprosił o 2 dni urlopu. Nie dostał, a koniecznie musiał pozałatwiać w tym czasie pewne sprawy osobiste, wziął więc 2-dniowe zwolnienie. Zaraz potem, we wrześniu, dowiedział się, że ma szukać sobie nowej pracy. 19 października policjant wyskoczył przez balkon swojego mieszkania na 6. piętrze w bloku przy ul. Onyksowej w Lublinie. Śledztwo wszczęte w kierunku artykułu 151 kk (Kto namową lub przez udzielenie pomocy doprowadza człowieka do targnięcia się na własne życie, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5) miesiąc temu zostało umorzone.
Według prokuratury mężczyzna zabił się przez problemy psychiczne i finansowe (dostał 5 tys. zł kary finansowej za przeniesienie kredytu z jednego banku do drugiego). Rodzina Andrzeja uważa, że śledztwo celowo było prowadzone w taki sposób, by nie udało się udowodnić mobbigu. – Aby tylko zgromadzić jak najwięcej osób, powoływali na świadków ludzi z innych wydziałów, którzy nie mieli z Andrzejem nic wspólnego. Śledztwo po prostu szło w niewygodnym dla policji kierunku, dlatego przenieśli je gdzie indziej – skarży się pan Janusz.

Nagła zmiana frontu

Początkowo postępowanie prowadziła Prokuratura Rejonowa w Lublinie i to tam została przesłuchana mała grupa świadków – w tym najbliższych znajomych z pracy. Zapadła jednak decyzja o przeniesieniu sprawy do Prokuratury Rejonowej w Kraśniku, a na zasadzie pomocy prawnej kolejne przesłuchania odbywały się już nie w obecności prokuratora, a przez lubelskich policjantów.
– Śledztwo było drobiazgowo prowadzone, przesłuchano około stu sześćdziesięciu świadków, w żadnym momencie nie potwierdziły się doniesienia o mobbingu. Poruszona została jedynie kwestia tego, że z przyczyn organizacyjnych nie dostał urlopu. Poszedł na zwolnienie, przez co szefowie mieli do niego uzasadnione pretensje. Przydzielane mu były nawet łatwiejsze sprawy, a że był ambitny, być może nie udźwignął ciężaru tej pracy. W mojej opinii był to splot różnych czynników – tłumaczy Małgorzata Dziedzic, p.o. prokuratora rejonowego w Kraśniku.
Udało nam się jednak ustalić, że przynajmniej w kilku zeznaniach składanych w początkowej fazie śledztwa (prowadzonego jeszcze przez PR w Lublinie, a nie Kraśnik) przewijały się „problemy w pracy”. Jeden ze świadków przyznał pod przysięgą, że podczas ostatniej odprawy (6 października) nadkom. T. Kiecana, naczelnik wydziału, powiedział wszystkim, że Andrzej się do niczego nie nadaje i żeby uciąć plotki na jego temat, mężczyzna musi odejść (jego praca jest na poziomie komisariatu, a nie komendy). Mało tego, szef komisariatu policji w Lublinie przyznał też, że w październiku Kiecana chciał pozbyć się Andrzeja bez jego wiedzy – komendant również zeznał pod przysięgą, że naczelnik złożył wniosek o zamianę pracowników. Ten chciał najpierw spytać Andrzeja, czy faktycznie z 5 grupą zaszeregowania chce przyjść do pracy do komisariatu, a naczelnik miał wtedy odpowiedzieć „Andrzej nic o tym nie wie, to będzie problem”. Komendant zeznał, że jego zdaniem powodem samobójstwa mogły być problemy w pracy.
– Naczelnik chyba bał się, że po tych studiach Andrzej może zająć jego miejsce, dlatego mówił wprost, że on tu nie pasuje. Podobno dał mu czas do końca grudnia na znalezienie nowej pracy, ale przecież wszyscy wiedzieli, że nie może go ot tak zwolnić – mówi anonimowo jeden z lubelskich policjantów.
Czy o to chodziło? Niestety, z naczelnikiem Kiecaną nie udało nam się porozmawiać, przebywa na urlopie.

Chcą sprawiedliwości

– Oto do czego go doprowadzili. On się ich panicznie bał, sam mi o tym mówił. Pod koniec był już w okropnym stanie psychicznym. Kazałem mu iść do lekarza, nie patrzeć na nic. Tego dnia miał jedynie pojechać do Lublina po zwolnienie – z matką, na jeden dzień – mówi przez łzy ojciec mężczyzny. – Syn skończył prawo, poszedł do policji, by ścigać bandytów. Kochał ten zawód, był ambitny i honorowy. Oddał życie za policję.
Zażalenie na decyzję prokuratora wysłał do Komendy Głównej Policji w Warszawie i Prokuratury Krajowej. Podnosi w nim, że w toku śledztwa pominięte zostały istotne fakty, a naczelnik nękał jego syna. Prokurator ze Kraśnika, mimo umorzenia śledztwa, postanowił uwzględnić wniosek dowodowy złożony przez pełnomocnika rodziców. Na świadków ma powołać jeszcze dwie osoby, następnie wyda decyzję o ewentualnym wznowieniu postępowania.

Wojna z policją

Kilka lat temu policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Lublinie wystosowali list otwarty do mediów, w którym skarżyli się na panujące tam warunki. Pisali o terrorze, mobbingu i zastraszaniu ze strony przełożonych. Komenda wojewódzka nie dała wiary w autentyczność tego listu. Tak samo nikt nie uwierzył w mobbing ze strony przełożonych komendy w Rykach i wielu innych miast w Polsce. Czy uwierzą tym razem?
– „Tato, zobaczysz, to wszystko się wyjaśni” – to były jego ostatnie słowa. On wiedział, że nie podaruję, że zrobię wszystko i oddam wszystko, by dowieść prawdy i sprawiedliwości. Mnie już nic syna nie zwróci, ale może inne rodziny uratuje – zapowiada zrozpaczony ojciec. (pc)