Załatwiłam szerokie tory dla Chruszczowa Piękna fotografia.

To moja mama Maria Radzikowska. Zdała maturę u Urszulanek w 1918 roku i została jedną z pierwszych studentek na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Studiowała prawo i była bardzo zdolna, tak że prowadziła nawet wykłady dla studentów. A później takie nieszczęście…

Nieszczęście?

To nie historia do opowiadania. Smutna i osobista.
Trudno, ale przecież to Pani historia i nie ma się czego wstydzić.
Opowiem o moich dziadkach. Dziadek Antoni Radzikowski był inżynierem i miał betoniarnię przy ulicy Betonowej. Wszyscy kandydaci na mężów dla mojej mamy i jej siostry liczyli na wielkie posagi i się pomylili. Dziadek inaczej inwestował w swoje dzieci. Powiedział, że największy posag, to wykształcenie i naprawdę dobrze zadbał o wykształcenie swoich dzieci. Jego syn Zygmunt skończył politechnikę we Lwowie, drugi syn Janusz skończył studia w Warszawie, a moja mama, jak już mówiłam, na KUL-u. Ale synowie, mimo że później powyjeżdżali, zachowywali się bardzo ładnie, bo często przyjeżdżali, żeby ojcu pomagać w betoniarni i zawsze opiekowali się rodzicami. Dziadek należał poza tym do Towarzystwa Gimnastycznego Sokół. Na początku był skarbnikiem, a później naczelnikiem. Słyszał pan o Sokole?

To historia Lublina. Pamięta Pani dziadka?

Pamiętam, bo dziadkowie mnie wychowywali, ale najbardziej pamiętam moją ciotkę Aleksandrę z Radzikowskich Szymanowską, siostrę mamy, bo to ona się mną najbardziej zajmowała. Podczas okupacji miała pseudonim „Siwa”.
A mama?
Cóż tu opowiadać. Mama była bardzo zdolna i miała praktykę w sądzie w Krasnymstawie, a naprzeciwko miejsca, gdzie mieszkała, były koszary czy jakiś hotel dla wojskowych i ci wojskowi zawracali głowę młodym pannom.
I jeden zawrócił w głowie Pani mamie.
Zawrócił i mama zaszła w ciążę. I ta historia jest smutna, bo urodziłam się w marcu 1931 roku jako wcześniak w siódmym miesiącu ciąży.
To aż niemożliwe, że Pani żyje, bo w tamtych czasach, większość z takich dzieci umierało.
Wzięli mnie zaraz pod jakieś aparaty, a później przetransportowali mnie i mamę do Lublina, do szpitala szarytek, a mama miała jakieś komplikacje po porodzie.
A Pani tata?
Ten pan?!
Przepraszam.
Przyjechał do mamy i zrobił awanturę, że go oszukała, bo on chciał syna. Nawet nie dał sobie nic wytłumaczyć i zaraz go siostry wyrzuciły ze szpitala. Mama zmarła kilka miesięcy później, w listopadzie. Dlatego wychowywali mnie dziadkowie i ciocia Aleksandra, i po nich mam najwięcej wspomnień, bo nigdy się tym nie chwaliłam, ale na posesji moich dziadków w 1941 roku Polski Czerwony Krzyż zorganizował pijalnię tranu dla małych dzieci, a ciocia zaraz zaangażowała się w tę społeczną pracę. Początkowo przychodziło tam dwadzieścia dzieci, a później stopniowo ich przybywało. PCK dostarczało, oprócz tranu, mleko w proszku i kaszę, którą ciocia gotowała i rozdawała głodnym dzieciom. Trwało to kilka miesięcy, aż do sierpnia 1941 roku, kiedy to placówkę przejęła Rada Główna Opiekuńcza, która zorganizowała tam tak zwany punkt numer 3. Niewiele osób wie, że w Lublinie taka instytucja działała. Nowy punkt działał do 1944 roku. Ciocia pomagała dzieciom w wieku od dwóch do szesnastu lat, ale wiadomo, że nie były to jakieś sztywne granice. W pewnym momencie z pomocy tej placówki korzystało ponad pięćset dzieci. Przychodziły z Kośminka, z dzielnicy Za Cukrownią, z Wrotkowa i z ulicy Bychawskiej. Wtedy cioci przydzielono do pomocy siedem osób. Dwie kucharki, dwie pomoce kuchenne, dwie wychowawczynie i higienistkę.
A pani jako mała dziewczynka pewnie też w tym wszystkim pomagała?
Starałam się. Biegałam po leki i wszędzie, gdzie trzeba było coś załatwić, ale miałam też normalne dzieciństwo. O! Tu kąpię się z kuzynami w Bystrzycy. Chodziliśmy nad Bystrzycę w pobliżu toru wyścigów konnych. A z punktu pomocy pamiętam wiele. Mimo dostaw wciąż brakowało wielu produktów, więc ciocia chodziła, prosiła i załatwiała. Zwróciła się o pomoc do kierownictwa okolicznych fabryk. Dzięki temu cukrownia dotaczała cukier, krochmalnia wymieniała nadgniłe ziemniaki na dobre i dawała drzewo i węgiel na opał, a „rektyfikacja” dawała spirytus, który ciocia oddawała do PCK na jodynę. Poza tym młyn wojskowy przy Nowym Świecie dostarczał osypkę dla świń, które ciocia hodowała. Do tego pan Broniewski, dyrektor cukrowni, zaproponował, żeby od ludzi, którym cukrownia sprzedawała melasę, punkt dożywiania dzieci pobierał złotówkę za kilogram.
Tylko dzieci korzystały z pomocy?
Nie. Punkt dożywiał też ludzi przebywających w obozach przejściowych przy ulicy Krochmalnej, a tam ich liczba dochodziła do czterystu osób, czasem nawet do ośmiuset, więc punkt dożywiania musiał działać według ściśle określonego planu dnia. Rano gotowali śniadanie dla dzieci, a godzinę 13 zupę dla tych samych dzieci, a na godzinę 16 musiał być gotowy posiłek dla obozu przejściowego.
Siedem osób dawało radę?
Początkowo w dostarczaniu żywności dla obozu pomagały starsze dzieci, które przychodziły po posiłki, a później zgłosił się Jan Szafranek, gospodarz z Wrotkowa, który dostarczał wszystko swoim wozem.
Ale to był jednak obóz, więc mieliście tam wstęp?
Ciocia opowiadała, że bywało różnie. Kiedy poprzyjeżdżali, żandarmi niemieccy bili ustawiających się po jedzenie więźniów. Jednak ciocia porozmawiała z komendantem i później mogła z nim wiele załatwić dla tych więźniów. Dostarczała lekarstwa, zabierała opuszczone dzieci i chorych, których przewoziła do pogotowia RGO przy Lubartowskiej. Chorych zabierała no naszego domu, myła i przebierała, a później wiozła do doktor Zofii Wojciechowskiej i do szpitala Jana Bożego. To nie koniec, bo dożywiali też rosyjskich jeńców. Niemcy zatrudnili ich do sprzątania koszarów wojskowych przy Nowym Świecie. Pamiętam, że wywozili śmiecie do leju po bombie przy Krochmalnej i Betonowej i kiedyś żołnierz niemiecki, Polak z Bytomia, przyszedł zmarznięty do naszej kuchni i powiedział, że ma bardzo głodnych ruskich jeńców. Po tym zdarzeniu przychodzili codziennie jeść, a później po 1944 stopniowo uciekali z koszar i część z nich ukrywała się na strychu domu dziadków.
Mała Maria była tego wszystkiego świadkiem.
Wiele pamiętam, ale najbardziej utkwił mi obraz przywiezionych do nas ludzi, uwolnionych z Majdanka. W punkcie przy Betonowej zostali umyci, ubrani i zaszczepieni przeciw durowi brzusznemu i odwiezieni do szpitala Jana Bożego. Nie zapomnę ich widoku. Ludzie byli tak osłabieni, że z samochodów trzeba było ich znosić. Mieli rany z których wychodziły robaki. Niektórzy z nich byli w lepszym stanie i tych rozwozili po lubelskich wsiach. Pod koniec wojny zgłaszali się do punktu już wszyscy potrzebujący. W ostatnich dniach pobytu Niemców w Lublinie kolejarze donieśli, że na torach w bydlęcych wagonach są ludzie. Pochodzili z Wołynia, a Niemcy nie zdążyli ich wywieźć na roboty. Punkt numer 3 ich przyjął. Byli też ludzie, którzy uratowali się z Zamku lubelskiego, zgłaszali się też żołnierze AK po żywność i leki. I nagle wszystko się skończyło.
Rada Główna Opiekuńcza zamknęła punkt?
Sowieci zamknęli i to z hukiem. Piętnastego sierpnia o godzinie czwartej rano 1944 roku punkt został otoczony przez NKWD. Bojcy zaczęli plądrować obejście dziadków, ale na szczęście nie było już tam ludzi zwolnionych z obozów i żołnierzy AK. Bagnetami pruli poduszki, przewracali wszystko w szafach i na strychu, gdzie była żywność. Ale najgorsze, że zabrali ciocię. Nie dali się jej nawet ubrać. Była w szlafroku i ciapach. Wsadzili ją do samochodu i powiedzieli, że biorą ja tylko na godzinę. Zdążyłam jej wcisnąć w rękę kanapkę i ręcznik.
Pewnie ta godzina się przedłużyła?
Wróciła dopiero w 1947 roku. Jak tylko samochód z ciocią odjechał, zaczęli palić naszą bibliotekę. Babcię, która miała wtedy siedemdziesiąt lat, też zabrali, ale po przesłuchaniu ją wypuszczono. A ciocia, jak później opowiadała, została zawieziona do siedziby NKWD przy Chopina. Tam, z innymi więźniarkami, spędziła w piwnicy kilka dni, a później załadowano je na ciężarówki i zawieźli do obozu w Białej Podlaskiej. Po trzech tygodniach załadowano je do bydlęcych wagonów i cały miesiąc pociąg jechał do Moskwy. W Moskwie nie wiedzieli, co z nimi zrobić, więc zmarznięte i głodne, wozili od dworca do dworca. W październiku dowieźli ich do Riazania do obozu numer 330. Tam właśnie przetrzymywali ciocię aż do listopada 1947 roku. Po powrocie do domu ciocia długo chorowała i nie mogła nigdzie znaleźć pracy. Dopiero po śmierci Stalina w 1953 roku zaczęła pracę. Jak się dowiedziała, doniósł na nią sąsiad. Nazwiska nie powiem, ale później popełnił samobójstwo.
Opowiada Pani o życiu swojej ciotki Aleksandry. A Pani sobie jakoś życie poukładała?
Ciocia wróciła z Rosji, a ja uczyłam się w szkole Vetterów. Później zaczęłam pracę w „przemysłówce”. Fizyczną, bo z moim pochodzeniem w tamtych czasach trudno było o inną pracę. Sprzątałyśmy i robiłyśmy wszystko, co było potrzeba na budowach i tak to życie się układało.
A mężczyźni w Pani życiu?
Nikogo, kto by mi odpowiadał, nie spotkałam. Pracowałam i było mi dobrze, do tego pomagałam koleżankom i tak szło. Poza tym pracy było coraz więcej. W końcu awansowałam i załatwiałam różne sprawy, które pochłaniały mnie bez reszty. Kiedyś nawet leciałam samolotem z Warszawy do Krakowa, bo musiałam załatwić tory kolejowe dla Chruszczowa.
???
Chruszczow miał przyjechać do Polski, ale w Małaszewiczach był jakiś problem z torami. Wiadomo, że w Rosji były szersze, ale nie wiem czy o to chodziło. Fakt, faktem miałam załatwić szyny kolejowe. Wysłali mnie z pismami do ministerstwa w Warszawie. Poszłam do Domu Partii. Myślę, co ja tam załatwię, ale wiedziałam, że ministrem jest Kazio, mój kolega ze szkoły. Jak mnie zobaczył i dowiedział się, o chodzi, od razu powiedział, że wyśle mnie do Krakowa. No ale jak ja tam dojadę, żeby było szybko?! Wykonał kilka telefonów, przyjechał po mnie samochód wojskowy, zawieźli mnie na lotnisko i poleciałam do Krakowa. Tam od razu zabrał mnie drugi samochód i zawiózł do Nowej Huty. Miałam pisma od ministra, więc chodziłam tam wszędzie bez ograniczeń. Wszystko mi podpisali, szyny dostałam i w szybkim tempie zostały wysłane do Małaszewicz, a ja wróciłam do Lublina. Tak wyglądała później moja praca, więc jak miałam sobie je ułożyć? Przyzwyczaiłam się i to mi nie przeszkadzało.
A dziś?
Jestem zmęczona i mam wszystkiego dość, więc odpoczywam.
Życzę zatem zdrowia i dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Marcin Jaszak

Komentarze