…a radna Wcisło ukradła show

Tego, zwłaszcza w trakcie kampanii wyborczej, dawno nie było. Wiceminister Artur Soboń (PiS) I prezydent Krzysztof Żuk (PO) swystąpili razem I mówili, że mimo różnic politycznych “na górze” można się porozumieć i wspólnie zrobić coś dla lokalnej społeczności

Ten tydzień kampanii wyborczej zdecydowanie należał do lubelskiej radnej Marty Wcisło. Kandydatka Koalicji Obywatelskiej za cel postawiła sobie punktowanie słabości przekazu Prawa i Sprawiedliwości i nie można jej było odmówić konsekwencji. W dodatku w ten sposób potwierdziła się także żelazna zasada wszelkich kampanii wyborczych: o mandat nie walczy się z tak zwanymi przeciwnikami politycznymi, tylko z kolegami z tej samej listy wyborczej.


Wygadana radna

I trzeba przyznać, że na tle wyjątkowo biernych kandydatów KO radna Wcisło wykazuje dużą aktywność: najpierw zakłócając konferencję prasową kandydatów PiS: Andrzeja Pruszkowskiego i Krzysztofa Michałkiewicza, atakując ich za propozycję podniesienia płacy minimalnej do poziomu – jej zdaniem – zagrażającego opłacalności prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, a następnie powtarzając ten sam manewr wobec Jana Kanthaka, szefa gabinetu politycznego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i jego rzecznika prasowego, który choć mieszka w Gdańsku, kandyduje do sejmu z Lublina, z ostatniego miejsca na liście PiS.

Gdy deklarował on swoje wsparcie dla Grupy Azoty – radna Wcisło wręczyła mu… bilet do Tarnowa podkreślając, że w obecnej strukturze organizacyjnej to puławskie zakłady są eksploatowane na rzecz centrali w Tarnowie i Policach i to tam trafiają wypracowywane na Lubelszczyźnie zyski. Wyszło ostro, tym bardziej, że ani Kanthak, ani wspierający go kolega partyjny z Solidarnej Polski, Tadeusz Cymański wyraźnie zapomnieli języków w gębach i nie umieli sensownie odpowiedzieć wygadanej pani radnej.

Ponad podziałami

Nie wszędzie jednak było tak konfrontacyjnie. Świdnicki poseł i wiceminister Artur Soboń postanowił obniżyć temperaturę i pokazał, że można robić coś konstruktywnego ponad podziałami partyjnymi. Wspólne pojawienie się Sobonia i prezydenta Lublina, Krzysztofa Żuka (zresztą obu świdniczan) można uznać za moment wyjątkowo oryginalny w kampanii wyborczej. – Do 704,5 mln zł na transport i drogi z zarządzanego przeze mnie programu Polska Wschodnia dla miasta Lublina dołożyłem dzisiaj 34,4 mln zł. Pamiętam skąd jestem i jeśli mogę Lublinowi i regionowi pomóc, to różne poglądy polityczne nie mają nic do rzeczy – ogłosił Soboń. W podobnym tonie wypowiedział się Żuk.

– Są różnice polityczne, ale w sprawach najważniejszych dla miasta trzeba umieć się porozumieć. Dlatego dziękuję ministrowi Arturowi Soboniowi za zwiększenie dofinansowania dla Lublina o niebagatelną kwotę 34,4 mln złotych, dzięki czemu zrealizujemy bardzo ważne dla mieszkańców projekty transportowe, w tym zakup nowych trolejbusów i autobusów elektrycznych – stwierdził prezydent Lublina. A jeszcze kilka tygodni temu obaj panowie byli w ostrym sporze, kiedy wiceminister publicznie rozważał, czy unijnych milionów przeznaczonych na budowę w Lublinie dworca metropolitarnego nie lepiej by było przekazać na dokończenie budowy COZL i walkę z rakiem, co spotkało się ze zdecydowaną ripostą włodarza Lublina.

Nudy na pudy

Pozostałe partie jakoś nie umiały przebić ani dynamitu Wcisło, ani gestu Sobonia. PSL przedstawiło swojego poglądy na służbę zdrowia, podszyte jednak pewną dozą nieufności wobec partii, która przecież przynajmniej na Lubelszczyźnie przez niemal cały okres istnienia samorządu wojewódzkiego odpowiadała za sprawy medyczne – ze znanym, raczej kiepskim skutkiem.

Z kolei SLD obiecało cofnięcie ustawy dezubekizacyjnej tłumacząc, że okazała się ona niemal zabójcza, nie pozwalając byłym funkcjonariuszom bezpieczeństwa dojść swoich praw nabytych do świadczeń otrzymanych w związku z lojalną służbą wobec państwa polskiego. Słowem – żaden z pozostałych komitetów nie przebił się poza sztampę i szablon, zanudzający wyborców od początku tej kampanii, której rozstrzygnięcie wydaje się wyjątkowo jasne.

TAK