Afera urzędowa czy rodzinna?

Chełmianka zarzuciła mężowi pracującemu w chełmskim starostwie wykorzystywanie stanowiska do celów prywatnych. Przełożeni wszczęli wewnętrzną kontrolę, ale na listę nieprawidłowości, którą dostali od kobiety, patrzą ze sporym przymrużeniem oka. – To raczej rodzinna wojenka niż urzędowa afera – mówią o małżeństwie, które jest w trakcie rozwodu.

W czwartek do jednego z wydziałów Starostwa Powiatowego w Chełmie wpłynęło pismo z „prośbą” o przeprowadzenie kontroli. Autorka pisma poskarżyła na dwóch urzędników, w tym swojego męża, że wykorzystują swoje stanowiska do celów prywatnych. Zarzuciła im m.in. wynoszenie pieczątek służbowych po zakończeniu pracy, wykorzystywanie sprzętu i drukowanie dokumentów wykorzystywanych później do celów prywatnych, wykorzystywanie kontaktów z interesantami do organizowania prywatnych robót, a nawet wykorzystywanie dostępu do zasobów starostwa w celu „pozyskiwania drażliwych danych osobowych osób trzecich”.

Pismo poszło do wiadomości starosty, wicestarosty, organów kontroli skarbowej oraz do naszej redakcji. W piątek otrzymaliśmy z powiatu oficjalne stanowisko w tej sprawie.
– W związku z otrzymanym pismem (…) i zarzutami jakie w nim padły pod adresem pracowników Starostwa Powiatowego w Chełmie, Wydział (…) informuję, że w dniu 27 kwietnia zostały wszczęte procedury kontrolne. Pracownicy wydziału zostali urlopowani na czas kontroli. Przewidziany termin zakończenia postępowania kontrolnego przewidziano na dzień 10 maja br. Po tym terminie poinformujemy Państwa o wynikach kontroli – pisze Tomasz Szczepaniak, wicestarosta chełmski.

Po cichu urzędnicy mówią, że żadnej afery nie ma. Bo pieczątki zamykane są w szafie, a klucze zdawane pod nazwiskiem u portiera. System komputerowy, wprowadzony jeszcze w 2015 roku, wymaga logowania, by wejść do bazy danych i z niej korzystać i nawet po latach można sprawdzić, kto, kiedy i w jakim celu to robił. Poza tym w pokoju, w którym pracuje urzędnik, jest kilka innych osób, które od razu zauważyłyby, gdyby do jakichś nieprawidłowości dochodziło. Zdaniem urzędników to raczej „wojenka” małżeństwa, które jest w trakcie rozwodu.

Dlatego, aby ta „wojenka” nie odbiła się rykoszetem na rodzinie zwaśnionego małżeństwa, celowo nie podaliśmy ani nazwy wydziału, którego dotyczy sprawa, nazwiska urzędnika ani skarżącej go małżonki, chociaż wyraziła nam na to pisemną zgodę. Bogumił Fura