Australia oczami chełmianki

Wszystkie pieniądze zebrane w tegorocznej akcji w australijskich sztabach WOŚP w Sydney, Melbourne i Perth zostaną przekazane ofiarom pożarów w Australii

– Życie emigranta to niełatwa, ale fascynująca przygoda – mówi pochodząca z Chełma Żaneta Branch, od 12 lat mieszkająca w Australii. Jej codzienność to „żonglowanie” opieką nad córeczkami, pracą na międzynarodowym lotnisku w Sydney i pisaniem bloga „Polka w Australii pisze”. Ostatnio tematem numer jeden na jej fejsbukowym fanpagu są pożary trawiące południowo-wschodnie wybrzeże Australii. Swoimi spostrzeżeniami na ten temat, a także ciekawostkami z życia na dalekim kontynencie Żaneta podzieliła się z Czytelnikami „Nowego Tygodnia”.

Magdalena Hawryluk: – Jakie było Twoje dzieciństwo w Chełmie? Co najbardziej zapadło w Twojej pamięci, co najcieplej wspominasz?

Żaneta Branch: – Ukończyłam „Czwórkę” czyli Szkołę Podstawową nr 4. W zimie chodziliśmy zjeżdżać z „sybirówy” za szkołą, w lecie jeździliśmy rowerami po pobliskim Borku. Najcieplejszy uśmiech i głos mojej wychowawczyni pani Agaty Farjan pamiętam do dziś. Poczciwy starszy pan sprzedawał nam słodycze i żarty dla dorosłych w sklepiku na najwyższym piętrze. Gdy jestem w Chełmie, lubię wpadać na starych znajomych z podstawówki, choć zdaje się, że niewielu z nich wciąż tam mieszka. Kolejne cztery lata spędziłam w IV LO. Ogromne kasztanowce zasłaniały nas, gdy z dziewczynami uciekałyśmy na wagary na „górkę”. Chodziłam do prawie żeńskiej klasy, miałyśmy w niej tylko dwóch chłopaków. Wciąż nie wiem, czy nazwać ich biedakami czy szczęściarzami. Na studia wyjechałam do Warszawy, gdzie przez 5 lat studiowałam dziennie filologię polską na Uniwersytecie Wyszyńskiego.

MH: – Czy od dziecka marzyłaś o podróżach, pracy w lotnictwie? Co było Twoją pasją?

ŻB: – Dobrze by brzmiało, gdybym powiedziała, że od dziecka marzyłam o podróżach i pracy w lotnictwie, ale tak nie było. Większość zdarzeń w moim życiu to przypadek lub szczęście, a może przeznaczenie. Od dziecka jednak pisałam. W podstawówce pisałam koleżankom wypracowania. Dla nich to były męczarnie, a ja mogłam pisać bez końca. W liceum byłam największym kujonem z polskiego i czytałam lektury ponadprogramowe. Na studiach żyłam gdzieś pomiędzy czytelnią na warszawskiej Starówce a najlepszymi w mieście imprezami na AWF-ie. Pisanie zawsze mnie pociągało i wciąż je uprawiam, piszę o życiu w Australii na fejsbukowym fanpagu „Polka w Australii pisze”.

– Kiedy wyjechałaś do Australii i dlaczego zakotwiczyłaś tam na stałe?

– Ukończyłam studia i postanowiłam wyjechać z Polski, żeby pozwiedzać, nauczyć się dobrze angielskiego i „pożyć” trochę, zanim wrócę do Polski i zacznę dorosłe życie ze stabilną pracą. Australia była przypadkowym wyborem i zupełnie niespodziewanie tak mnie wciągnęła, że z tych dalekich wakacji wciąż po 12 latach jeszcze nie wróciłam.

– W tym czasie zbudowałaś wspaniałą rodzinę. Opowiedz o swoich bliskich.

– Mój mąż to Australijczyk, urodzony na południu Australii i jako dziecko podróżujący z rodziną po całym kontynencie ze względu na pracę ojca, który zajmował się naprawianiem wież telekomunikacyjnych. Jego dziadek był wysoki, silny i miał ogromne dłonie. Jako drwal wygrywał wszystkie konkursy dla drwali w okolicy. Po nim mąż „odziedziczył” swoje imię, Lionel. Mamy dwie córki, idealne mieszanki polsko-australijskie. Choć bez skrzywienia się wcinają jakże paskudne w smaku australijskie smarowidło Vegemite, uczą się pisać i czytać po polsku, żeby kontakt z babcią i wujkami nie ograniczał się do grzecznościowych wymian poprawnych gramatycznie zdań na skajpie.

– W ostatnich tygodniach cały świat żyje doniesieniami o pożarach w Australii. Widzimy setki dramatycznych fotografii. Na bieżąco relacjonujesz o sytuacji pożarowej na swoim blogu. Jak oceniasz te wydarzenia jako ich świadek? Jaka pomoc jest Australii teraz najbardziej potrzebna?

– Sezon pożarowy zaczął się w ubiegłym roku dużo wcześniej niż zazwyczaj. Pierwsze pożary zaczęły się bowiem już we wrześniu. Choć pożary są stałą australijskiego klimatu, w tym roku są wyjątkowo intensywne. Spowodowane jest to głównie trwającą już od siedmiu lat suszą, a zainicjowane w większości przypadków uderzeniami piorunów. Mieszanka wysokich temperatur i silnych wiatrów sprawia, że pożary są trudne to opanowania. Sytuacja w tym roku jest wyjątkowo dramatyczna, niestety jednak niektóre polskie media jeszcze bardziej tę sytuację wyolbrzymiły. Należy pamiętać, że Australia to ogromny kontynent, a pożary trawią jedynie jego południowo-wschodnie wybrzeże. Wciąż warto przylecieć do Australii i doświadczyć wyjątkowego piękna, którego ten kraj ma wciąż aż nadto. Mieszkam w Sydney, które oprócz obrzeży na skraju parków narodowych, jest całkowicie bezpieczne. Największą niedogodnością w Sydney jest smog, który utrzymuje się już od wielu tygodni.

– Twój blog czytają tysiące osób. Jakie jeszcze ważne tematy poruszasz na swoim funpagu?

– Swój fejsbukowy fanpag „Polka w Australii pisze” nazywam moim trzecim dzieckiem, bo to bardzo czasochłonny projekt. Piszę na nim dużo o świadomości kulturowej i życiu w Australii. Jestem emigrantką mieszkającą w odmiennym kulturowo kraju, moja codzienność obfituje w tego rodzaju spostrzeżenia. Widzę jak nowoczesna, silna, bogata i błyszcząca powierzchowność Australii zakłócana bywa niespokojną historią jej rdzennych mieszkańców, brakiem polityki klimatycznej i innymi szalenie istotnymi problemami, i jak niezręcznie sobie z nimi nie radzi.

– Jak często odwiedzasz Polskę? Za czym najbardziej tęsknisz?

– Do Polski latam najczęściej, jak mogę. Rzeczywistością emigrantów w Australii nie jest jednak zrywanie rosnących na palmach dolarów, jak wciąż może się niektórym wydawać, więc często stoimy przed wyborem czy zainwestować w remont starej kuchni, czy odwiedzić rodzinę w Polsce, czy w końcu odwiedzić Nową Zelandię, czy odwiedzić rodzinę w Polsce, czy naprawić stare auto czy… Australia jest bardzo daleko, bilety są drogie, a taki wyjazd dla czteroosobowej rodziny to duży wydatek dla przeciętnej rodziny. Do tego dochodzi trudna zwłaszcza dla dzieci zmiana czasu, jak również świadomość posiadania jednego urlopu w roku, pytająca, czy oby na pewno chcemy spędzić każde wakacje w Polsce, podczas gdy cały świat czeka, żeby go zobaczyć. To wszystko sprawia, że wakacje w Polsce okazują się sporą żonglerką logistyczną. Niemniej jednak zawsze wartą kilku nieprzespanych nocy. Zawsze gdy jestem w Polsce odwiedzam Warszawę, Zamość, w którym się urodziłam, Lublin i Kazimierz Dolny, który uwielbiam za magiczny klimat. Większość jednak czasu zawsze spędzam w Chełmie. Zachwycam się jedzeniem w Pstrągowie, zajadam się mini pizzami od „Greli”, spotykam się ze znajomymi, szlifuję z dziećmi polską wymowę, tyję od pysznych włoskich lodów przy studni. Lubię dreptać po kocich łbach na Lubelskiej, lubię bijące dzwony, lubię delikatne promienie słońca, które nie parzą skóry. Właśnie zarezerwowalam bilety na kolejny przylot w lipcu.

– Jak wygląda Twoja codzienność w Australii? Opowiadasz dzieciom o ich polskich korzeniach?

– Moja codzienność to żonglowanie opieką nad cztero- i pięciolatką, pracą na lotnisku i pisaniem. Pracuję dla drugich największych linii lotniczych w Australii na lotnisku międzynarodowym w Sydney. Często spotykam w pracy Polaków podróżujących po świecie. W Sydney również mieszka ich bardzo wielu. Choć mieszkam 14 tysięcy kilometrów od ojczyzny, przez lata stworzyłam sobie na tym dalekim kontynencie świat kipiący polskim klimatem. Czytamy z dziećmi po polsku, codziennie rozmawiamy na skajpie z babcią, mamy polskie koleżanki, gotujemy kapuśniaki, pieczemy makowce, a ostatnio na Święta mąż Australijczyk ulepił 60 pierogów. Życie emigranta to fascynująca, choć niełatwa, przygoda.