Brzmienia pod rygorem…

W koncertowym namiocie, mimo obowiązujących obostrzeń, bawiono się doskonale

Przeżyliśmy w Lublinie 13. edycję Festiwalu Wschód Kultury – Inne Brzmienia (3-6 września 2020). I już to stanowi o sukcesie imprezy w stanie reżimu sanitarnego, gdy ilość zakażeń wirusem w mieście stale rośnie. Festiwal przyniósł nie tylko oryginalne brzmienie z estrady, lecz również wiele wydarzeń pobocznych.


Największy udział miała tu jak zwykle muzyka. Ogromny biesiadny namiot na błoniach, pod nim skromna scena a wokół leżaki, był miejscem 17 koncertów, do tego 3 transmitowanych online, w ciągu 4 dni. Poprzednie edycje IB realizowały 20-25 koncertów live.

3 września inno-brzmieniowe popisy rozpoczął zespół Hańba. Ich dźwiękowy performance porywał niewielu słuchaczy – to rzadko spotykana, sielska wersja „punk-rocka” na akordeon, banjo, tubę i… grzebień. Po ich występie klimat buntu w muzyce, przynajmniej dzięki tekstom piosenek, kontynuowali niezawodnie punk-dinozaury z zespołu 1984.

Zjawiskiem pierwszego wieczoru okazał się kwintet Javva. Ci uznani stołeczni muzycy wyrośli na korzennym jazzie, a dziś nie stronią od awangardowych brzmień. Tutaj sprytnie łączyli egzotyczne rytmy Afryki i Orientu z rockiem, muzyką psychodeliczną czy nois. Tym samym Javva dała wyraz swoim „mikro-psychozom muzycznym”, jak sami o sobie piszą.

Piątkowy wieczór (4.09) na scenie IB naznaczyły trzy podmioty wykonawcze. Najpierw Barbara Morgenstern (Niemcy) reprezentująca w jakimś sensie poezję śpiewaną (po niemiecku) Innych Brzmień ze wsparciem pulsującej elektroniki, jej własnej.

Tę brzmieniową „łagodność” wkrótce zastąpiło alternatywne brzmienie, przejmujący wokal i wulgaryzmy – na szczęście w języku angielskim. Spontaniczną dzikość punk-rocka wniósł oto na festiwal gdański kwartet Trupa Trupa, a swą poetycką traumę wykrzykiwał ich leader Grzegorz Kwiatkowski.

Później prawdziwy etno-show zapewnił widzom koncert Dengue Dengue – pod tą nazwą kryli się dwaj didżeje z Peru. Kryły ich również dziwne rytualne maski (długie brody i frędzle). Generowali ze swych urządzeń ekscytujący rytm podbity silnym uderzeniem elektro-basów. Transowy klimat dopełniały fantasmagoryczne projekcje w tle sceny – jakaś prekolumbijska etnografia tego obszaru Ameryki Łacińskiej.

Dużo wcześniej na tejże scenie zagrały polskie składy: Złote Twarze Live Band – niezwykle subtelne jazzowe brzmienia, oraz Gaijin Blues – egzotyczne dźwięki miksowane również przez 2 didżejów, z Wrocławia.

Sobotnie koncertowanie

…zdominował popis Ayoub Houmanna&Nomads Moods (Maroko/Polska/USA). Ten kolektyw: gitarzysta, basista i bębniarz miał znakomite wsparcie. Zapewniał je wirtuoz harmonijki z Lublina Bartek Łęczycki. Ten kwartet miał na rozkładzie dobrze znane covery różnych gatunków. Wnieśli na scenę jakąś niesamowitą energię – to fuzja rocka, bluesa, etno i funk – która podniosła publiczność z leżaków. Sprawił to mix utworów granych w podobnej tonacji, z zupełnie innych stylów muzycznych, jak: Led Zeppelin, Breakout, Eurytmics.

Wigorem nie dorównał im nawet 10-osobowy Nubiyan Twist z Londynu. Ci, okrzyknięci gwiazdą festiwalu, zagrali dość przewidywalny melanż: afro-beat, reggae, soul – acz równie gorąco przyjęty przez słuchaczy. W obu przypadkach publiczność rwała się do spontanicznych tańców, które w końcu były mitygowane ze sceny przez konferansjera. Bez skutku. Chwilami przed sceną w pląsach uwijała się blisko setka ludzi.

Zanim co, ten wieczór zapoczątkowali rodacy: Izzy and the Black Trees, a następnie kolektyw MU – Tymon Tymański z zespołem, bez rewelacji. Trzeci dzień festiwalu zakończył występ RAT KRU (Polska) – kolejni dwaj didżeje, tym razem rapujący i pląsający do dość infantylnej muzyki elektro. Niczym specjalnym nie zadziwili.

Zadziwił natomiast mega spektakl błyskawic na niebie i strugi ulewnego deszczu w trakcie burzy około godziny 23. To jednak nie zakłóciło przebiegu imprezy.

Bielizna do spania

Ostatnia odsłona festiwalu (6.09) przyniosła ciekawe zestawienie wykonawców. Daniel Spaleniak z zespołem zagrał wyrazisty acz liryczny rock na progu psychodelii – w sumie bardzo mroczny, tym gorzej, że na zaciemnionej scenie.

Klasą dla siebie i pozostałych wykonawców był zespół EABS. To tylko 6 muzyków, a jakby big-band grał… Raz proponowali bardzo dobitny rytmicznie jazz: aktywny i zaczepny, nacechowany niską tonacją, eksperymentowali brzmieniowo na poszczególne instrumenty. Po chwili koncert przechodził w klimat łagodnej fiesty. I można było przy tym popłynąć w krainę pełnej harmonii…

A na dobranoc gości festiwalu pożegnała Bielizna. Trójmiejski zespół słynie z bardzo oryginalnych, nawet skandalicznych tytułów swych piosenek. Kompletnie odlotowa bywa również ich treść. Strofy te pisze od 40 lat Jarek Janiszewski – bardziej tekściarz i narrator niż wokalista, rozbrajająco szczery dowcipas. Grupa wróciła do Lublina po wielu latach nieobecności, co bodaj tylko dla starszych fanów stanowiło jakiś argument. Cóż, nawet ich brzdąkającą alternatywą rock-and-rolla udało im się niemal uśpić ostatnich widzów tego wieczora.

Inne akcenty Innych Brzmień

Oprócz koncertów mieliśmy 4 wystawy, 8 spotkań artystyczno-literackich, 4 pokazy filmowe. Również warsztaty muzykowania i koncert dla dzieci Małe Inne Brzmienia. Był „Wschodni Expres” – cykl spotkań i debat z pisarzami i intelektualistami z krajów Europy Wschodniej, oraz seria wydawnicza Warsztatów Kultury, związana z festiwalem. Licznie prezentowała się literatura ukraińska, poezja białoruska i łotewska. Portfolio wydawnictwa rozrosło się o 5 nowych tytułów: Artem Czech „Dzielnica D”, Mark Liwin „Riki i drogi”, Siarhiej Pryłucki „Patriotyzm dla opornych”, antologia poezji łotewskiej „Wszystkie ptaki, co we mnie” oraz Ołeh Sencow „Marketer”.

Mocno ucieszyła kinomanów projekcja filmu tegoż autora „Numery” (koprodukcja: Ukraina/Polska/Francja/Czechy) w patio Warsztatów Kultury. To w ramach projektu Move East Movie i warto było zobaczyć inne seanse tego cyklu. Wschodnioeuropejska kinematografia dziś coraz śmielej budzi się z postreżimowego letargu i stanowi ciekawą alternatywę dla kina Zachodu, Azji czy Ameryki. Filmowa podróż w te rejony dostarcza wiele świeżości, ujawnia nową, niespotykaną dotąd perspektywę życia za wschodnią granicą UE.

– Inicjując w 2014 roku cykl Move East Movie, chcieliśmy ukazać współczesne życie mieszkańców krajów Partnerstwa Wschodniego oraz zainteresowania tamtejszych środowisk filmowych – podsumowuje tę warstwę imprezy Agata Fijuth z Warsztatów Kultury.

Zapewne ranga 13. Festiwalu Wschód Kultury – Inne Brzmienia byłaby dużo wyższa, gdyby nie reżim obowiązujący dla imprez masowych: w tym przypadku 800 osób. Tłoku nie było i należy dziękować organizatorom, że festiwal w ogóle się odbył. Rozkapryszone dziś społeczeństwo źle znosi restrykcje sanitarne: formularze, pomiar temperatury czy maseczki. Te ludzie nakładali przy wejściu na wezwanie ochrony, by po kilku krokach chować je do kieszeni. W namiocie 90% widzów nie zakrywało nosa i ust, dystans społeczny nie istniał – zwłaszcza tuż przed sceną. Plakaty apelujące o to oraz prośby konferansjerów imprezy w tej kwestii były traktowane pro forma.

Złą praktyką okazało się „obrączkowanie” medialnych gości imprezy kolorowym paskiem aż na 4 dni. Trwałość takiej wejściówki już po kilkakrotnym myciu rąk, nie mówiąc już o kąpieli, jest krótka. Skargi znalazły potwierdzenie u ochrony festiwalu.

Dominowała atmosfera pikniku, w której spora część gości spędziła tegoroczny Festiwal Wschód Kultury-Inne Brzmienia przy sponsorskim piwie w pozycji leżakowania.

Na organizację Festiwalu przez Warsztaty Kultury w Lublinie w tym roku miasto przeznaczyło 405 tys. zł. W 2019 r. koszt ten wyniósł 1,1 mln zł.

Marek Rybołowicz