Desant na salę operową

Na zakończenie 10. edycji Festiwalu Tradycji i Awangardy Muzycznej „Kody” wystąpił słynny zespół Laibach

Dźwiękowy rollercoaster zafundowali organizatorzy widowni tego wydarzenia. Od „Bogurodzicy”, poprzez poemat muzyczny Griega i „Odę do Radości” po niewybredny hit „Life is Life” – któż przedstawił taki mix repertuaru? Na zakończenie 10. edycji tego festiwalu (12 maja 2018) wystąpił słynny zespół Laibach. Obok nich na wielkiej scenie Centrum Spotkania Kultur symfonicy i chór zza wschodniej granicy. Budżet tego przedsięwzięcia to około pół miliona zł.


Lwowska Orkiestra Symfoniczna rozpoczęła koncert zaskakująco – słychać motyw „Bogurodzicy” grany przez skrzypce i wiolonczele. Ów wspaniały hymn gregoriański nadaje niejako bogo-ojczyźniany charakter spektaklu – tak chyba należy mówić o tym koncercie. Zaczyna się „Sinfonia Sacra” dająca bazę temu wydarzeniu. Jej autorem jest Andrzej Panufnik, polski kompozytor i dyrygent (1914-91), który większość życia spędził na emigracji.

Jego pełen harmonii utwór (skomponowany na millenium chrztu Polski, 1966) w sali operowej CSK brzmi jednak inaczej. Stopniowo przechodzi w tony niepokojące, nawet groźne. To za sprawą grupy słoweńskich muzyków, którzy za chwilę wejdą na scenę, w tym Luka Jamnik – kompozytor utworu „Polonia” zamówionego przez Instytut Adama Mickiewicza w ramach programu obchodów 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

Orkiestra trwoży słuchacza ostrym brzmieniem z przewagą bębnów, kotłów – te pracują tutaj ponad wszelką miarę, chwilami porównywane z atakiem bombowym.

Symfoniczny sznyt spektaklu trwa do chwili, gdy na scenę spowitą mrokiem wchodzi Milan Fras, wokalista Laibach. Charakterystycznie dla siebie ubrany, w czapce żołnierza zaczyna recytować znajome frazy.

„Brothers and sisters!” – płynie tekst tłumaczony na telebimie. – „Obywatele: robotnicy, chłopi, inteligenci zwracam się do was wszystkich w godzinie próby jako żołnierz, byście udowodnili, że jesteście warci Polski!” To tylko tweet’owy skrót długiej przemowy Jaruzelskiego z grudnia 1981 – tutaj na tle pulsujących syntezatorów „fabryki Laibach”.

Wielki ekran wypełnił obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i zabrzmiała „Kyrie Eleison” – tak oto rozpoczął swój występ Kameralny Chór „Gloria” – jego jasna barwa głosów wkrótce ginie w mroku niskich tonów. A do tego owe znamienne słowa papieża Jana Pawła II.

„Musicie wymagać od siebie”

…skanduje po wielokroć Fras, a później każe nam, jako narodowi, spojrzeć w głąb siebie samych, już w takt muzyki, która niesie rewolucyjne brzmienie. To mocna lekcja dla Polaków. Tak kończy się pierwsza część tego dzieła.

Później nastrój grozy wyrażanej głośną muzyką już tylko rośnie. Orkiestra symfoniczna pozostaje gdzieś w tle, Laibach dominuje w przestrzeni swą elektroniką i katastroficznym głosem wokalisty – jak z krypty. Dołącza do niego Mina Špiler – jedyna kobieta w zespole. Śpiewa równie szorstko, lecz nieco cieplej w trudnych językach, m.in. po norwesku.

Tę część spektaklu kończy chóralne forte z „Odą do radości”– finałową kantatą IX symfonii Beethovena, oczywiście w aranżacji Laibach. Cóż, słyszymy tu i nuty nastrojowe, jednak przeważa nastrój grozy i destrukcji.

„Polonia” to synteza kilku innych dzieł klasyki. W pierwszej części koncertu można było usłyszeć m.in. „Olav Tryggvason Poem” na podstawie opery Edvarda Griega. Dalsze części wieczoru były coraz większym wyzwaniem dla uszu. Laibach grał bardziej rytmicznie, chwilami na modłę hip-hopu, niemal do tańca. Słyszeliśmy partie dzieła śpiewane przez oboje solistów po niemiecku, angielsku, słoweńsku, ale i po polsku: jak „Warszawskie dzieci…” – pieśń z muzyką Andrzeja Panufnika i słowami Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, co wzbudziło zasłużoną owację widowni.

Forteca CSK drży od dźwięku

Od 4 dekad przemawiają tym samym, bezkompromisowym językiem muzycznym. Widz nie mógł więc oczekiwać, że w koncercie „Polonia” zrezygnują z hard rocka à la Rammstein. Jednak zestawienie ich bojowego brzmienia oraz muzyki symfonicznej na jednej scenie było zabiegiem ryzykownym, zwłaszcza, gdy różnorodności te spinał w całość tytuł dzieła – słowo „Polonia” niesie wszak określone konotacje…

Czy premierowe wykonanie koncertu inspirowanego dziełem „Sinfonia Sacra” powiodło się? Czy jego autor, srogo doświadczony w latach PRL, byłby usatysfakcjonowany tą interpretacją? Swoją milenijną symfonię Panufnik napisał na emigracji. Skomponował ten utwór na zamówienie Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku dla uczczenia w roku 1966 1000-lecia chrześcijaństwa i państwowości w Polsce. To było jednak pół wieku temu.

Polacy nie darzą autora „Sinfonia Sacra” szczególnym poważaniem. Szczyt jego kariery miał miejsce w Anglii, bez należytej promocji autora w Polsce. W tamtych kręgach Panufnik jest uważany za patriotę i jednego z najważniejszych kompozytorów XX wieku.

Ciekawe, jak by zareagował na fakt, że wykonania jego dzieła podjął się zespół komentujący muzycznie wszystko w antysystemowy sposób. Laibach od 1980 roku występowali w byłej Jugosławii. Muzycy grający ostry, industrialny rock daleki od form symfoniki, poniekąd nie wiedzieli, w jak czułą strunę uderzą… Być może to zespół kultowy na niwie muzyki alternatywnej, lecz dla wielu znany bardziej z kontrowersji, jakie budzi jego stylistyka, niż z samej twórczości.

Grupie z Lublany nieraz przypisywano propagowanie nazizmu. Narodowe Centrum Kultury „sprawdziło” to jednak, nim Laibach zgodził się nagrać płytę „1 VIII 1944” na 70. rocznicę powstania warszawskiego. Widać weryfikacja okazała się pozytywna skoro „Warszawskie dzieci” w szorstkim wykonaniu zespołu można było usłyszeć podczas koncertu w CSK.

Później ponownie święcił triumf retro-awangardowy rock Słoweńców. Zespół dał koncert-spektakl w swoim stylu. Dalsza jego część dała przegląd najbardziej znanych utworów grupy, m.in.: „Death for Death”, „Now you will Pay”, „Tanz mit Laibach”, „The Whistleblowers”, a na koniec wieczoru zabrzmiał, już lekki popowy hicior „Life is Life”.

To jest spektakl – a więc dużo dla oczu, na dużym ekranie. Imponowały tu surrealistyczne wizualizacje, przeważnie w czerni i bieli, o treści dopełniającej monumentalne brzmienie. Polskie orły, krzyże i miecze, stare zdjęcia i motywy martyrologii narodu mają zapewnić słuchaczom patriotyczne konotacje. Czy jednak to wszystko przywołuje ideę niepodległości Polski?

Są mega-efekty świetlne, odczuwalne co i raz kłuciem jupiterów w masyw widowni. Pewnie to i nic nadzwyczajnego, skoro i tak największe doznania są tutaj dziełem dźwięku. Ten sprawia, że większość ludzi wyszła po koncercie w uniesieniu, być może spełnieniu. Inni zaś wynieśli głowy obolałe od nadmiaru decybeli.

Jak to się nam podobało?

Fani zespołu z pewnością wyszli po spektaklu zadowoleni. Czy jednak wszyscy?
– Natężenie dźwięku i pulsujące światła zwiastowały jakby nadchodzącą wojnę, panował chaos brzmienia – i takie wypowiedzi notujemy w foyer już po występie Laibach. Ktoś uzasadnia, że przy tym poziomie wibracji nie bardzo mógł skoncentrować się na treści owego muzycznego performanc’u.

Organizatorzy dowodzą, że wcale nie było za głośno. Czy to jednak przekonuje, skoro „forteczne” mury CSK drżały od siły dźwięku?

Piotr Diehl – filozof, edytor, fotograf, a tkaże Katarzyna Krajewska przyjechali na ten wieczór z Warszawy. – Dla mnie Laibach tutaj nie byli sobą, dusili się w formule wyznaczonej orkiestrą symfoniczną i chórem. Wielka sala CSK była zbyt ciasna na potrzeby ich grania – mówi mężczyzna. – Poziom dźwięku zakłócał odbiór istotnych detali tego widowiska – dodaje kobieta. Ich zdaniem do takiej formy spektaklu bardziej pasowałby stadion lub duża hala.

Po koncercie członkowie zespołu tłumaczyli się nieco z tego przedsięwzięcia. – Trudno nam było ingerować w utwory Panufnika, kompletne już w swojej formie. Są one na tyle wspaniałe, że nie należy do nich nic dodawać. Jedynie inspirujemy się nimi, dokładamy coś od siebie, co znosi barierę między orkiestrą i elektroniką, zachowując przy tym temat i wydźwięk kompozycji – twierdzą muzycy. Nie lubią używać nazwisk, nawet swoich imion przedstawiając się jako byt zbiorowy – Laibach.

Na spotkaniu tym głos zabrał również Jeremy Panufnik: – Mój ojciec nie chciałby tego, by jego muzykę wyciągnięto z kontekstu. Czy „Polonia” spodobałaby mu się? Nie. Sam przecież uciekł z miejsca, gdzie chciano włożyć jego twórczość w pewne ramy. Ale dziękuję za to przybliżenie Andrzeja Panufnika szerszej publiczności. I za szacunek dla jego dzieła – mówił do twórców wydarzenia.

Czyż to nie piękne?

…słoweński Laibach, w towarzystwie ukraińskich muzyków i chóru „Gloria” ze Lwowa, pod batutą belgijskiego dyrygenta Filipa Rathé, w utworze aranżowanym przez Álvaro Domíngueza Vázqueza z Katalonii dla uczczenia odzyskania przez Polskę niepodległości – komentuje Mirosław Haponiuk, dyrektor OMIT Rozdroża. W tym sensie hasło festiwalu: „rozdroża” stało się uniwersalną figurą kulturowych wpływów i spotkań. Wraz z komisarzem festiwalu – jest nim znany kompozytor Jerzy Kornowicz – podkreśla, jak ważne dla nich i koneserów takiej muzyki były owe 4 dni pełne dyskusji, projekcji filmowych i wydarzeń muzycznych, jak choćby występ „Aukso” – orkiestry kameralnej z Tychów, dającej koncert z pogranicza wschodniej duchowości i tradycji muzycznej Zachodu. To również „Harmonie” sekstetu wokalnego pro modern, o wielkiej kulturze brzmienia i doborze pieśni. Na ich występ złożył się m.in. legendarny „Stimmung” Karlheinza Stockhausena – traktat o zestrajaniu się dźwięków, ludzi i świata czy wreszcie koncert – tryptyk: Radical Polish Ansambl to skrzypkowie o proweniencji klasycznej i tradycyjnej, którzy w foyer CSK zagrali „Combatimento” – zestawienie struktur i ekspresji z polskiej muzyki tradycyjnej oraz tej z XX.

Z kolei za kulisami sceny operowej miał miejsce występ Małgorzaty Walentynowicz. Ta pianistka multi-klawiaturowa przywołała w repertuarze trzy znaczące postaci kompozytorów: Michaela van der Aa, Matthiasa Kranebittera i Joanny Bailie.

Na koniec w sali kameralnej CSK wystąpił Hubert Zemler – perkusista łączący wiele stylów muzycznych i Wiktor Podgórski transformujący jego granie w „dźwiękobrazy”. Punktem wyjścia dla ich sztuki był film „Orient-Occident” (1960, reżyser Enrico Fulchignoni) ukazujący wzajemne przenikanie się kultury klasycznej i Orientu.

Marek Rybołowicz