Dzieje klątwy

Po artykule dotyczącym historii mecenasa Wacława Bartkowicza, który ukazał się w „Nowym Tygodniu”, na przełomie stycznia i w lutym br., jego córka, pani Maria Stokowska, poprosiła o uzupełnienie rodzinnej historii, związanej z decyzją wstąpienia jej ojca do klasztoru.


– „Dostałam wiele listów i telefonów od rodziny i znajomych z pytaniami, dlaczego ukryłam prawdziwy powód wstąpienia mojego ojca do klasztoru. Byłam bardzo zaskoczona, że po tylu, latach tak wiele ludzi o tym pamiętało – napisała w liście do redakcji. – „Po opuszczeniu seminarium przez mojego ojca mój dziadek obłożył klątwą zarówno jego, jak i też potomstwo, do siódmego pokolenia włącznie. Obrzędu dokonał w domu przyszłej teściowej syna, przy zapalonych gromnicach, według jakiegoś średniowiecznego rytuału. Jestem więc jednym z dzieci wyklętych. Ojciec zaczął studiować prawo na KUL-u, z samymi ocenami celującymi, założył rodzinę, rodziły mu się zdrowe, udane dzieci, ale myślę, że gdzieś, w podświadomości, cały czas tkwiło to wydarzenie, o którym usiłował zapomnieć (…). Po zastrzeleniu mojego brata Władka i śmierci mamy, najstarszy brat i siostra znaleźli się w powstaniu warszawskim, i nikt nie sądził, że wrócą żywi, a brat Tadeusz zmagał się z obustronną gruźlica płuc – lekarze informowali, że jej nie przeżyje . W ciągu kilku miesięcy ta cudowna rodzina została unicestwiona, Myślę, że wtedy właśnie mój ojciec podjął decyzję wstąpienia do zakonu i wypełnienia woli ojca, który rezygnacji z kapłaństwa nie wybaczył mu do śmierci – pisze pani Maria. Do historii jej rodziny, opisanej na łamach „Nowego Tygodnia”, należy dodać jeszcze, że na cmentarzu przy ulicy Unickiej zginął nie najstarszy, jak podaliśmy, tylko średni syn mecenasa Bartkowicza – urodzony w 1923 roku (miał wtedy 21 lat). Starszy brat przeżył go o kilkadziesiąt lat. Za nieścisłość przepraszamy. (EM.K.)