Dzielnica tonie w smrodzie

Powraca, choć właściwiej byłoby stwierdzić, że nie kończy się śmierdzący problem na ulicy Gazowej. Odkąd jest tutaj płatny szalet, swoje potrzeby na zewnątrz załatwiają nie tylko bezdomni, ale i kierowcy busów. Mieszkańcy i lokalni przedsiębiorcy mają dość smrodu. Zbierają podpisy za przywróceniem darmowego korzystania z szaletu w tym miejscu.
O sprawie pisaliśmy już na naszych łamach. Miejscy urzędnicy twierdzą, że od ubiegłego roku obowiązuje uchwała rady miasta, nakazująca pobieranie opłaty za korzystanie z publicznej toalety.
Problem w tym, że przy Gazowej większość załatwiających się to ludzie bezdomni. Z racji, że w pobliżu znajdują się noclegownia i punkty wydawania posiłków oraz ubrań, spotkać ich można o każdej porze. Od kiedy miejscowy szalet jest płatny zaczęli oni załatwiać się na ulicy, chodnikach, przy sklepach. Budzi to zgorszenie, a przede wszystkim uprzykrza życie przechodniom i ludziom prowadzącym w okolicy działalności gospodarczą. Przysypują kupy piaskiem, ale to żadne rozwiązanie problemu.
Straż miejska ma tutaj sporo pracy.
– Realizujemy tu dużo interwencji porządkowych. Dotyczą przede wszystkim spania na murkach i spożywania alkoholu. Nasz dzielnicowy jest w stałym kontakcie z radą dzielnicy. Podejmujemy wszelkie możliwe działania w celu egzekwowania prawa: nakładamy mandaty, nasi funkcjonariusze regularnie monitują sytuację – wyjaśnia Robert Gogola, rzecznik prasowy Straży Miejskiej.
Okoliczni sprzedawcy twierdzą, że nie tylko bezdomni brudzą, również kierowcy busów z pobliskiego postoju. – Kiedy szalet był jeszcze darmowy, wcale nie było lepiej – twierdzi jedna ze sprzedawczyń. – Nierzadko widzę, jak między kursami załatwiają się pod krzakiem – mówi.
– Po zebraniu podpisów idziemy do prezydenta jeszcze raz. Jeśli teraz się nie uda, to może trzeba będzie zastanowić się nad postawieniem toi-toia? – zastanawia się Lidia Kasprzak-Chachaj, przewodnicząca rady dzielnicy Za Cukrownią. BCH