Eksperymentalne „Miasto Dada”

Taki spektakl teatralny można było zobaczyć w lubelskim Centrum Kultury w ramach Edu Dada Days (27-29 października 2016 r.). To rodzimy festiwal dadaizmu przypominający nam estetyczny przewrót sprzed 100 lat, ewidentnie aktualny w dzisiejszych czasach przesytu i zgiełku
Poemat dadaistyczny „Urartu” Daniela Adamczyka (lubelski reżyser) i Wojciecha Dunin-Kozickiego (poeta) stanowi scenariusz przedstawienia. „Miasto Dada” to fuzja ekspresyjnego ruchu i eklektycznego tekstu, która zadziwia obserwacyjną aktualnością. Młodzi aktorzy są świetnie przygotowani ruchowo, zsynchronizowani – widać, że nie marnowali czasu na zajęciach z rytmiki i trafnie wyrażają emocje autorów sztuki. A to nie lada sztuka wobec spontanicznego utworu, który rodził się… podczas prób teatralnych.
„Miasto Dada” to prawdziwy wulkan energii trzymający stały poziom erupcji. Oferuje bogactwo środków wyrazu przy równoczesnym minimalizmie scenografii, rekwizytów, strojów. Wymowna muzyka ewokuje tu nieustanny „słoworuch”, a więc deklamacyjną choreografię, znaną choćby ze słynnego spektaklu „Chór Kobiet” – projekt Marty Górnickiej, a bliżej nas – z Teatru Gardzienice.

miasto-dada-3

Sztuka wskazuje, jak różnorakie, zaskakujące i przewrotne są sytuacje życia w mieście. To obraz dysharmonijnej egzystencji w metropolii pełnej ludzi, artystyczne przetworzenie jej realiów społecznych graniczące z eksperymentem. Na widzu…
Jest tu wiele ciekawych i nieoczywistych połączeń, np.: użycie ciała jako instrumentu, wykorzystanie tekstu jako utworu muzycznego i na odwrót – muzyka jest użyta jako dodatek i dopełnienie tekstu.
W odbiorze spektaklu należy wyjść ze standardowych ram, jakie narzucają nam znane dotąd kanony sztuki. W „Mieścoe Dada” nie obowiązują żadne zasady artystyczne. Ta wolność interpretacji imponuje w kontekście Edu Dada Days. Po prostu, trzeba dać się ponieść epizodom na scenie, tak jak w mieście scenom z jego życia.
O czym mówi Miasto Dada?
Treść musi wyłuszczyć każdy osobiście. Tekst, podany niekonwencjonalnie, opowiedziany i wyśpiewany chórem, miejscami bywa kompletnie nieczytelny, a sens należy wychwycić z pozostałych środków wyrazu.

Spektakl generalnie stawia pytanie o odpowiedzialność za miejsce, w którym większość z nas żyje – za miasto. Widzimy i słyszymy ludzi będących z sobą w interakcjach, ciekawy collage elementów teraźniejszości i historii. Z jednej strony oglądamy teatr ruchu, tańca komentującego pogmatwaną rzeczywistość, z drugiej strony widz z trudem odkodowuje mocno wydumany tekst, gdzie autorzy uparli się na… odsensowienie treści. Słowem: jak powiedzieć to, co chcemy przekazać, tak, by w końcu to wymówić i zostać wysłuchanym szczerze! – głoszą artyści ze sceny.
– Bo to, co widzimy w mieście, przeraża nas i dajemy temu wyraz w naszej sztuce – mówią autorzy. Psychodelicznie ujmuje to Wojtek Dunin-Kozicki, lubelski poeta: – Temat spektaklu dotyka specyfiki miasta, świata wyczytanego z obecnego tu systemu znaków. Jest to spojrzenie przez pryzmat problemów współczesnej jednostki zderzonej z potęgą placu, jak i braku przestrzeni w publicznych środkach transportu, z problemem napięć rodzących się po obu stronach miski, a szczególnie na jej brzegach, gdzie gęstość zaludnienia powoduje, że każde państwo-miasto z narzecza przełożonego na język wszelkich przekładów tworzy sobie swój mały zalew i mały sąd najwyższy…
Widać, że głównym środkiem twórczym jest tu niczym nieskrępowana fantazja, pozwalająca dowolnie zestawiać różnorodne elementy utworu. Aktorzy współtworzą ten spektakl wraz z reżyserem.

Jeszcze jeden performance?

Reżyser prezentuje tu nieprzewidywalny, pełen abstrakcyjnego humoru sznyt – sceniczną „wycinankę” i collage. To nieuniknione, uważa Daniel Adamczyk, skoro dadaizm jest wokół nas. I generalnie w sztuce im dziwniej tym lepiej…
On też – we współpracy z Wojciechem Kaproniem – jest autorem wyszukanej choreografii. Występują: Barbara Ciemięga, Paulina Dziuba, Justyna Jary, Agnieszka Mendel, Ihor Aronov, Wojciech Jaworski, Jan Żórawski i inni. Pochodzą spoza Lublina lecz większość z nich łączy „proweniencja” Teatru Gardzienice.
Aktorzy pląsają do kompozycji i opracowań muzycznych Małgorzaty Krasowskiej. Za scenografię i kostiumy odpowiada El Bruzda, światło: Michał Mirgos, dźwięk: Tomasz Kraśkiewicz, multimedia: Maciej Połynko, produkcja: Maria Sapeta.
Teatr Czytelni Dramatu (przy CK) to od kilku lat nowa jakość w interpretacji sztuki. Novum tego teatru polega na wnikliwym wczytaniu się w tekst dramatyczny i dość spontanicznym przeniesieniu go na scenę. Zaczął w 2010 r. od sztuki „W imię ojca i syna”, później było „Wejście smoka”, a w maju br. teatr zaprezentował spektakl „Ony” na podstawie sztuki Marty Guśniowskiej – wszystkie reżyserował Daniel Adamczyk. W jego najbliższych planach „eksport” tych wydarzeń poza Lublin.

Na 100-lecie dadaizmu

…świętowanego w Lublinie „Miasto Dada” było idealnym tortem urodzinowym. 3-dniowy festiwal w CK uzmysłowił, że niepokorna postawa artystów, dystans do świata, szukanie nowych punktów odniesień twórczych, intelektualna prowokacja i wręcz negacja sztuki – to sposób percepcji także aktualnej rzeczywistości.
Dowody mamy w szeregu ekspozycji „Galerii Białej”. Tutaj kilkaset mkw. przeznaczono dla blisko 70-ciu lokalnych artystów: plastycznych i wizualnych, którzy w sobie odkryli ów dadaistyczny drive. Tu za szybkami znajdziemy setki collage’y a na półkach i ścianach tysiące dziełek i dzieł.
I tak Robert Kuśmirowski prawdopodobnie jadł obiad, gdy rozlała mu się zupa, artystycznie nad podziw – pokazał więc obrus na wystawie. Jarek Koziara wywiesił tu kilku dzieł, do których użył popularnych parówek mięsnych w sugestywnym układzie – i każdy teraz deliberuje, czy jest to „sromotna” porażka czy „kulinarny” smak sztuki…
Z kolei prof. Jan Gryka wykorzystał do swych ulotnych reliefów popioły z ognisk i grillów – na wzór dzieł Marcela Duchamp’a (Hodowla Kurzu, 1920). Bo w myśl wyznawanej tu idei wszystko może być dziełem sztuki. Wystawy można oglądać do 25 listopada.
Obwołany w 1916 r. (Szwajcaria) dadaizm w sztukach plastycznych i w literaturze powstał jako akt buntu wobec ówczesnej kultury europejskiej i jej wartości, co sprowokowała I wojna. Nurt ten kontestował więc tradycję i zakładał całkowite lekceważenie wypracowanych przez nią konwenansów, norm obyczajowych i estetycznych.
Sztuka miała wywoływać u odbiorcy zaskoczenie, wręcz szok, jednocześnie być wolna od wszelkiej racjonalizacji. Jedyne kryterium pracy artysty – nieskrępowana wyobraźnia, a recepcji jego dzieł – takaż fantazja czynią dziś ewidentną paralelę do współczesności.
Marek Rybołowicz