Godzina „W” na Powązkach

Dwa numery wstecz zamieściliśmy relację z tegorocznych obchodów Narodowego Dnia Pamięci Powstania Warszawskiego w Lublinie i w Świdniku. Dzisiaj relacja obserwatora uroczystości tego dnia na Powązkach Wojskowych w Warszawie.


Od wielu lat myślałam o tym, by wybrać się 1 sierpnia na Powązki, ale nigdy nie wyszłam poza plany. W tym roku postanowiłam – jadę. Zdecydowała setna rocznica odzyskania niepodległości – uczestnicy powstania to w większości „duchowe dzieci II Rzeczypospolitej”. Od realizacji zamierzenia nie odwiodła mnie nawet upalna pogoda.

Podróż tradycyjnie busem. Kolejny etap to Dworzec Centralny – z jego okolicy ruszają autobusy na Powązki. Okazuje się, że warszawski ZTM przygotował w tym dniu specjalną linię 944, która kursuje na Powązki. Stojące przy sąsiednim okienku dwie kobiety, jak się później okaże, mama i córka, też jadą na Powązki. Starsza z nich proponuje, że mogę się do nich przyłączyć.

Moje nowe znajome są z Chorzowa. Okazuje się, że mama i córka nie pierwszy raz przyjechały do Warszawy w dniu 1 sierpnia, a niedawno jeden dzień spędziły w Lublinie i w Zamościu. Zwiedziły oba miasta przy okazji wypadu na Roztocze.

Ostatni przystanek

W pewnym momencie za oknami widzę ceglany, nieco podniszczony mur cmentarza żydowskiego. Za chwilę pojawia się kolejny, lepiej utrzymany – to już Powązki. Powązki Wojskowe to ostatni przystanek linii 944.

Idziemy w kierunku bramy i dalej na wprost. Po drodze spotykamy kwestujących ze Społecznego Komitetu Opieki nad Grobami Poległych Żołnierzy Batalionu „Zośka”.

Skręcamy w aleję w lewo. Upał daje się we znaki mimo tego, że cmentarz osłaniają wysokie drzewa. Niby aleje, którymi się przemieszczamy, nie są zatłoczone, niby nie widzę po drodze w pobliżu wielu ludzi, ale kiedy dobijamy do miejsca wybranego przez moje przewodniczki, w pobliżu monumentu upamiętniającego żołnierzy zgrupowania „Radosław”, otacza nas gęsty tłum. Alejki cmentarza nie zostały pomyślane jako miejsce zgromadzeń większej liczby ludzi, więc szybko zostają zapełnione i przestają być przechodnie. Stanęłyśmy tuż za metalową barierką, oddzielającą miejsce przeznaczone dla zaproszonych powstańców i „czynników oficjalnych”. Za ogrodzeniem widzę kolejne rzędy mogił z niewielkimi kamiennymi krzyżami oraz kręcące się po terenie harcerki, ich kolegę jak również ochroniarzy. Że bariera jest skuteczna, przekonujemy się za chwilę, kiedy dociera w jej pobliże pani z mamą na wózku. Najpierw usiłują wejść poza ogrodzenie, potem córka prosi zgromadzonych o przepuszczenie wózka w pobliże barierki, by „mama miała czym oddychać”. Zebrani ustępują miejsca. Z jej rozmowy z ochroniarzem wynika, że miały zaproszenie uprawniające do wejścia do sektora dla gości, ale wychodziły w pośpiechu i musiała je zostawić w domu. Ochroniarz wskazuje kierunek, w którym znajduje się wejście do części dla gości, gdzie przeprowadzana jest kontrola. Za chwilę do barierki podchodzi czterech członków jakiejś studenckiej korporacji, którzy twierdzą, że muszą wejść, bo mają złożyć wieniec, ale ochrona szybko wyprowadza ich z tego przekonania.

Jako kolejna usiłuje się przebić drobniutka, szczuplutka, niewysoka pani z ciemną kędzierzawą czupryną, wyglądająca na weterankę powstania. Sprawnie komenderuje towarzyszącym jej dużo od niej młodszym, choć wcale nie najmłodszym mężczyzną. Też usiłuje wywalczyć prawo wejścia do sektora dla wybranych, ale ochroniarz nie daję się zmiękczyć. Ostatecznie wycofują się.

Godzina 17.00

Zerkam na zegarek – 16.47. Gorąco jak w łaźni. Niektóre panie wyciągają wachlarze i usiłują się ochłodzić. Harcerki z małymi butelkami wody mineralnej krzyczą: „Kto chce wody?” Pytanie podchwytują stojący najbliżej barierki, kierując je w stronę stojących dalej. Za sobą widzę w większości młodych i bardzo młodych chłopców, ale też i osoby starsze. Wielu spośród zgromadzonych, nie tylko seniorów, sygnalizuje, że reflektują na wodę. Butelki wędrują ponad głowami zgromadzonych do najbardziej spragnionych. Rozglądając się po tłumie, z pewnym zaskoczeniem zauważam za swoimi plecami antyterrorystę – na głowie kevlarowy hełm, na twarzy maskująca kominiarka, na oczach gogle balistyczne, mundur z tkaniny model panterka.

W pewnym momencie słyszymy komunikat, lektor prosi, by po zamilknięciu syren uczcić pamięć powstańców minutą ciszy. Następnie ma być odegrany hymn.

Za chwilę słyszymy dźwięk, który od lat przypomina w Warszawie o rozpoczęciu powstania. Kiedy syreny ucichły, zgromadzeni chwilę stali w milczeniu Następnie orkiestra – jak się później okazało, wojskowa, odegrała pierwszą zwrotkę hymnu. Melodię – po chwili zaskoczenia – podchwycili zgromadzeni.

Biskup polowy Wojska Polskiego Józef Guzdek w swoim wystąpieniu nawiązał do figury Chrystusa sprzed kościoła św. Krzyża, która w 1944 r. runęła na ulicę. Jedna ręka posągu wskazywała na napis na cokole pomnika: „Sursum corda” – „W górę serca”. „Krzyż nie był ostatnim Twoim słowem. Było nim Zmartwychwstanie. Ostatecznie zło zostało pokonane. Polska odzyskała wolność. Dziś, stojąc w zadumie przy pomniku Gloria Victis, obejmujemy modlitwą i miłością poległych i zmarłych uczestników powstania warszawskiego. Oddajemy cześć zwyciężonym, lecz niepokonanym. Wasze poświęcenie, utrata zdrowia, a nawet życie złożone na ołtarzu ojczyzny miały sens” – stwierdził.

Padły trzy salwy honorowe i nastąpił moment składania wieńców m.in. przez m.in. prezydenta Andrzeja Dudę w asyście powstańców (m.in. Jadwigi Chruściel, córki gen. Antoniego Chruściela „Montera”), wicemarszałków sejmu, marszałka senatu, premiera z delegacją rządu, prezydent Warszawy w asyście szefów organizacji kombatanckich: prof. Leszka Żukowskiego (prezes Światowego Związku Żołnierzy AK), Hanny Stadnik (wiceprezes ŚZŻAK) i Tadeusza Jarosza (wiceprezes Stowarzyszenia Szarych Szeregów). W naszym kącie cmentarza słyszeliśmy oklaski na przemian z ciszą. Słychać też było pojedynczy gwizd. Na internetowej stronie „Gazety Wyborczej” można było przeczytać, że oklaskami nagradzano przedstawicieli obecnego rządu, cisza panowała podczas składania wieńców przez polityków obecnej opozycji, w tym Hannę Gronkiewicz-Waltz oraz że gwizdano na Mateusza Święcickiego.

Następnie po szeregu komend asystująca uroczystości kompania honorowa odmaszerowała przy dźwiękach „Warszawskich dzieci” – jednej z najbardziej znanych powstańczych pieśni. Sama uroczystość trwała krótko – około dwudziestu paru minut do pół godziny. Po jej zakończeniu znowu pojawiły się harcerki z butelkami wody. Zgromadzeni chętnie po nie sięgali.

Uczestnicy zaczęli się rozchodzić, zrobiło się luźniej, pojawił się nawet jakiś powiew wiatru. Moje towarzyszki chciały się jeszcze wybrać na uroczystości przed pomnikiem Polegli Niepokonani na Cmentarz Powstańców Warszawy na Woli, podczas gdy ja zbierałam się do domu.

Powoli ruszyłyśmy w kierunku bramy cmentarza. Z ukrytych głośników dobiegały dźwięki koncertu fortepianowego Chopina. Rozświetlony słońcem cmentarz, rzucające cień wysokie drzewa, muzyka – to wszystko sprawiało, że nie czuło się przygnębienia, choć bądź co bądź godzina „W” była początkiem cierpień ludzi i zagłady miasta.

Dochodzi szósta, jest trochę chłodniej, więc skwar tak nie dokucza. Przy alejce mijamy stolik z ulotkami, przy którym kręci się kilka starszych osób. To członkowie komitetu pragnącego upamiętnić Konzentrationslager Warschau. Kilkadziesiąt metrów dalej podobny punkt – tu prowadzona jest zbiórka na cmentarze we Lwowie – Łyczakowski i Janowski. Po drodze mijamy harcerzy w różnych mundurach (bo organizacji harcerskich w Polsce mamy teraz co najmniej cztery), maszerujących w zwartych kolumnach. Mijają nas też dwie karetki pogotowia na sygnale – czyżby ktoś z uczestników zasłabł? Widzę też dwa pojazdy, podobne do meleksów, których pasażerami są kobiety i mężczyźni w mundurach z opaskami. Każdy z nich mieści około sześciu pasażerów. Widzi się też grupki osób, otaczających seniorkę lub seniora w mundurze – niektórzy z nich są mocno pochyleni. Przechodząc, słyszę, jak rodzinno-przyjacielska asysta pyta weterana, w jaki sposób chce wrócić do domu – taksówką czy tramwajem.

Spotkanie z Konduktorką

W pewnym momencie zauważam z boku alejki niewysokiego, szczupłego pana w mundurze z powstańczą opaską na ramieniu, odpytywanego przez blond dwudziestolatka z identyfikatorem jednego z prawicowych portali. Najwyraźniej jego rozmówca jest powstańcem. Nie mogę się opanować – mówię do moich towarzyszek, że chciałabym mu uścisnąć dłoń.

Kiedy dziennikarz odszedł, podchodzę do jego rozmówcy. Jest w towarzystwie równie miłej pani w zbliżonym wieku. Kiedy podchodzę i pytam: „Czy mogę panu uścisnąć dłoń?”, ten w odpowiedzi całuje mnie w rękę. Mówię, że bardzo się cieszę, że przeżył, że ułożył sobie życie, myśląc o jego towarzyszce. Zadaję mu nawet żartobliwe pytanie, gdzie taką znalazł, myśląc, że może spotkali się w powstaniu. W tym momencie pani wyjaśnia, że jest drugą żoną – pierwsza zmarła, kiedy synowie byli na studiach. Do weterana podchodzą moje towarzyszki. Słyszę, jak pani Małgosia dziękuje mu za udział w powstaniu. Nasz rozmówca odpowiada jej, że słyszy się różne opinie, np. że powstanie było niepotrzebne i że jest to dla niego przykre. Moja znajoma z Chorzowa podkreśla, że oni zawsze są powstańcom wdzięczni. By nie podsłuchiwać dłużej, dopytuję małżonkę mojego rozmówcy, czy dobrze zapamiętałam jego imię i nazwisko. Okazuje się, że imię owszem, ale nazwisko nie – pani mnie poprawia – otóż spotkałyśmy pana Jerzego Sułkowskiego, szeregowca ze zgrupowania „Żyrafa” – i podaje pseudonim męża. Jest trochę zaskakujący – „Konduktorka”, podobnie jak powód jego nadania – otóż nasz kombatant, jako chłopiec, uprawiał oryginalny sport, mianowicie wskakiwał w biegu do tramwajów i wyskakiwał z nich. – Podałaś pani mój pseudonim? – słyszę głos pana Jerzego. – Może nie warto o tym mówić, bo to był głupi sport, ale raz nam się to przydało. Była łapanka, a my wskoczyliśmy i ostrzegliśmy ludzi.

Nasz rozmówca informuje, że kiedy wpisze się w wyszukiwarkę jego imię i nazwisko, pojawi się strona Archiwum Historii Mówionej i będzie można wysłuchać jego relacji o latach okupacji i powstaniu.

Żegnamy się z weteranem i zmierzamy do wyjścia. Tu się rozstajemy. Zerkam na zegarek – jest dwadzieścia po szóstej, busa mam za godzinę. Postanawiam wrócić na cmentarz, by mu się nieco przyjrzeć.

Wśród grobów

Spacer jest przyjemny – nie czuje się upału, alejki nie są za bardzo zatłoczone. Publiczność bardzo zróżnicowana – młodzi, starsi, rodzice z małymi dziećmi. Kieruję się ku miejscu, gdzie stałam podczas uroczystości i docieram do grobów powstańców. Są bardzo różne – na niektórych widać tylko niewysokie krzyże, inne przypominają formą tradycyjne nagrobki. Na niektórych ze zdjęć na porcelanie patrzą młode i bardzo piękne dziewczyny. Na większości są tylko tabliczki z imieniem, nazwiskiem i liczbą lat, które przeżyli polegli. Niewiele ich było – siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście.

Widzę w bocznej alejce na bodaj drugim grobie w szeregu morze świateł. Podchodzę i czekam, aż wyjdą z niej ludzie, którzy przyszli zapalić na nim lampki. Moja ciekawość zostaje nagrodzona – to grób Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i jego żony.

Pora się zbierać – szybkim marszem ruszam w stronę wyjścia. Sympatyczny pracownik warszawskiego MZK wskazuje mi autobus linii 944 właśnie szykujący się do odjazdu. Jedziemy w kierunku Dworca Centralnego wolniej niż jechaliśmy na Powązki – miasto jest zakorkowane. Mimo to docieram pod Marriotta na czas. Do Lublina dobijam kilka minut po dziesiątej.

Joanna Dudziak