Jak Dariusz Jabłoński zdobywał złoto

Dariusz Jabłoński (z lewej) - mistrz świata i Andrzej Głąb - wicemistrz olimpijski z Seulu

21 kwietnia minęło już 17 lat od czasu, gdy chełmianin, Dariusz Jabłoński, zdobył tytuł mistrza świata w zapasach. To jeden z największych sportowych sukcesów w historii Chełma.

– Gdy w 1988 roku Andrzej Głąb zdobył srebrny medal na igrzyskach olimpijskich w Seulu, moja przygoda z zapasami właśnie się rozpoczynała – wspomina w rozmowie z „Nowym Tygodniem” Dariusz Jabłoński. – Powitanie Andrzeja przy kinie „Zorza” po powrocie z igrzysk było niesamowite. Obserwowałem całą sytuację z balkonu na rogu budynku, żeby lepiej widzieć. Tłum ludzi, gratulacje, kwiaty, wiwaty, to było wielkie przeżycie widzieć olimpijczyka, który spełnia swoje marzenia. Myślę, że w tamtym czasie dokonanie Andrzeja dało mi dodatkowy wiatr w żagle – dodaje.

Pan Darek miał wówczas 15 lat. Sukces innego chełmianina, Andrzeja Głąba, pozwolił mu uwierzyć, że też może w zapasach sporo osiągnąć, że warto walczyć o realizację swoich marzeń. Ze zdwojoną siłą wziął się za treningi i już w 1996 r. po raz pierwszy pojechał na igrzyska. W Atlancie zajął 8. miejsce. Startował też w Sydney (2000) i Atenach (2004). Medalu nie przywiózł, choć należał do grona faworytów. Na koncie miał medale mistrzostw Europy, w tym złoto. Największy sukces odniósł jednak na mistrzostwach świata w Creteil we Francji, które odbyły się w kwietniu 2003 r.

– Do turnieju byłem bardzo dobrze przygotowany. Przeszedłem cykl obozów, na których zresztą jak zawsze solidnie trenowałem. Zauważyłem jednak, że coś było inaczej. Trudno to wyrazić słowami, nazwałbym to przeczuciem, przekonaniem, pewnością, że będzie dobrze. Trenowałem z tym przeświadczeniem ciężej niż zwykle, czyli – jak to mówią – wyciągałem z siebie kolejny procent niemożliwego – opowiada Jabłoński.

Na wspomnianych mistrzostwach pan Darek pierwszą walkę przegrał z reprezentantem Kazachstanu 2:3. Później było już tylko lepiej. – W drugiej walce pokonałam zawodnika z Armenii 3:0. Tu znów ciekawostka, ten pojedynek musiałem wygrać do zera! Jeśli bym stracił choć jeden punkt, odpadłbym z turnieju! – wspomina. W ćwierćfinale chełmianin pokonał Duńczyka 5:0, a w półfinale Czecha 3:0. W walce o złoto zmierzył się z Koreańczykiem Im Dae-Won.

– Wygrałem 6:5, ale warto zauważyć, że po pierwszej rundzie przegrywałem 2:5! Jednak w mojej głowie tkwiło to samo przeświadczenie, co podczas przygotowań na obozach, że będzie dobrze, powiedziałbym taka nie arogancka pewność, że wygram. Patrzyłem na zegar punktowy i ja tam nie widziałem, że przegrywam, tylko to, że ta walka jest moja. Tak się stało, sędzia podniósł moja rękę, the dream came true – mówi pan Dariusz.

Chełmianin podkreśla, że mistrzostwo świata było spełnieniem marzeń, ale zauważa, że marzenia się same nie spełniają, trzeba na to pracować latami. – Ciekawostka odnośnie Andrzeja Głąba. Gdy awansowałem do grupy zaawansowanej trenującej w klubie, obecnie MKS Cement Gryf Chełm, często prosiłem Andrzeja, żeby ze mną trenował. Śmieszne było to, że bez żadnego wysiłku rzucał mną jak workiem. Jednak ja ciągle wstawałem mając nadzieje, że kiedyś się obronię. To kiedyś trwało bardzo długo, aż któregoś razu spadłem jak kot na cztery łapy.

Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ jestem bardzo mu wdzięczny, że mną tak rzucał – śmieje się mistrz. – Pomagał mi w rozwoju jako zawodnik, a potem jako mój trener. W tym momencie muszę wspomnieć też mojego brata Piotrka, byliśmy jak dwie papużki nierozłączki. Cieszę się, że nadal mamy super relacje. Co do niego, to był jeden z najbardziej wymagających przeciwników i zawodników na treningu. Przewyższał mnie wytrzymałością i był nieustępliwy jak na mistrza świata kadetów przystało – zwierza się.

Dariusz Jabłoński podkreśla, że mistrzostwo świata wywalczone w kwietniu 2003 r. to dzieło wielu ludzi. – Długo by ich wymieniać, choć wspomnę na koniec jeszcze jedną osobę, jest nią moja żona Beata, która była i jest na pierwszym miejscu, zaraz po Bogu – opowiada. (kg)