Jan Koguciuk. Rzeźbiarz

Rysował od zawsze – na początku aluminiową łyżką, bo nie miał dostępu do ołówków. Lepił też z gliny, nawet gdy na Wołyń przyszła wojna. Najbardziej znany jest jednak z drewnianych rzeźb, choć chyba nie było dziedziny z szeroko pojętej plastyki, której w życiu nie uprawiałby Jan Koguciuk z Łukówka.

Dzisiaj artysta ludowy, ze względu na wiek i chorobę żony, praktycznie zawiesił swoją działalność, ale chętnie wspomina swoje niezwykle barwne życie. Jan Koguciuk urodził się w Jankowcach koło Lubomla, na dzisiejszej Ukrainie. – Już jako mały chłopak interesował mnie rysunek – opowiada. – Niestety, w tamtych czasach na Wołyniu nie było możliwości, by rozwijać się w tym kierunku. Nie było żadnych przyborów, więc moje pierwsze prace powstawały dzięki aluminiowej łyżce, której używałem zamiast ołówka. Trochę później zainteresowałem się tworzeniem figurek z gliny, które nieudolnie wypalałem. Potem przyszła wojna i w 1943 roku wraz z rodziną musieliśmy uciekać przed pogromem.

Tak trafiliśmy do Żalina koło Rudy-Huty, gdzie na pierwszą noc przygarnął nas ówczesny sołtys, pan Józef Kotowski. Zimę spędziliśmy w tej miejscowości u pani Rózgi. Niestety, było nas dużo i brakowało jedzenia, więc ojciec rozlokował nas na służbę. Gdy na Wołyniu się uspokoiło, ojciec wrócił w rodzinne strony, za Bug. Po jakimś czasie ściągnął tam mnie, a sam pojechał do Polski. Gdy Niemcy wycofywali się z Rosji, ojciec zabrał mnie do Chełma i rodzina znowu była razem.

Zamieszkaliśmy w Dorohusku na stancji u pana Janickiego. Wtedy też, za pośrednictwem urzędu repatriacyjnego w Chełmie, zaczęliśmy szukać własnego lokum. W okolicy było dużo domów porzuconych przez Ukraińców, którzy wrócili za Bug odbudowywać „wielką Ukrainę”. Niestety, były one zniszczone, bo ich niedawni właściciele tuż przed wyjazdem porozbijali wszystko, co się dało: piece, okna, powyrywali drzwi. Mój ojciec był kaleką i nie miał siły, by przygotować taki budynek do zamieszkania. Traf chciał, że nasz wuj pewnego razu trafił na mieszkanie niezniszczone.

Stało one w Łukówku (gm. Sawin) i po załatwieniu formalności staliśmy się jego właścicielami. Dzisiaj tego domu już nie ma, bo spłonął w pożarze, w jego miejscu wybudowaliśmy to mieszkanie, w którym właśnie rozmawiamy – uśmiecha się pan Jan. – To właśnie tutaj wróciłem do swoich pasji. Miałem dostęp do artykułów piśmienniczych, więc mogłem rysować i malować. Szybko zająłem się też organizacją życia młodzieżowego w Łukówku. Byłem wodzirejem, bibliotekarzem i świetlicowym. Potem przyszło powołanie na odbudowę kraju.

Tak trafiłem do Lublina, do 47. Brygady im. Krasickiego, w której pracowałem m.in. na budowie fabryki samochodów, a w międzyczasie zajmowałem się plastyką i trenowałem boks. Gdy odsłużyłem swoje, po powrocie do domu znowu pochłonęło mnie życie kulturalne. Niestety, tuż po ślubie dostałem kolejne powołanie – tym razem do wojska. Tam również bardzo szybko odnalazłem się w tym, co uwielbiałem robić. Zostałem dekoratorem w dywizjonie, nadzorowałem 12 świetlic.

Na poligonie, gdzie nie było świetlic, przed namiotami budowałem ozdobne kopczyki z ziemi, używając wszystkiego, co było pod ręką – muszelek, kamyków, roślin itp. Służyłem w zwiadzie, gdzie dowódcy szybko poznali się na moim talencie, zlecając mi np. robienie szkiców sytuacyjnych czy map. W wolnych chwilach malowałem. Nie było płótna, więc rozcinałem zwykłe worki, ale przede wszystkim malowałem na szkle. Miałem bardzo dużo zamówień od kadry oficerskiej, można powiedzieć, że w swojej jednostce byłem pewnego rodzaju celebrytą.

Gdy służba dobiegła końca, dowódca namawiał mnie, żebym został. Dawał nawet mieszkanie, ale mnie ciągnęło do siebie, do Łukówka. Zająłem się gospodarką i żyło mi się tu bardzo dobrze. W chwilach wolnych od pracy zajmowałem się wieloma rzeczami: preparowałem zwierzęta, prowadziłem pasiekę, malowałem, a w końcu zająłem się rzeźbiarstwem. Pierwszą pracą była szopka bożonarodzeniowa, która do dzisiaj stoi w kaplicy w Łukówku.

Zostałem zauważony i doceniony przez gminne władze, a potem przez Igora Korczyńskiego z Woli Uhruskiej, który wprowadził mnie w świat plenerów, wystaw, jarmarków i targów rękodzieła ludowego. Zostałem też członkiem Stowarzyszenia Twórców Kultury Nadbużańskiej we Włodawie. Dzisiaj rzeźbą zajmuję się o wiele rzadziej. Nie pozwala na to i wiek, i choroba żony, która wymaga teraz stałej opieki. Jednak są jeszcze chwile, gdy chwytam za kozik – śmieje się pan Jan i pokazuje sowę, którą właśnie zaczął wydobywać z wierzbowej deski. (bm)