Jarmark na miarę 700-lecia

Właściciel jednego z kramów sprzedaje rzeźby misternie strugane… siekierą. U innego z lepkiej gliny nagle wyrasta garnek czy wazonik. Iście wielkanocna aura tysięcy barwnych pisanek… Takie rzeczy tylko na Jarmarku Jagiellońskim. Doroczne święto kultury i sztuki ludowej w Lublinie trwało od 12 do 15 sierpnia. Był handel, ale i pokazy rzemiosła, warsztaty artystyczne, koncerty.


Jarmarkowe atrakcje ucieszyły co najmniej 100 tys. przybyszów z całej Polski i tysiące z zagranicy. Miasto znów okazało się zbyt małe na 4-dniowy megafestyn ludowy. Od 11 lat rozsławia on nasze miasto w sferze kultury i sztuki tradycyjnej.
Tak było w Lublinie niemal od jego lokacji w XIV w. Ze średniowiecza pochodzi niezawodny „przepis” na udaną imprezę grodzką (później koronną dla Polski i Litwy, wreszcie europejską): jeść, pić, popuszczać pasa, śpiewać, hulać, w tańcu się wyhasać… To zapewniał ówczesny niemiecki Jahrmarkt, od którego to słowa pochodzi polski jarmark.
12 sierpnia wielka miedziana kura – symbol lubelskiego Jarmarku Jagielońskiego, tocząc się po śródmieściu, dała początek kilkudniowej zabawie. Dzień wcześniej sygnalizowano to wszem wobec znacznie szerzej – ów ptak, wraz z animatorami tej imprezy, zawędrował aż na świdnickie lotnisko, w celach promocyjnych. Ujeżdżający kurę Przemysław Buksiński – wodzirej jarmarku, twierdzi, że przymierzała się do odlotu lecz nie pozwolił jej na to patriotyzm lokalny…
Wędrówki tej maskoty wśród kupców i artystów miały miejsce w sobotnie popołudnie na zatłoczonym Starym Mieście. Taki obchód odbywał się każdego dnia, przy wtórze węgierskich bębniarzy i kobziarzy.
Jubileuszowo odświętny Jarmark gościł ponad 250 twórców i artystów z Europy Środkowo-Wschodniej. – Nie każdy mógł tutaj wykupić sobie placowe. Obecnych tutaj to myśmy zaprosili do Lublina. Tym właśnie nasza impreza wyróżnia się wśród innych podobnych – akcentują organizatorzy z Warsztaty Kultury.

Brnąć pasażem z setkami stoisk

Jak co rok najliczniejszą grupę wystawców stanowili twórcy z wszystkich stron Polski. W namiocie przed ratuszem kowal-mincerz oferował bicie pamiątkowych monet. Na lśniącej miedzi i mosiądzu widniał napis: „700 lat Miasta Lublin (1317-2017)”. – Silniejsi mogą je sobie wybić sami – zachęcał Grzegorz Gacka. Wraz z żoną Aldoną od lat zajmują się wyrobem medali, matryc i mennictwem. Ich pokaz obejmował cały taki proces: rozgrzewania metalu, kucia, rozklepywania, wycinania krążków, wybijania monet.
Niesieni wielotysięcznym tłumem wpadamy na kram Jarosława Rodaka. Udało się mi nie potłuc mu glinianych naczyń, które tworzy od pół wieku. Owe garnki, dzbanki, kubki, buńki szkliwi on polewami cechującymi rejon rędociński, w kolorze zieleni i brązu. Artysta oferuje również rzeźby z gliny – głównie figury świętych, na które był tu wielki popyt.
Ulica Archidiakońska zamieniła się w istną galerię malarstwa i rzeźby ludowej. Oprócz nich chętnie kupowano barwne, pomysłowe stroiki zielne i kompozycje kwiatowe oparte na plonach z łąk i pól.
Wokół Trybunału stanęły stragany twórców, których pasjonują hafty kaszubskie i kujawskie i rzecz jasna pisanki malowane gorącym woskiem, techniką nakładaną. Niestety, te cacuszka są tak piękne jak i kosztowne – nawet 30 zł. Lokata kapitału na Wielkanoc? Opodal można było podziwiać kunszt ludowych wycinankarzy i tkaczy z różnych rejonów Polski oraz z krajów sąsiedzkich.
Wielu z kupców zachęcało turystów do sprawdzenia się w arkanach ich sztuki. Czynili to poprzez mikrowarsztaty, tuż obok ich straganów. Przyciągały one głównie dzieci, choć także ich opiekunów.

Muzyka towarzysząca Jarmarkowi

To koncerty sceniczne, jak „Re:tradycja” – najgłośniejszy i niezwykle wartościowy. Był spotkaniem uznanych artystów i muzyków samorodnych. Na jednej scenie, na placu przy klasztorze dominikanów, zdecydowanie zbyt małym jak na tłumy widzów tej muzycznej uczty, w ludowym repertuarze zagrali: Michał Urbaniak i Kapela Romana Wojciechowskiego, Kayah i Teresa Mirga z zespołem Kałe Bała, Włodek Pawlik i Janina Chmiel z Kapelą Butrynów, Antoni „Ziut” Gralak i Orkiestra Dęta ze Zdziłowic.
Jarmark to także spontaniczne występy kilkunastu zespołów muzycznych na ulicach i placach. Ci sami grajkowie na koniec każdego wieczoru nadawali ton potańcówkom jarmarkowym. Drewniany podest w miejscu wspomnianych koncertów dawał pole licznym pląsom na ludową nutę. Kilka setek gości jarmarku miało tu nieskrywaną radość z tańca. To wszystko w scenerii bajecznie kolorowych lampionów, z widokiem na nocną panoramę miasta.

Wszędy pisane jaja. I zabawki

Ciekawe, jak to z nimi jest w letni upał, bo na wielu kramach można było napotkać… wielkanocne pisanki. Dlaczego? Ów symbol życia, a i sztuki zdobniczej, nie wiedzieć czemu obwołano lejtmotywem jubileuszowego jarmarku.
Zaiste pisanki można było spotkać co krok. – Aż dziw, że sprzedaje sie je nawet tam, gdzie przekrój oferowanych towarów jest zgoła inny, co kompletnie ze sobą nie stroi, ale w końcu to jarmark – śmieje się Paweł Sygowski, kulturoznawca.
Już w Bramie Krakowskiej ponad głowami tłumu, witał wszystkich rodzaj karuzeli z pisankami.
Tej sztuce była poświęcona cenna wystawa Darii Alioshkiny. Pokazała kunszt koronkowej pisanki… z kartonu w ogromnych formatach. Artystka z Ukrainy wykorzystała symbolikę wielkanocnych jaj, tworząc kompozycje ornamentów z niebywałą maestrią. To pole do współczesnych odniesień tradycyjnych symboli: jej pisanki-wycinanki w centrum uwagi mają przedstawienie kobiety, opiekunki, piastunki.
Drugim dużym nurtem rzemiosła było na tym jarmarku zabawkarstwo. Gdzie nie spojrzeć kolorowe koniki, domki, samolociki. A wszystko z drewna i słomy, nawet armie żołnierzyków w narodowych barwach. Takie czasy.
W poszukiwaniu innych pamiątek z Jarmarku dla wnuków zajrzeliśmy na stoisko Wiesława i Marianny Łoboz ze Stryszawy. Wszystkie zabawki na styl wiejski wykonali ręcznie i malowali w stare wzory. Na błoniach pod Zamkiem jak co rok witało najmłodszych podwórko zabaw tradycyjnych dla dzieci oraz zabawek gigantów dla ich rodziców.

Gastroturyści narzekali

Ci, którzy przyszli na Jarmark z myślą o prozaicznym najedzeniu się do syta, mogli to uczynić bardziej w lokalach staromiejskich niż na straganach. Chcąc znaleźć jakieś rarytasy smaku, wyszukane potrawy z różnych regionów kraju i zza miedzy, ponoć srodze się zawiedli – twierdzą koneserzy. – Faktycznie, nie było na stoiskach wyboru wędlin, serów ani wypieków w obfitości znanej z poprzednich imprez – zauważa Agata Zwierzyńska z salonu sztuki użytkowej Piękno Panie (ul. Jezuicka), prowadzącym tu kiermasz unikatowych przedmiotów. – Lecz to tylko taka obserwacja, zaznaczam, bo my jako modystki nie objadamy się w trosce o sylwetkę – jeśli już, to swojską „zupą chmielową”.
A propos, z kilku komentarzy w Internecie wynika, że uczestnikom brakuje tu choćby małych wytwórni piwa, lokalnych nalewek, ale i lubelskich smakołyków. Bo gdzież słynny wasz cebularz? – pytają na forum goście z Ełku. Twierdzą, że jak na gigantyczny targ niby było co oglądać oraz kupić, jednak oj… już nie ta jakość wielu oferowanych wyrobów. No i drożyzna powszechna na straganach. To tak w porównaniu z niedawnym Jarmarkiem Dominikańskim w Gdańsku.
Za to wiele komplementów spotkało galę wieńczącą Jarmark Jagielloński 2017 oraz Wielki Jubileusz Lublina. Cóż, plac Zamkowy okazał się za mały, by pomieścić wszystkich chętnych do udziału w tym koncercie. Jego widownię ocenia się na kilkadziesiąt tysięcy ludzi.
Marek Rybołowicz