Królestwo wolnych maluchów

Rezerwat Dzikich Dzieci to jedyny w kraju taki plac zabaw, gdzie przestrzeń kształtują same dzieciaki

Pomysł edukacyjny Rezerwat Dzikich Dzieci, którego zazdrości nam cała Polska, uzyskał na dalszą działalność 300 tys. zł z Budżetu Obywatelskiego. To ogromny sukces. Podsumowanie projektu przedstawiono na konferencji prasowej w lubelskim Centrum Kultury.


Zaczynało się od pytań dzieci: – Proszę pani, a co ja tu mogę robić? Słyszały odpowiedź: – Co tylko chcesz! – wspomina Izabela Śliwa z Pracowni Sztuczka (dziecięcy „departament” w Centrum Kultury). – I maluchy były w szoku. Wchodziły na jedyny w kraju taki plac zabaw, gdzie przestrzeń kształtują same dzieciaki. Wszystko zależy od ich wyobraźni.
„Rezerwat” działał w Lublinie codziennie przez cały niemal sierpień na użyczonym gruncie parafii p.w. św. Pawła (0,27 ha łąki przy ul. Dolnej Panny Marii). W różnych zajęciach brało tam udział 1476 dzieci w wieku od 7 do 15 lat. Konsekwentnie uczestniczyło 824 z nich – raczej tych młodszych, średnio po 4 godziny dziennie, nieodpłatnie.
Rodzice nie wyrażali obaw – widać było, że teren został tak zorganizowany, by dzieci mogły czuć się swobodnie, a zarazem bezpiecznie. I kreatywnie…
„Małe dziecięce wariatkowo” – przychodziło na myśl, gdy obserwowało się dzieci, które cieszyły się darowaną im wolnością od rodziców, bo z pozycji dorosłego ta nieskrępowana zabawa wyglądała jak wielki chaos. Jednak wszystko było pod kontrolą – zapewniali w podsumowaniu organizatorzy konferencji.
Zabawie służyły drewniane palety, zużyte opony i sprzęt AGD, osobowy mercedes i nawet autobus MPK ze złomowiska. Do dyspozycji dzieci miały narzędzia stolarskie. Dzięki nim już w pierwszych dniach mali chłopcy zmontowali tu kilka obiektów z drewna: tajemniczą bazę na drzewie – rodzaj ambony, domki-kryjówki, drabinki, hamaki. Powstała też wielka „perkusja” z pudeł, koszy, garnków, w którą dzieci uwielbiały bębnić czym popadnie. Zachwycało je malowanie farbą olejną, a w błotnej kuchni dziewczynki serwowały „posiłki” przyrządzane na starych piecykach. Zadziwiające, jak ten rodzaj letniej przygody trafił w gust dzieci, stwarzając konkurencję każdej innej bawialni.
– Posłużył nam wzorzec „Adventure play-ground” z Londynu. W myśl tej idei, dorośli tworzą takie miejsca, ale to dzieci je kształtują. W ich programie działa cała armia play-workerów – specjalny rodzaj pedagogów do tego celu szkolonych. Nadzorują przebieg zdarzeń, jednak nie narzucają zabawy, są na swój sposób „niewidzialni” – mówi Rafał Sadownik, animator w CK. – Pierwsze takie placówki powstawały w Anglii dla dzieci wałęsających się godzinami po ulicach.
U nas tło tego pomysłu jest inne
Dzieciństwo podlega obecnie dużym presjom. Maluchy nie mają praktycznie wolnego czasu, nie mogą spontanicznie kierować swoją zabawą. Plan dnia wytycza im szkoła. Po niej dzieci są zwykle wożone na dodatkowe zajęcia. Niemal non stop znajdują się pod opieką dorosłych, co wyklucza ich własny pomysł na zabawę. Z rozrywek często pozostaje im jedynie TV, multimedia, gry komputerowe. Nawet czas wakacji rodzice starają się zaprogramować dzieciom według własnego algorytmu, bez pytania ich o potrzeby, fantazje, marzenia.
Stąd od wielu lat notuje się niepokojące skutki takiego wychowania. Zdaniem psychologów najgorsze jest to, że dzieci nie mają wolnych chwil, które mogłyby spędzać z rówieśnikami. W efekcie kształtują się bez interakcji w grupie, nie rozwijają instynktu współpracy. Brak im konfrontacji z trudnościami życia, rzadko uczą się na błędach. Otrzymują wkoło gotowe recepty działań, prowadzi się je za rękę, podkłada miękkie poduszki…
– Te braki uzupełnia nasz projekt. „Rezerwat” ma edukować również nas, dorosłych – informuje Dominika Krzyżanowska-Gorzkiewicz, animatorka przedsięwzięcia. – Chcemy spotykać się z rodzicami przy tej okazji i podpowiadać im, jak wdrażać ich dzieci do kompetencji społecznych.
Był i film ilustrujący trud eduktorów i play-workerów, także dokumentalistów, którymi są Bartek Nowakowski i Waleria – jego dziewczyna, uwieczniający Rezerwat na video i zdjęciach. Obraz dał okazję do podsumowań tej fazy projektu, do rozmów o jego perspektywie. Podczas dyskusji żartowano, by niejako przy okazji „wychowywać” nadopiekuńcze matki i ojców, fundując im analogiczny „rezerwat dzikich rodziców”.
Wrażenia dziennikarzy? Przygoda zaczyna się tam, gdzie dzieci wymkną się spod opieki, gdzie same mogą się wykazać. Obowiązywał tu bowiem zakaz wstępu rodziców, nie mieli szans nawet patrzeć przez płot na harce swoich pociech. A wiadomo, dzieci obserwowane zachowują się inaczej…
Szkoła życia poprzez zabawę
Na zwykłym placu zabaw dominują rodzicielskie zakazy i ostrzeżenia: Uważaj, nie podchodź tam… Nie spadnij, nie wchodź zbyt wysoko itp.
Rezerwat zaczyna od aury możliwości, odpowiedzialności: Możesz tutaj wszystko, co nie wyrządzi krzywdy tobie i innym – podkreślają organizatorzy.
Ryzyko pozostawiamy do oceny dzieciom, obserwując, jak się z tego wywiążą – uważa Max Mueller, edukator z Londynu. Ma 27 lat doświadczeń. Dyskretnie monitorował obiekt, wtopiony w otoczenie czuwał nad zabawą: – U nas takie miejsca są de facto bezpieczne. Dzieci pozostawione same sobie szybko uczą się przewidywać zagrożenia, czuć odpowiedzialność za siebie nawzajem. Pomagamy im lecz nie wyręczamy – twierdzi Brytyjczyk. Jego zdaniem maluchy prawidłowo oceniają ryzyko sytuacji.
W tej właśnie kategorii wspominają początek swej pracy animatorzy Rezerwatu: – Na etapie szkoleń miałam mnóstwo obaw, czy to nam wyjdzie. Max rozwiał mi wątpliwości o zagrożenia – wyznaje Magda Zaworska.
– Dzieci nie są obecnie tak lekkomyślne jak sądzą dorośli. Czasem daje się zauważyć raczej mała odpowiedzialność jakiegoś rodzica za dziecko – słychać w grupie play-workerów, których było 20, m.in. Jacek Harasimiuk, Kuba Warszawa oraz Patrycja Radkowiak-Gąsiorowicz, która dodaje: – Dzieci tak polubiły to środowisko, że mieliśmy kłopot przy zamykaniu imprezy. Maluchy reagowały wręcz płaczem. Dla nich to trwało zbyt krótko.
W tym Rezerwacie, jak w życiu, działały grupy przyjaciół, ale i zazdrośników. Były zespoły współpracujące na rzecz całej społeczności, ale i kliki idących na łatwiznę, liderzy i outsiderzy. Wszyscy oni wspominają dziś dni szalonych zabaw, w których żadne z nich nie musiało być „grzecznym dzieckiem”.
To projekt właściwie bez wad
– Rozwijamy ideę alternatywnego placu zabaw. U nas dzieci korzystają z szans, by eksplorować rzeczywistość, samodzielnie ją interpretować. Tu kiełkuje w nich dojrzałe myślenie. Dostają nie jakiś gotowy sprzęt, jak w bawialniach. Mają materiał i narzędzia: deski, piły, wkrętarki itd., by działać kreatywnie. Od nich zależy, co dalej – słyszeliśmy w podsumowaniu.
Z drugiej strony rodzice, zapewniając dziecku pełną ochronę, nie kreują w nim odpowiedzialności, nie uczą samodzielności, nie budują relacji społecznych. Mają dla niego gotowe zabawki i myślą, że to najlepsze rozwiązanie. Tymczasem ich pociecha jest szczęśliwsza, bawiąc się bez stresu na dzikim, choć przyjaznym terenie.
– Zrobiliśmy wszystko, by przywrócić dzieciom naturalny kontakt z rówieśnikami, przyrodą, środowiskiem, które mogą kształtować – dodaje Ewa Dados-Jabłońska, promotorka Rezerwatu. – Przeszkolony personel użył wszelkich środków, żeby zapewnić bezpieczeństwo. Sprawdził się regulamin tego placu, zakładający minimum ingerencji opiekunów w zachowanie dzieci. Niebezpieczne sytuacje? 6 nieznacznych skaleczeń, 2 lekkie otarcia.
Pierwsza edycja powiodła się, chociaż projekt nie uzyskał pieniędzy z ministerstwa. Działał na bazie grantu Narodowego Centrum Kultury. To było raptem 63 tys. zł., które wystarczyły na 3 tygodnie pracy. Pozostałe dni sierpnia to była jazda na finansowych oparach – jak wyrażają się organizatorzy. Na szczęście pozyskali jeszcze 25 tys. zł wkładu z Centrum Kultury.
Lubelski Rezerwat Dzikich Dzieci korzystał z doświadczeń organizacji London Play, częściowo także Kolle 37 – Berlin.
A przyszłość „dzikich dzieci”?
Zainteresowanie było tak duże, że ten pilotażowy projekt zaciekawił pedagogów z całej Polski. Powstała nawet wystawa (zdjęcia i eksponaty), która była najpierw prezentowana w CK, a teraz będzie możliwa do obejrzenia w innych miastach Polski, co pozwoli na powielanie lubelskich doświadczeń.
Dziś perspektywa zasilania z Budżetu Obywatelskiego Lublina daje organizatorom pewność i możliwość rozwoju przedsięwzięcia. Gwarantowane 293 tys. zł już objęto biznesplanem.
– Czeka nas znalezienie odpowiedniego terenu w centrum miasta (liczymy na podpowiedzi czytelników „Nowego Tygodnia” w tej kwestii), potem jego zbadanie, a także kosztowna budowa ogrodzenia. Od kwietnia 2018 r. chcemy ruszyć z budową infrastruktury placu zabaw. Liczę, że w tym wszystkim będzie nam pomocny Wydział Gospodarki Komunalnej UM. Wierzę, że respektuje nasz ambitny plan także ministerstwo edukacji w kwestii ufundowania stypendiów na reaserch prawny i logistyczny przedsięwzięcia – snuje plany Rafał Sadownik, koordynator Rezerwatu Dzikich Dzieci.
Dodaje, że na pewno zwiększy się personel, który podejmie przygotowanie II edycji RDD, która planowana jest od maja do końca września. Wiosną 2018 edukatorzy z Centrum Kultury, wsparci budżetem obywatelskim, pojadą do Londynu, żeby podpatrzeć jak miejsca dla „dzikich dzieci” przygotowują nad Tamizą.
Marek Rybołowicz

Komentarze