Lament nad nauką zdalną

I tak źle, i tak niedobrze. Wiosną, kiedy po raz pierwszy zamknięto szkoły i wprowadzono nauczanie na odległość, wielu nauczycieli z tego powodu zgrzytało zębami. Skarżyli się, że zużywają własną energię, korzystają z prywatnych laptopów, drukarek i skanerów. Wielu też komentowało, że w praktyce praca z domu oznacza siedzenie do późnych godzin wieczornych przed ekranami i ciągłe odbieranie telefonów od rodziców. Teraz niektórzy znów narzekają. Bo muszą prowadzić zajęcia, siedząc przy komputerach w klasach.

Wielu rodziców mówiło wprost, że zdalna nauka to żadna nauka. Nie kryło też swoich uwag pod adresem (niektórych) nauczycieli, którzy ograniczają się jedynie do codziennego wysyłania numerów stron z podręcznika do przeanalizowania, albo kilkuminutowej pogadanki czy mailowym zaleceniem zrobienia jakiegoś zadania. W wielu przypadkach rolę nauczyciela przejmował więc rodzic, podczas gdy nauczyciel słał co dzień kolejne e-maile.

Odpowiedzią na te niekończące się lamenty z obu stron miało być wprowadzenie – wraz z drugą falą pandemii i ponownym zamknięciem placówek – zdalnej nauki, prowadzonej z budynków szkół. Teraz nauczyciele prowadzą lekcje on-line zgodnie z planem, z pustych sal, korzystając ze szkolnego sprzętu. Po skończonym dniu – jak dotąd, tyle że bez dzieci – normalnie wychodzą do domu. Efekt? Wielu nauczycieli w mig zapomniało o wiosennym narzekaniu – żądają powrotu do pracy z domu, a nie siedzenia po kilka godzin dziennie przed szkolnymi komputerami, pod okiem dyrekcji.

Oficjalnie, przynajmniej w przypadku nauczycieli podstawówek, powodem niezadowolenia ma być obecność w szkole dzieci z klas 1-3, które mogą zarażać wirusem. Poza tym domowe sprzęty okazały się jednak lepsze, a droga z domu do pracy – zbyt niebezpieczna. Nieoficjalnie – okazuje się że niektórzy wolą sobie siedzieć w domu, bo zdalna praca ze swojej kanapy może być krótsza i znośniejsza od całoetatowego przesiadywania w szkole – mówią pedagodzy, którzy wolą pracować ze szkoły – nikt nie patrzy wtedy na ręce, nie pilnuje czasu pracy.

– Nauczyciele narzekają na nie najlepszy sprzęt, jaki jest w szkołach, na liczne problemy techniczne, ale również boją się, że zachorują na koronawirusa – mówiła na ostatnim posiedzeniu komisji oświaty, kultury i sportu radna Elżbieta Ćwir, z zawodu nauczyciel. – W szkołach w dalszym ciągu przebywają dzieci z klas 1-3. Jest zatem, mimo wszystko, spory ruch. Środowisko oświatowe prosi o możliwość pozostawienia wyboru każdemu z nauczycieli – podkreśliła.

Miasto ma jednak inny punkt widzenia niż zbuntowani i niezadowoleni nauczyciele. Co podkreśliła wiceprezydent Dorota Cieślik, której podlega miejska oświata, najistotniejszym elementem w szkole jest uczeń, a nie nauczyciel.

– Jeśli odnosimy się do narażania zdrowia nauczycieli, że wsiądą do autobusu i w drodze do pracy będą mieli kontakt z innymi osobami, to należy również pamiętać o innych grupach zawodowych. Ludzie też dojeżdżają do swojego miejsca pracy, starają się radzić sobie z wymaganiami, jakie niesie obecna sytuacja. Nauczyciel w swojej pracy nie musi być zamkniętym człowiekiem.

Też będzie chciał pójść na zakupy i być obsługiwany przez innych pracowników. Środowisko nauczycielskie nie jest odizolowane. Żeby nie zastosować wyjątku, który ma stanowić regułę, to woźne, dyrektor czy księgowa też może swoje zadania powinni wykonywać zdalnie? – mówiła D. Cieślik. (s)