Męczące uziemienie

Schroniska dla bezdomnych to specyficzne placówki, w których i bez epidemii dochodzi do konfliktowych sytuacji. Jak zatem radzą sobie z dyscypliną, gdy rośnie frustracja podopiecznych, „uziemionych” ze względu na epidemię?

W Towarzystwie Pomocy im. św. Brata Alberta w Chełmie przebywa 68 bezdomnych mężczyzn. To więcej niż liczba miejsc. Gdy o sytuację w schronisku w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa pytaliśmy na początku epidemii, kierownik placówki Agnieszka Panasiuk przyznała, że sytuacja jest trudna. Głównie chodziło o przyjmowanie nowych podopiecznych, nieprzebadanych przecież pod kątem koronawirusa. Jeśli do schroniska dostałaby się chora osoba, zaraziłaby resztę. Na wszelki wypadek wydzielono w schronisku miejsce do izolacji.

Podopieczni ośrodka to przeważnie mężczyźni starsi, schorowani. Mimo to, wcale nie tak łatwo utrzymać ich w ryzach.

– Początkowo podopieczni traktowali koronawirusa jako zagrożenie bardzo realne, rozumieli, jak ważne jest przestrzeganie zaleceń sanitarnych, ze zrozumieniem respektowali zakaz wychodzenia poza teren placówki – mówi kierownik Panasiuk. – Ale mijają tygodnie, izolacja przedłuża się i sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Podopieczni to osoby zmagające się na przykład z uzależnieniami, problemami emocjonalnymi. Trzymamy dyscyplinę, ale łatwo nie jest. Frustracja rośnie, zdarzają się konflikty.

Anna Adwent, kierownik chełmskiego schroniska dla osób bezdomnych Markot, prowadzonego przez stowarzyszenie MONAR, również mówi, że obawa o zdrowie podopiecznych i pracowników jest duża. Najgorsze, że nie wiadomo, jak długo ta sytuacja jeszcze potrwa.

Tymczasem ważną kwestią pozostaje wywiązywanie się z umów z instytucjami w sprawie przyjęć nowych podopiecznych. Ale jak tu przyjmować osoby z zewnątrz, skoro nie wiadomo czy nie są one nosicielami koronawirusa? Z tego powodu do chełmskiego Monaru przyjmowane są tylko osoby po odbyciu dwutygodniowej kwarantanny. (t)