Miejska sztuko, gdzie jesteś?

Nie udało się znaleźć odpowiedzi na to pytanie podczas kolejnej debaty z cyklu „Rozmów o mieście”. Zdominował je temat rzeźby w przestrzeni publicznej. Rozmawiali o tym architekci krajobrazu, animatorzy kultury i aktywiści miejscy

Są w Lublinie udane murale i mozaiki, lecz brakuje innych realizacji sztuki, jak choćby rzeźb, na terenie miasta – stwierdzi Marcin Skrzypek, animator kultury, chyba że do tej sztuki zaliczyć pomniki, jednak na placach Lublina powstają głównie realizacje słabej jakości.
W gronie kilkudziesięciu osób rozprawiano o tym najdłużej. Temat jest wyjątkowo kontrowersyjny i trudny, a będzie coraz trudniejszy, jak ktoś zauważył, bo w kwestii monumentów nie da się dziś oddzielić czasu teraźniejszego od tradycji. Z jednej strony mamy sporo dobrych wzorców, zwłaszcza tych XIX-wiecznych, z drugiej – te współczesne są w warstwie estetycznej nijakie – ot kamienne ciosy. Kolejne „głazy dziejowe” powstają głównie za sprawą Witolda Marcewicza, który jest monopolistą na tym „rynku” i projektuje je niejako na zamówienie, według kalendarza historycznego, co stwierdzono już we wprowadzeniu do debaty.
W ratuszu od ponad 5 lat istnieje zespół do spraw wznoszenia pomników. Liczy 9 osób. Do jego zadań należy opiniowanie nowych lokalizacji i projektów. – Czy jednak ktoś z naszą opinią się liczy? – pytała retorycznie Paulina Zarębska-Denysiuk – historyk, kuratorka i krytyk. Wraz z Marcinem Skrzypkiem należy ona do tego zespołu z ramienia Rady Kultury Przestrzeni (to ciało doradcze prezydenta miasta).
Paulina Zarębska-Denysiuk przypomniała, że jest uchwała rady miasta, w myśl której projekty pomników w Lublinie powinny być przyjmowane w drodze konkursów. Dziś jednak nie respektuje się tych zasad. Chociaż są wyjątki, jak np. przy Pomniku Ofiar Komunizmu – w tym przypadku widzimy, że ktoś nas wreszcie słucha – stwierdziła znawczyni tematu.

Dlaczego tak się dzieje?

Problemem jest brak procedur. Wojciech Januszczyk, architekt krajobrazu, inspektor nadzoru terenów zieleni, stwierdził: – Pracuję nad tym, by powstał taki schemat działania. Będą warsztaty dla samorządowców by umieli wreszcie to robić – podkreślał. Dodał, że pomniki czy tzw. normalne rzeźby w mieście to jedna kwestia. Bo widzi też problem w tym, że niektórych rzeźb lub kompozycji w przestrzeni (np. prezentowanych w ramach festiwalu Open City) 90% ludzi nie rozumie.
Ktoś w dyskusji podniósł, że sztuką plenerową nie musi być zaraz jakaś rzeźba, kompozycja wizualna czy podobny obiekt, ale również estetyczna aranżacja samego otoczenia.
Jakie dzieła cieszą oko w przestrzeni miasta, a jakich brakuje? Rafał Lis i Anna Bakiera wskazują na historyczne edycje zlokalizowane na w osiedlach Lublina, zwłaszcza na LSM. Powstawały w latach 1976-79 w ramach Lubelskich Spotkań Plastycznych. Ich selekcji dokonywała specjalna komisja, a w przypadku tych prac nastąpiło odejście od funkcji upamiętniającej historię czy propagującej PRL. Służyły poszerzeniu wiedzy estetycznej i wrażliwości mieszkańców Lublina.
Dziś ciekawy eksperyment stanowi działalność Społecznej Pracowni Mozaiki, która włącza mieszkańców w proces powstawania dzieł plenerowych w przestrzeniach miasta. Swoje pasje realizuje tu Paulina Grabiec – architekt krajobrazu, tworząc terenowe mozaiki np. na osiedlu im. Juliusza Słowackiego. Uważa, że powstające tam prace są zawsze pretekstem do wspólnych planów i rozmów o konkretnym osiedlu, jego mieszkańcach, ich zwyczajach, radościach i troskach.

Czy takiej przestrzeni chcemy?

– Właściwie o co chodzi w tym spotkaniu? – pytał Jarosław Koziara, znany plastyk, gdy wskazywał na boczne ścieżki, jakimi np. radni potrafią przeforsować własny pomysł rzeźb w Lublinie. Podał on konstruktywny przykład plenerów rzeźby w Janowcu, jednak przestrzegał przed bylejakością i pewną modą na dzieła powstające pod wpływem jakiegoś wydarzenia, tematu. – Warto znaleźć tu miarę, dbając nie tylko o ilość rzeźb, lecz ich jakość w przestrzeni. Dzieło nie musi być ładne, musi wzbudzać refleksję – stwierdził. – I musi być wymowne – dorzucił ktoś.
– Zależy nam na ciekawych rzeźbach różnej wielkości w dzielnicy. Chcę wiedzieć, jakie wymogi proceduralne, prawne, trzeba spełnić, by móc postawić jakąś rzeźbę w konkretnej lokalizacji – pytał Karol Dąbrowski, radny dzielnicy Węglin.
Jeszcze większe zainteresowanie tą kwestią wykazał Józef Nowomiński – przewodniczący rady dzielnicy Tatary. Jego radni współpracują z Politechniką Lubelską i instytutem architektury KUL w sprawie ozdobienia wolnych miejsc między budynkami właśnie dziełami sztuki plenerowej. Żywo dopytywał o szczegóły instalacji.
Ze względu na charakter przestrzeni publicznej trudno określić, kto tak naprawdę ma do niej prawo, czyj głos decyduje. Jednak nie może to być pomnikowa samowolka. – Przykład idzie z góry – ubolewał Koziara. – Jak w przypadku narodowego pomnika, który rośnie w stolicy obok placu Defilad. To zostało wymuszone centralnie i będzie skutkować naśladownictwem także u nas.
– Dużo wynika tu z motywacji politycznej – wspierał go Szymon Pietrasiewicz. – Ta oscyluje wokół martyrologii i historii. Motywy artystyczne, estetyczne są obecnie rzeczą wtórną. Łatwo zauważyć, że na obecnych pomnikach są tabliczki z nazwą czy nazwiskami fundatorów i osób inspirujących powstanie obiektu ze środowisk politycznych. Tak jest w Warszawie i podobnie już mamy w Lublinie. Dopóki nie będzie silnego lobby estetów, to politycy będą decydować o przestrzeni i jakości sztuki.

Jestem temu przeciwny!

Tak radny miejski Michał Krawczyk (PO), wyraził swoją opinię. Współcześnie pomnik nie jest najlepszym nośnikiem pamięci o wydarzeniu historycznym, o ważnej osobie.
– Głosuję zawsze przeciw takim inicjatywom – i tak, w przypadku pomnika rzezi wołyńskiej lepiej byłoby przeznaczyć te pieniądze na „pomnik edukacyjny”, bo wiele setek młodzieży mogłoby pojechać na teren Ukrainy, gdzie dokonywano zbrodni na Polakach – uważał radny. Zakrzyczeli go wówczas inni rajcy, dowodząc że postawiony głaz lepiej upamiętni tę tragedię. Krawczyk przychylił się jednak do wcześniej wyrażonej opinii, że dziś pomniki stawia się celem gloryfikowania osób stojących za inicjatywą ich budowy. Jego zdaniem zaradzić tu może tylko gruntowna edukacja samorządowców i chętnie będzie edukował kolegów radnych, jeśli pomogą mu takie gremia jak to. Bo może radni nie wiedzą, że pomnik nie musi być dosłowny. Wystarczy odpowiedni symbol czy alegoria, by osiągnąć jakiś cel.
– Taki jest pomysł rządzących na zawłaszczanie przestrzeni miasta, ale ten teren jest nasz, mieszkańców. Musi odezwać się właściciel, czyli my – przypominał Marcin Skrzypek. Podchwycił również opinię, że musi zadziałać właśnie edukacja na temat wartości sztuki miejskiej.
Rozmawiano także o problemach w zakresie tzw. sztuki ulicy . Gdy chodzi o tworzenie tzw. murali, Cezary Hunkiewicz – zajmujący się tą dziedziną sztuki, przedstawiciel Europejskiej Fundacji Kultury Miejskiej uważa, że powodem zmniejszenia aktywności są względy finansowe. Jego zdaniem przestrzeń jest już nasycona muralami i nie ma sensu tego kontynuować.

Jaki jest klimat dla sztuki w przestrzeni?

Powoli się ociepla – twierdzą organizatorzy tego spotkania. Cieszy ich, że rady dzielnic chcą na nowo wprowadzać sztukę w ich przestrzeń. Wśród uczestników reprezentujących kilka dzielnic, dało się zauważyć otwartość na „interwencje artystyczne”. Widocznie niektóre społeczności poprawiły już infrastrukturę, a skoro na osiedlu zrobiło się wygodniej, oczekują teraz atrakcyjnej przestrzeni z zielenią, zagospodarowaną również przez twórców kultury.
Przykłady? – Rada dzielnicy Czuby Południowe przeznaczyła część rezerwy celowej właśnie na działania związane z kulturą – informuje Agata Cholewa. Pytanie tylko, czy także inne rady dzielnic są gotowe na uaktywnienie kulturalne mieszkańców, wprowadzenie sztuki, m.in. rzeźb w przestrzeń publiczną, bo zdarzają się nieporozumienia, gdy działania artystów uznaje się za… „wyciąganie pieniędzy”.
– Wśród tych pomników, lepszych lub gorszych, których nam przybywa, jest duża luka dla prawdziwych artystów w mieście – uważa architekt Lidia Wądołowska. – Środowisko rzeźbiarzy ma tutaj szerokie pole, by wykazać się w swej dziedzinie. Ludzi kreatywnych u nas nie brakuje, jednak obie te funkcje: historyczna i rekreacyjna rzeźb plenerowych muszą się uzupełniać – twierdzi.
Nie pojawił się oczekiwany wątek „ratunkowej” interwencji sztuki w plenerze na rzecz obrony ostatnich terenów zieleni w mieście. Tu artyści instalatorzy i performerzy mają nadal wiele do powiedzenia, jak słyszeliśmy w kuluarach 14. „Rozmów o mieście”. – A na to jest najwyższy czas – uważa Grzegorz Zawistowski. – Może więc w kolejnej edycji porozmawiamy o… pomnikach przyrody?
Z sali padła propozycja zawiązania osobnej grupy ludzi zainteresowanych omawianą tematyką.
Marek Rybołowicz